piątek, 18 kwietnia 2014

Pojazd wybrany

Wybrany i nawet kupiony. A wszystko trochę na wariata, ale inaczej się nie dało. Zdaję sobie sprawę, że wielu Wam może się wydawać, że za bardzo się spieszę z tym wszystkim. Ok, z ubrankami trochę szaleję - przyznaję ;-) ale z racji, że mieszkamy w Turcji i w dodatku na "prawie-wsi", żeby ogarnąć wszystko logistycznie jestem zmuszona zrobić niektóre zakupy znacznie wcześniej. Datę porodu mamy wyznaczoną na 4 października co oznacza, że równie dobrze junior może nas zaskoczyć pod koniec września. Pracujemy w turystyce więc całe lato będziemy mieli wycięte z życiorysu. Ja mam w tym roku taryfę ulgową, ale mąż będzie zajęty od rana do nocy. Dalsze wypady na zakupy będą możliwe dopiero we wrześniu, a wtedy to ja już pewnie będę na ostatnich nogach nie bardzo w kondycji na zakupowy szał. Poza tym parę akcesoriów zamierzam ściągnąć z Polandii, bo w Turcji zwyczajnie ich nie ma, albo te co są bardzo mi się nie podobają :-] 

Taka jest właśnie sytuacja z wózkiem. Te tureckie są po prostu mega ohydne. Przede wszystkim nie dotarł tu jeszcze wynalazek jakim jest gondolka. Nie wierzycie? Ja też nie wierzyłam. Dzieci wożone są w spacerówkach i to niekoniecznie z rozkładanym na płasko siedzeniem. Wiem, zgroza. Ogólnie zauważyłam, że Turcy z takimi zupełnie malutkimi niemowlaczkami raczej w ogóle nie wychodzą na zewnątrz (to dlatego, że wszyscy się tutaj boją by dziecko nie zmarzło i się nie przeziębiło, nawet jeśli temperatura sięga 40stopni), a jeśli już, to dzieci wożone są w ... fotelikach samochodowych. No istny dramat. Nikt się tutaj nie zastanawia jaki to ma wpływ na kręgosłup dziecka i jego rozwój. Poza tym wózki tureckich producentów są mega niepraktyczne i kiepskie jakościowo. I wszystkie, naprawdę wszystkie, mają malutkie koła. W naszej okolicy nawierzchnia bywa różna. Są dziurawe chodniki, w miarę równe drogi, kostki brukowe, utwardzony żwirek i tzw. kocie łby. Obserwuję matki na spacerach z dzieckiem i widzę jak dziecko się telepie i jak matka się męczy. Turczynki poprzez spacer z dzieckiem rozumieją głównie wypad do spożywczaka - spacer takim gratem po prostu nie może być przyjemnością. 

Biorąc pod uwagę to wszystko, wniosek nasunął się tylko jeden: wózek trzeba będzie ściągnąć z Polski.

Nasz pojazd musi spełnić trzy podstawowe warunki: 1) dawać radę na wspomnianych nawierzchniach, 2) być naprawdę lekkim, bo czekają nas częste podróże lotnicze i nie tylko, 3) być ładnym ;-) Czyli wyznacznik nr 1 - duże koła. Te akurat ma już większość wózków dostępnych na polskim rynku. Pytanie czy piankowe czy pompowane? Wszędzie słyszy się, że pompowane lepsze. Wierzę w to z całego serca. Niestety te pompowane są znacznie cięższe i jeżeli się przebiją - klapa, bo w Turcji raczej nie mam co liczyć na pomoc serwisu, a już widzę mojego męża zajmującego się przebitą oponą - pauza w spacerach na co najmniej 2 miesiące ;-] Z racji braku serwisu, ważna jest też dla nas ogólna jakość wózka. Najlepiej by nie było z nim żadnych problemów :) 

Z takimi wyznacznikami moi rodzice rozpoczęli poszukiwania. Na początku nie było to łatwe, bo podobały im się wszystkie :)) ja w międzyczasie prowadziłam poszukiwania w internecie. I tak doszłam do wniosku, że nie chcę wózka polskiego producenta, bo ci mają kiepskie usługi serwisowe. W grudniu miałam niemiłe doświadczenie z niby renomowaną polską firmą Wittchen (nawet nazwa jakby zachodnia), która zlała mnie kompletnie przy próbie reklamacji "super wytrzymałej" walizki, która pękła przy pierwszej podróży samolotem. Bardzo mi to zapadło w pamięć i mocno zniechęciłam się do polskich firm. Po przeczytaniu setek opinii doświadczonych mam, zawęziłam wybór do dwóch producentów: Mutsy i X-lander. Wiadomo, że nie ma produktu doskonałego. Ale porównując ilość negatywnych opinii, te wózki mają ich zdecydowanie najmniej. Dodam też, że nie zamierzaliśmy wydać na ten zakup miliony, a całkiem sporo modeli tych firm jest jeszcze w dość przystępnych cenach.

