poniedziałek, 23 listopada 2015

Krok do przodu

Taki właśnie zrobiliśmy, bo wreszcie załatwiliśmy sprawę mieszkaniową. Ale łatwo nie było, oj nie. Mam nadzieję, że teraz już będzie lepiej, bo ostatnio u nas pod górkę.

Poszukiwanie mieszkania we Wrocławiu stało się dla mnie największym złodziejem tych żałosnych resztek mojego wolnego czasu. Poza tym szukanie na odległość jest po prostu paskudne. Ja wiem, że każdy chce wynająć jak najszybciej i że tak przez telefon to jestem tylko szarą niewiadomą dla mojego rozmówcy. No, ale skoro już się umawiamy na spotkanie to dlaczego koleś wynajmuje mieszkanie komuś, kto pojawia się godzinę przede mną???? Strasznie to było dla mnie wkurzające i dołujące. W końcu ustaliliśmy kilka spotkań na ubiegłą sobotę. Tą pamiętną sobotę, dzień po zamachach w Paryżu. Wtedy szlag mnie trafił, ale teraz widzę, że całe szczęście, że w piątek wieczorem niemal wszystkie się posypały, bo już sobie wyobrażam jak właściciele mieszkań reagowaliby na H :(((( Naprawdę przez tą chorą sytuację w Polsce napędzaną jeszcze dodatkowo przez media (czy tylko ja tak mam, że kiedykolwiek nie włączę tv jest jakiś program antymuzułmański??? A to o Czeczenach, a to o poligamii, a to o Syrii... ręce opadają, bo wszystko na jedno, znajome kopyto zamiast choć troszkę oświecić ciemny naród). Poza tym mąż mój w piątek się kompletnie rozłożył. Do tego wszystkiego Laura i jej ząbkowanie. Trzy zęby tuż pod dziąsłem dają jej ostro popalić, a ona nam :-] Śpimy znowu w trójkę, Laura całą noc przy cycku, bo tylko w ten sposób się nie wybudza. Rano jestem więc cała połamana. Przez weekend miałam więc w domu ząbkujące niemowlę, chorego chłopa i oczywiście kontynuację szukania mieszkań i umawiania spotkań....

Ufff... przypuszczam, że zmęczyłyście się już samym czytaniem :D


Zatem do brzegu. Pojechaliśmy w czwartek, mieszkanie wynajęliśmy. Jego właściciel na całe szczęście nie okazał się polskim patriotą albo chociaż nie dał tego po sobie znać. Ale dreszczyk emocji był, a jakże. Z Wrocławia pojechaliśmy prosto do moich rodziców. Tutaj odbijamy sobie ten trudny czas, czyli sprzedajemy Laurę dziadkom kiedy tylko jest ku temu okazja :D


Tym sposobem wczoraj pojechaliśmy do kina. UWIERZYCIE? Bo ja wciąż niedowierzam. Normalnie wypas :)) Padło na Bonda, ale film się nie liczył :) Było super i może, kto wie, uda się jeszcze raz? :)


W sobotę wracamy do Krakowa by dokończyć pakowanie i dalej trasa na Wrocław. Nie jest mi żal miasta królów. Sorry, ale jakoś nie.

Patrzę przed siebie i nawet cieszę się na tą przeprowadzkę.
Zaczynam doceniać też zimę w Polsce, której nie dane było mi przeżyć od dobrych kilku lat. I jaaak fajowo, że w centrach handlowych już widać świąteczne akcenty! Nic a nic mi to nie przeszkadza! Czekam jeszcze na jingle bells i inne hiciory. I tak, nie mogę się doczekać Kevina :D



wtorek, 10 listopada 2015

Żyjemy w puszce

Mało nas ostatnio na blogowisku. Niestety musiałam sobie odpuścić nie tylko pisanie u siebie, ale nawet czytanie Waszych blogów :( Obiecuję wkrótce poprawę, ale na razie wykorzystuję dosłownie każdą chwilkę na poszukiwania mieszkania we Wrocławiu. Jestem już zmęczona tymi poszukiwaniami, bo to wszystko na mojej głowie, a Laurusia niestety nie ułatwia mi zadania. Wychodzą jej kolejne trzy zęby, które mocno ją męczą, a ona tym samym męczy mnie :D Gorzej śpi, często wybudza się z płaczem, a w nocy potrafi wisieć na cycku jak noworodek. Nasze samotne spanie poszło więc znowu w niepamięć, laurowe łóżeczko od mniej więcej północy świeci pustkami. 
Rano znowu budzę się połamana, mąż idzie do pracy, a ja jednym okiem patrzę na Laurę, drugim na ogłoszenia :S Poszukiwania mieszkania na odległość jest po prostu do bani - zanim dotrzemy na miejsce, ktoś sprząta nam mieszkanie sprzed nosa. Planujemy w sobotę przejechać się do Wrocka i mam nadzieję, że coś znajdziemy choć przyznam, że na myśl o jeżdżeniu od mieszkania do mieszkania i ich oglądaniu z Laurą trochę miękną mi nogi. Pozostaje mi liczyć po cichu, że córcia znowu nas pozytywnie zaskoczy i będzie współpracować.



Poza tym u nas nuuudy. Od niemal tygodnia siedzimy z Laurą uwięzione w mieszkaniu. Najpierw był smog i tak wysokie jego stężenie w powietrzu, że po wyjściu na zewnątrz faktycznie od razu czuć było metaliczny posmak w ustach, a teraz mamy deszcz, wiatr i piździawkę :] Wolę jednak zdecydowanie ten deszcz, bo przy smogu nawet okien nie mogliśmy otworzyć by choć trochę wywietrzyć mieszkanie. Życie jak w puszce. Ohyda. Cieszę się z tego powodu, że niedługo uciekamy z Krakowa choć we Wrocławiu podobno jest tylko trochę lepiej :]

Urzędujemy więc z Laurą w domu. Córci mojej ta nerwowa atmosfera się chyba udziela, bo zupełnie nagle zaczęła przejawiać jakieś autodestrukcyjne zapędy - w czasie całkiem spokojnej zabawy potrafi nagle podejść do ściany i zacząć walić w nią łepetyną albo bierze do ręki plastikową zabawkę i łuuuup w czoło. Potem ryk i znowu łuuup. Ja naprawdę nie wiem w kogo ona się wdała, bo u mnie w rodzinie takich osobników nie ma :P


Laurusia przytula się do swoich pluszaków :)

Na koniec pozytywny akcent: jeszcze w czasach przedsmogowych wróciłyśmy do domu z Biedry z nocnikiem :D Laura najpierw z wielkim entuzjazmem zaznajomiła się z nowym obiektem, powrzucała do niego zabawki, potem rzuciła w kąt. Po kilku dniach zaczęłam ją na nim sadzać i muszę się, drogie ciocie, pochwalić, że