W międzyczasie poszukiwań, obmyślałam stronę logistyczną całej operacji. Rodzice z siostrą chcą nas odwiedzić latem więc mieliby okazję przywieźć wózek. Choć lot charterem ze standardowym bagażem dla 3 osób plus gondolką, spacerówką i fotelikiem (moja mama uparła się by załatwić od razu wszystkie części) od samego początku brzmiał bardzo abstrakcyjnie. Poczta też odpada, bo z racji na wartość musielibyśmy zapłacić cło. Niedawno dostałam cynk, że nasz znajomy Turek planuje podróż samochodem z Polski do Turcji. I właśnie na taką okazję czekałam :)) po rozmowie z nim mój zapał jednak trochę ochłonął, bo kolega jeszcze do końca nie był zdecydowany w kwestii wyjazdu. Zdradził nam jednak tajemnicę, że w poniedziałek (tak, ten) w tą samą trasę wyjeżdża jego znajomy i że ma miejsce w aucie. No! To teraz trzeba na gwałt kupić wózek :-D

Rodzice pognali do hurtowni wózków i wrócili z Mutsy Evo Urban Nomad. O takim:

Zdjęcie z http://www.babyentiener.nl
Wózek posiada wszystkie bajery, których nie będę już tutaj opisywała i jest w zestawie z fotelikiem Maxi Cosi Citi. Wizualnie bardzo mi się podoba, jest mega lekki i jeśli wierzyć dziadkom - prowadzi się super ;-) Na koła ostatecznie zdecydowałam się piankowe. Jeżeli nie zdadzą egzaminu, w grudniu przy okazji pobytu w Polsce będę miała możliwość je wymienić na pompowane. Nastawiona byłam na kolor granatowy, ale rodzice zachwycili się tym modelem z limitowanej kolekcji Urban Nomad ze skórzaną rączką. Uwielbiam naturalną skórę, na pewno będzie przyjemniejsza w dotyku niż pianka (i może junior nie będzie jej pogryzał w wersji spacerowej ;)). To, na co mamy narzekają w tym modelu to niezbyt duża gondolka i budka w wersji spacerowej. Mam jednak nadzieję, że nie urodzę giganta, a budka wg mojej mamy wcale nie jest taka mała i da się ją jeszcze rozłożyć po rozpięciu zamka. 

Wczoraj przez skypa oglądaliśmy szczęśliwych dziadków paradujących z wózkiem dookoła stołu :-D Dumnie oświadczyli, że jest to ich pierwszy prezent dla wnuka/czki :)) 

W przyszłym tygodniu wózek powinien do nas dotrzeć, choć oczywiście logistycznie nie jest to taka prosta sprawa, bo znajomy, który będzie go wiózł jedzie do Ankary, która leży od nas 600km :-) Ale co najważniejsze - nasz mutsy będzie już w Turcji :-D Z Ankary albo odbierze go inny znajomy, albo po prostu wyślemy po niego kuriera.

Już nie mogę się go doczekać! Mam nadzieję, że w realu wygląda tak samo :-)


czwartek, 17 kwietnia 2014

Nasze łupy

Wczoraj wykorzystałam odpowiedni moment i zapędziłam H. do złożenia łóżeczka od ciotki. Wreszcie pozbyłam się tego klocka z sypialni. Demontaż łóżeczka poszedł H. piorunem. Sam chyba zdziwiony prostotą zadania, zaproponował że od razu złoży to nowe z Ikei. Mnie dwa razy nie trzeba mówić! I tym sposobem w naszej sypialni stanął Hensvik. Wygląda według mnie wspaniale. Przede wszystkim łóżeczko jest lekkie, a biały kolor tylko tą lekkość podkreśla. Cieszę się, że się na nie uparłam, bo teraz po ustawieniu go w naszej niewielkiej sypialni widzę różnicę. Oczywiście nie mogłam już wytrzymać i od razu ubrałam pościel. W końcu i tak trzeba będzie wszystko prać, a na razie niech pocieszy moje oko ;-) Oto one:

Z tej strony łóżeczko zamierzam ozdobić niewielkim rysunkiem. Myślę o Bambim ;-) tak, jestem dzieckiem wychowanym na Disneyu :-))



Przy okazji postanowiłam też sfotografować moje dotychczasowe zakupy. Okazało się, że to dobry pomysł, bo przynajmniej miałam okazję się trochę ogarnąć w tym co już mam. Przyznam, że sama się trochę zdziwiłam ilością ubranek ;-) a kolejne zamówione już są w drodze... ;-))

Moje pierwsze łupy:

Nie mogąc zdecydować się na kolor...

kupiłam obydwa ;-)



Ogólnie staram się kupować ciuszki unisexy. Nie jest to jednak takie łatwe. W Turcji dominuje podział na błękitne i różowe. Siłą rzeczy kupuję błękitne. Błękitne ubranko dziewczynka też ubierze, a chłopiec różowe śpioszki z falbanką już niekoniecznie :-]




Wszystkie ubranka kupuję przez internet. Sprzedaż internetowa jest tutaj super rozwinięta i dzięki temu zwrot czy wymiana jest zupełnie bezpłatna. Nie płaci się również za kuriera, który taki towar odbiera bezpośrednio z Twojego domu. Dodatkowo w sklepie, w którym ja robię zakupy, dostawa też jest darmowa. Takie zakupy mają mnóstwo plusów, bo ubrania są bardzo dobre jakościowo, są naprawdę tanie, mam dostęp do produktów znanych firm z poziomu domowej kanapy. Jedynym minusem jest wybór rozmiaru. Pomimo, że większość ubranek ma na metce podany dedykowany wzrost, na stronie internetowej sklepu są jedynie przedziały wiekowe. I tak pierwszym jest 0-3miesiące, sporadycznie pojawia się hasło "noworodek". Przedział 0-3mc odpowiada najczęściej 56cm, ale zdarzyło mi się dwa razy naciąć i doszły do mnie ubranka na ... 50cm :-] Nie zwróciłam ich, bo były naprawdę tanie, a być może wykorzystam je zaraz na początku. Oto one:



W drugą stronę też zdarzył się poślizg. Śpioszki z tego samego przedziału 0-3mc a są naprawdę długaśne w porównaniu do pozostałych:



O większości jednak mogę ze spokojem powiedzieć, że jest trafiona. 

ciepłe porteczki w sam raz na podróż do grudniowej Polski :)




Ogólnie nastawiam się głównie na śpioszki bawełniane i welurkowe plus body i spodenki. Na liście wyprawkowej dla dziecka na stronie internetowej szpitala, w którym będę rodzić, jest też wspomniany taki zestaw jak powyżej z wykrzyknikami. Osobiście kaftaniki w ogóle do mnie nie przemawiają, bo już sobie wyobrażam jak będą się podwijały, ale żeby nie było opieprzu w szpitalu - kupiłam. Tureckie sklepy uwielbiają zestawy. Trudno mi kupić zwykłe śpiochy bez dołączonych do nich rękawiczek i czapeczki. W zestawach wyprawkowych  standardowo jest też śliniak (?!). Żartuję sobie, że brakuje w nich jeszcze talerzyka i łyżeczki :->

I ostatnie łupy:



Podkład do przebierania

Tak, uwielbiam Kubusia Puchatka :)) strasznie mnie rozczula. Mam też na oku kubusiową pościel. Właśnie na nią poluję :)

Nie mam jeszcze za bardzo wyobrażenia jak będę ubierała juniora. Może się on urodzić pod koniec września albo w pierwszych dwóch tygodniach października. W tym czasie pogoda w Turcji jest jak w Polsce w maju. Absolutnie nie chcę przegrzewać dziecka, nastawiam się bardziej na zimny chów. Ja w taką pogodę ubieram najczęściej cienkie przewiewne spodnie i bluzkę z krótkim rękawem. Wychodząc z założenia, że dziecku należy zakładać jedną warstwę więcej, wychodzą... bawełniane śpiochy albo body z długim rękawem plus spodenki? Pewnie będą też cieplejsze dni więc przydadzą się też bodziaki z krótkim rękawem. Patrząc na te zdjęcia, widzę, że tych kompletnie mi brakuje. No i, drogie Mamy, jak ubieracie swoje pociechy w domu jesienią/zimą? W naszym mieszkaniu jest ok. 20stopni, bardzo nie lubię gdy w domu jest gorąco. Czy zawsze pod śpiochy należy ubierać bodziaka z krótkim rękawem? 

Za wszelkie rady thank you from the mountain!

wtorek, 15 kwietnia 2014

Uparciuch!

Z naszego juniorka jest mega uparciuch. Chyba wdał się w dziadka z Polski, choć H. twierdzi, że bliżej mu do mamusi ;-) I tym razem nie dowiedzieliśmy się czy mamy mówić do brzuszka w rodzaju męskim czy żeńskim. Kolejna szansa za dwa tygodnie. Junior oprócz dupki pokazał nam dokładnie wszystkie części swojego ciała. No żartowniś! W pewnym momencie odwrócił nawet w stronę sondy buźkę, tak że widzieliśmy dokładnie oczy i nochalek (oby ten też był za mamusią ;-)) Ogólnie bardzo ładnie się rozwija i wszystko wygląda ok. 

Na kolejną wizytę doktorek Ali zarządził wykonanie testu potrójnego. Doktorek wspomniał o wyeliminowaniu problemów ortopedycznych, choć teraz czytam w necie, że test potrójny jest głównie nastawiony na wady cewy nerwowej i zaleca się je głównie kobietom, u których wyniki badania przezierności wyszły nie do końca dobre. U nas niby są ok. No cóż, cokolwiek to jest mam nadzieję, że u nas wyjdzie wynik negatywny. Nie wiem czy jest to badanie obowiązkowe w Turcji, nie spytałam. Może nas trochę naciąga, sama już nie wiem. Ale w sumie nawet jeżeli tak jest, to chyba nie rezygnowałabym z takiego badania... Oj te matczyne dylematy...

Dostaliśmy trzy fotki, ale patrząc na nie jestem trochę zawiedziona. Podczas badania maluszek kilka razy ułożył się naprawdę pięknie! I tak jak wspomniałam, pokazał nam też całą buźkę. Ba! Stanął nawet na głowie! :-) Niestety żadna z tych akrobacji nie została uwieczniona na zdjęciu, wszystkie są jakieś takie rozlane, trudno się domyśleć co gdzie i jak. Może następnym razem się uda :-)

Za mną pierwsze ogrodnicze doświadczenie :-) Po badaniu skoczyliśmy jeszcze do supermarketu, w którym odkryłam nowo otwarty dział ogrodniczy. Oczywiście zanurkowałam w nim na dłuższą chwilę. Nie potrafiłam przejść obojętnie obok nasionek i kupiłam dwa rodzaje kwiatków. Szukałam takich, które w miarę szybko wzrosną (choć opis na opakowaniu nie brzmi optymistycznie) :-) mimo to postanowiłam spróbować. Dwie dodatkowe donice ustawię na tylnym balkonie, na którym jedynie suszę pranie, więc dwie "puste" donice nie będą straszyć. Dzisiaj z zapałem zabrałam się do sadzenia dzieląc się tym entuzjazmem z mężem, gdy ten znalazł na opakowaniach informację o docelowej wysokości roślin zapisany drobnym maczkiem, którego oczywiście nie zauważyłam. I tak jeden z kwiatków ma urosnąć do... UWAGA UWAGA.. 4 metrów!!! :-D :-D :-D sama się z siebie śmieję. No, ale posadziłam. Zobaczymy co z tego będzie, może las tropikalny ;-)

Mój ogród już wkrótce ;-)

niedziela, 13 kwietnia 2014

Melduję się z powrotem

Tak, melduję się z powrotem w domu. Fajnie jest się tak od czasu do czasu przewietrzyć, ale miło też do domu wrócić. Czuję teraz nowy przypływ energii na kolejne ... miesiące? tygodnie? - zobaczymy ;-) Zgodnie z zapowiedzą obraliśmy kierunek na pierwsze duże miasto w naszym regionie, czyli Izmir. Z naszej wioski to trasa ok. 200km w jedną stronę, czyli biorąc pod uwagę tureckie drogi, rzut beretem. Tak, tak. W zachodniej Turcji drogi są po prostu zajebiste i długo jeszcze chyba przyjdzie nam czekać na takie w Polsce. Standardowo wszystkie drogi międzymiastowe są tutaj dwupasmowe i co by tu mówić, wyglądają jak nasze autostrady :-] Tureckie autostrady z kolei to trasy przynajmniej trzypasmowe. Taka jazda jest naprawdę samą przyjemnością. Ogólnie bardzo lubię tą trasę, bo widoki mijane po drodze zmieniają się jak w kalejdoskopie. Niestety nie udało mi się zrobić zbyt wielu zdjęć, bo nie miałam sumienia prosić H. o zatrzymywanie się co chwilę, a podczas jazdy trudno uchwycić ujęcie, które nie będzie rozmazane. 

Zwykła trasa międzymiastowa

Wiosną jeszcze jest zielono

Uwielbiam te formacje skalne - wielkie grzyby

Skały jakby rozsypane przez olbrzyma





widok na tamę wodną

turecka autostrada

a tu taki humorek drogowy ;-)

Izmir jak zwykle zachwycił mnie już swoim ogromem. Co prawda po mieszkaniu w 17 milionowym Stambule, 3.5 milionowy Izmir powinien wydawać się kruszynką, ale gdy jadąc jakimś mostem spoglądam na lewo i prawo i widzę tylko pustynię zabudowań aż po sam horyzont - robi to na mnie wrażenie. 

Zgodnie stwierdziliśmy, że na pierwszy ogień trzeba wziąć Ikeę i tak też zrobiliśmy. Przeprawa przez cały sklep jest nie lada wyzwaniem, choć H. starał się dopasowywać tempo do mojego coraz wolniejszego dreptania. Dział dziecięcy czekał nas akurat na samej końcówce pierwszego poziomu. Jednak gdy tylko zobaczyłam dzieciowe akcesoria, od razu wróciły mi siły :-D Dorwaliśmy się do upatrzonego w internecie łóżeczka Hensvik - nie zawiodłam się co do jego wyglądu. Łóżeczko bardzo mi się spodobało i akurat było wystawione z pościelą w leśne zwierzątka, która od razu skradła moje serce. Jednak, żeby nie pospieszyć się z zakupem, rozejrzeliśmy się też za innymi łóżeczkami. Obejrzeliśmy to z szufladami - ładne, ale nie podobają mi się te uchwyty-dziury w szufladach i parę innych, które nie były dostępne w sklepie internetowym. Tak naprawdę wszystkie były ładne, aczkolwiek Hensvik wydał mi się super lekki, romantyczny dzięki zakończeniu szczytów i cenowo najatrakcyjniejszy. Gdy ta decyzja została już podjęta, rzuciłam się na poszukiwania pościeli w leśne zwierzątka. Jak na złość - nie została ani jedna. Szlag mnie trafił, bo kołderka w niemal każdym wystawowym łóżeczku była w nią ubrana. Do tego dobrany był ochraniacz na łóżeczko w biedronki - super pasujący i też w fajnej cenie. Trudno. Dalej chcieliśmy  kupić stolik do przebierania dzieciątka i owszem, znaleźliśmy taki, który by nam odpowiadał, ale nie w białym kolorze - a chcieliśmy, żeby pasowało kolorystycznie do łóżeczka. Niestety i tu czekał nas zawód. Dalej kupiliśmy jeszcze kilka innych pierdołków dla dziecka, które upatrzyłam sobie już wcześniej. Gdy w końcu dowlekliśmy się do magazynu i załadowaliśmy karton z łóżeczkiem, przekonaliśmy się, że materac, który ostatecznie wybraliśmy (a do którego nie byłam do końca przekonana) też już został wyprzedany. Szlag. Tuż przed kasami, poprosiłam H. o ostatnie 10min. i skoczyłam do kącika rzeczy przecenionych z myślą, że znajdę coś fajnego do kuchni. Niestety nie tym razem. Zmierzając już ku wyjściu, nagle dostrzegam "nasze" łóżeczko, z fajnym grubaśnym materacem i oczywiście pościelą w leśne zwierzątka :-) Szukam na etykiecie powód, dla którego się tu znalazło - produkt wystawowy. Cena o ok. 50zł wyższa od nowego łóżeczka, które już wozimy w kartonie na wózku. Myślę sobie - dziwne. Idę do H. i opowiadam, że chyba się obsługa pomyliła, że promocyjny produkt wyceniła drożej niż ten standardowy. H. patrzy na mnie i głośno myśli, że może to cena za cały zestaw: łóżeczko+materac+pościel+poduszka+kołdra. Dopytujemy obsługi i faktycznie okazuje się, że H. ma rację :-D w życiu bym na to nie wpadła, jakieś otępienie mnie dopadło. Po dokładnym obejrzeniu łóżeczka stwierdziliśmy, że nie ma absolutnie żadnej wady. Decyzja - bierzemy! I tak za 50zł dostaliśmy materac w cenia ok. 200zł, kołderkę plus poduszkę, prześcieradło i pościel, z której stratą już zdążyłam się pogodzić :-D Podczas gdy H. zajął się dopilnowywaniem rozkręcania łóżeczka, ja wróciłam się po ochraniacz w biedronki :-)) zakupy oceniam na mega udane i choć po takim maratonie nogi nam w tyłki wchodziły - warto było. 

Pozostały czas w Izmirze spędziliśmy na korzystaniu z dobrodziejstw dużego miasta. Było kino, była pizza, były lody z McDonald'sa do oporu. Gdy dojechaliśmy do hotelu byliśmy ledwo żywi. 

Izmir to miasto młodości mojego męża. Tutaj skończył liceum i mieszkał do czasu wyjazdu do Polski na studia. Odwiedziliśmy jego dawne kąty, przeszliśmy się jego dawnymi szlakami. Miasto ma niesamowitą atmosferę. Izmir to dawna Smyrna, w której jeszcze do początków XXw. mieszkało bardzo dużo Greków. Nazwa została zmieniona na Izmir, gdy miasto zdobyło Imperium Osmańskie, ale to akurat łagodnie traktowało cudzoziemców w swoich granicach. Potem, po przegranej I wojnie światowej i w wyniku wojny grecko-tureckiej miasto znowu weszło w posiadanie Grecji, aż do pojawienia się słynnego Atatürka - pierwszego prezydenta Turcji i, tak naprawdę, jej założyciela. To on poprowadził wojnę wyzwoleńczą i odzyskał Izmir. Wówczas też nastąpiła wymiana ludności grecko-tureckiej, czyli Grecy zamieszkujący Turcję zostali odesłani do Grecji, a Turcy z Grecji wrócili do Turcji. W mieście na każdym kroku można znaleźć greckie elementy i to pochodzące z różnych okresów rozpoczynając od starożytności. Mnie najbardziej jednak podobają się stare greckie domy, które bardzo różnią się architekturą od tureckiej zabudowy. W ogóle uwielbiam stare domy, takie z duszą, i zawsze mam ochotę zajrzeć do środka i wejść na piętro, wyobrazić sobie jak wyglądały w przeszłości, gdy tętniły życiem. 

jeden z greckich domów

I  tak spacerując, wypiliśmy niezliczoną ilość tureckiej herbatki, cappucino ze Starbucksa i delektowaliśmy się piękną pogodą. Przez cały nasz pobyt w Izmirze temperatura utrzymywała się wokół 25 stopni i biłam niebu pokłony, że coś mnie oświeciło i wzięłam sandały.

spokojny wtorkowy poranek

turecka herbatka

Izmir jest bardzo zadbanym miastem, drugim po Stambule największym w Turcji portem handlowym. Jest też ostoją tureckiego laicyzmu. To właśnie w Izmirze turecki rząd, w którym obecnie u władzy są konserwatyści, od wielu lat nie jest w stanie zyskać żadnego poparcia. Spacerując po tzw. Kordonie, czyli nadbrzeżu, wszędzie dostrzegaliśmy antyrządowe napisy - ślady jeszcze całkiem niedawnych protestów, o których wspominała chyba też polska telewizja. 
antyrządowe napisy na deptaku

napis mówi "morderca" - to o premierze
"Berkin Elvan jest nieśmiertelny" - o chłopcu, którego śmierć z rąk tureckiej policji stała się iskrą zapalną ostatnich protestów w całej Turcji

Lubię Izmir za tą nowoczesność i liberalizm. Taki Stambuł na przykład jest mega konserwatywny w ogólnym wydźwięku. W Izmirze kobiety w czadorze to rzadkość. Jest natomiast sporo mini i dużych dekoltów, co natychmiast wyłapał mój mąż ;-)


pomnik zwycięstwa w wojnie wyzwoleńczej

część miasta wchodzi półwyspem w morze

wędkowanie w centrum 3,5 milionowego miasta


Taki pobyt świetnie na nas wpłynął. Złapaliśmy trochę innego powietrza i zgodnie stwierdziliśmy, że takie wypady należy robić częściej, również później z juniorkiem. A jeśli o niego chodzi - jutro jedziemy znowu podejrzeć co u niego. Ciekawe czy tym razem pokaże nam swoją dupkę :-D

poniedziałek, 7 kwietnia 2014

O urodzinach i wyjeździe

Mówiłam, że wraz z nadejściem pięknej pogody zaczynają nas swędzieć pewne części ciała? :) Mnie z każdym dniem swędzi jeszcze bardziej więc siedzę już na walizce gotowa do drogi :) Z racji, że pod koniec ubiegłego tygodnia miałam urodziny, zarządziłam prezent urodzinowy dla całej naszej 2,5-osobowej familii - wyjazd! Kierunek duże miasto, potem może jakiś turystyczny kurort, który teraz jeszcze przed sezonem będzie oazą spokoju. To drugie akurat bardziej pociąga H. niż mnie, bo jak dla mnie nie ma większej oazy spokoju niż ta, w której mieszkamy. No, może byłaby taka bez atrakcji serwowanych nam przez rodzinę H. ;-) W planach mamy Ikeę - tak, trzeba połączyć przyjemne z pożytecznym i raz na zawsze załatwić sprawę łóżeczka. Będziemy łazić po kawiarniach, Starbucksach i może nawet pójdziemy do kina. Osobiście bardzo tęsknię za kanapką ze Subway'a :-D Ogólnie rzecz ujmując, wyrywamy się z wiochy by nacieszyć się dobrodziejstwami metropolii. Wyruszamy w trasę jutro, ewentualnie pojutrze, decyzja zapadnie wieczorem. Muszę sobie trochę odbić niezbyt udane urodziny. 

Pewnie przesadzam, ale znowu dają się we znaki różnice kulturowe. Choć może nie tyle kulturowe co akurat personalne. Pochodzę z rodziny, w której każde święto, czy to Wielkanoc, czy Boże Narodzenia, czy urodziny, imieniny, zdany ważny egzamin czy rocznica ślubu to naprawdę ważne dni, które pieczołowicie celebrujemy. Zawsze jest uśmiech od rana, życzenia i gratulacje gdy tylko zobaczy się solenizanta, mniejszy lub większy prezent, drobne uprzejmości przez cały dzień, a po południu kawa z pysznym ciachem i rodzinne rozmowy. W Turcji oprócz imienin (które są chyba jedynie polską specjalnością) również świętuje się urodziny, rocznice, zdane egzaminy, itd. Są też muzułmańskie święta. Być może nie wiążą się z tak różnorodnymi tradycjami jak święta chrześcijańskie, ale też mają swój własny obrządek. Jednak rodzina mojego męża jest pod tym względem totalnym wyjątkiem. Ja mówię, że świętują na odpierdal. No przepraszam, ale tak jest. Żadnych przygotowań, żadnych ciast, nawet ubioru odświętnego nie ma. Na urodziny biszkoptowy tort bez smaku kupuje się z supermarketu. O prezencie jeśli się w ogóle myśli, to tak na szybko najczęściej w dzień, ewentualnie przeddzień imprezy. Życzenia składają dopiero przy krojeniu tortu, czyli po wieczornym posiłku, tj. ok. godz. 21. Czyli człowiek cały dzień swoich na przykład urodzin spędza jak każdy najzwyklejszy dzień po to by pod jego koniec usłyszeć "wszystkiego najlepszego" i zjeść na odczepnego kawałek niesmacznego tortu. Od 8 lat staram się im pokazać jak przywiązana jestem do wszelkich tego typu obchodów. Bo przecież to tak niewiele kosztuje, a solenizantowi jest po prostu super miło! Rodzice H. mieli nawet okazję spędzić w Polsce Wielkanoc, byli też na moich polskich urodzinach, wiedzą więc jak to u nas wygląda. A w Turcji i tak zawsze klapa. Nie oczekuję od nich, że będą ze mną obchodzić chrześcijańskie święta. Na te zresztą i tak najczęściej staram się wracać do Polski. Ale w ciągu tylu lat mogliby chociaż zapamiętać datę  moich urodzin :-S W tym roku wszystko zaczynało się tak pięknie - o północy mąż złożył mi życzenia i wręczył kwiatka. Prezent tradycyjnie mam wybrać sobie sama, co też zamierzam uczynić przy okazji wyjazdu. Po północy leżymy sobie w łóżku, ja czytam książkę, mąż coś tam grzebie w telefonie. Okazało się, że właśnie przypominał swojej mamie, że dzisiaj ma złożyć mi życzenia. Zaraz potem zadzwonił telefon. Teściowa składa mi życzenia. Zrozumiałam, że H. dał jej cynka, ale i tak byłam wdzięczna, że od razu przeszła do czynu. Miło mi się zrobiło, więc zaproponowałam, że wieczorem uczcimy ten dzień tortem, który połowicznie już upiekłam (tak, sama sobie. Z tym akurat nie mam problemu, bo lubię piec i gotować, a te tureckie torty zupełnie mi nie smakują). Na to teściowa "a to ty masz DZISIAJ urodziny??? ja myślałam, że były wczoraj!". Na to kompletnie mi szczęka opadła, po prostu zaniemówiłam :-] Najpierw mnie to rozbawiło, ale potem poczułam zrezygnowanie... Do tego od rana mąż musiał wcześnie pojechać do pracy i miał jakiś super nerwowy dzień. Obiecał mi tylko, że zabierze mnie na bazar, żebym mogła sobie kupić jakieś owoce na tort (zrobiłam pavlovą :)) Przyjechał, ale już tam  na miejscu byłam kilkakrotnie pospieszana, żeby szybko sprawę załatwić, bo on musi wracać do pracy. Akurat znałam powód, dla którego tak mu się spieszyło i według mnie wcale nie był taki pilny :-/ Dostałam też opieprz, żeby min nie strzelać. Tym sposobem od rana do wieczora przesiedziałam w domu sama. Tylko Bąbelek mi towarzyszył. No i rodzice na skypie :-] przez niemal godzinę rozmawiałam z babcią z Polski przez telefon. Czyli polska rodzina jak zwykle się wykazała, a ta turecka dała plamę. Było mi trochę przykro i byłam też o krok od odwołania wieczornego ciacha, poza tym wzięła mnie ochota na kawałek pavlovej i akurat nie potrafiłam znaleźć powodu, dla którego miałabym go sobie we własne urodziny odmówić ;-) Ostatecznie doczekałam wieczora, przełknęłam żal i po kolacji u teściów wysłuchałam "wszystkiego najlepszego". Na tym tak naprawdę obchody moich urodzin się skończyły, bo przez resztę wieczoru prowadzone były rozmowy na temat hotelu, które pochłaniały głównie H. i teścia :-/ Mąż zauważył, że jest mi przykro i starał się trochę zrekompensować ten czas, ale było już po ptakach. Zapowiedziałam mu, że od przyszłego roku urodzinowe ciacho zjemy w dwójkę (Bąbel będzie kończył 6. miesiąc :-D), może pójdziemy do restauracji, może obejrzymy ulubiony serial. Zrobimy tak, żeby mnie było przyjemnie, a nie tak jakbym przygotowywała te urodziny dla kogoś innego... naiwna jestem, że zawsze chcę żeby w Turcji było jak w Polsce. No nie da się i już.

Tym razem nie mam fotografii pięknych widoków, ale wklejam tutaj zdjęcie zrobione podczas poszukiwania owoców na bazarze. Bazary są w Turcji świetne, w szczególności w małych miejscowościach. Wszystko jest ekologiczne i świeżutkie, ludzie uprawiają ogródki i pola, a to co mają w nadmiarze sprzedają na bazarze. Ceny niewiele różnią się od tych sklepowych, ale smak takich warzyw jest naprawdę inny. Zamierzam porobić więcej zdjęć z bazaru, ale ostatnio pospieszana przez męża zupełnie nie miałam do tego głowy. 

Na zdjęciu nie widać, ale od kilku tygodni owocowym vipem na bazarach są truskawki - sezon na te owoce właśnie się zaczął :)



czwartek, 3 kwietnia 2014

Spacerem wokół komina

Pogoda dopisuje, wiosna u nas w pełni. Codziennie jest przyjemnie ciepło, słonko grzeje, ale jeszcze bez przesady, niebo błękitne, jest i lekki wietrzyk - tak lubię! Codziennie więc wybieram się na mniejsze i większe spacery, po których wieczorem zasypiam mega twardym snem. Wspominałam Wam już, że mieszkamy w małej miejscowości, która szczęśliwie leży nad morzem. Z jednej strony morze, z drugiej góry. Jakkolwiek wiejsko by tu nie było, jest po prostu pięknie. Przy okazji każdego spaceru wyobrażam sobie siebie z wózkiem i już nie mogę się doczekać :)) Tereny mamy tutaj cudowne, mnóstwo tras spacerowych, gdyby tylko podłoże było lepiej do wózkowych spacerów przystosowane... Mam nadzieję, że nasza bryka, którą ściągam aż z Polski sobie poradzi ;)

Taki mamy widok z drugiej strony domu

Anturium jest tutaj zwykłym kwiatem ogrodowym :)





Właściwy sezon na cytrusy jest w Turcji zimą, ale jak widać niektórzy nie nadążają z konsumpcją :)

Jedna z moich ulubionych tras - przy rzece.

W myślach już pcham wózek z juniorem 


Najczęściej na koniec spaceru docieram do naszego hotelu i wyciągam męża na małe-co-nieco. 

Świeżutkie kalmary to mój przysmak

A tutaj przysmak H. - chlebek z warzywkami i wołowymi klopsikami köfte

W ciągu najbliższych dni zamierzam też zająć się naszym balkonem. Kupiłam już donice i ziemie, teraz czas na skompletowanie kwiatów. Wszędzie jednak sprzedawane są takie same kwiaty, bratki i inne bardziej oklepane. A mnie się marzy coś oryginalnego. Widziałam, że można kupić też cebulki, tylko czy jeżeli zasadzę je w donicach to coś z tego wzejdzie? Niestety w Polsce sadzeniem kwiatków zajmuje się od lat mój tato, więc niezbyt doświadczony ze mnie ogrodnik... :-S Będzie trochę błądzenia w ciemności, ale mam nadzieję, że w końcu dane mi będzie usiąść na balkonie między kwiatami i pokomplentować zachód słońca nad morzem.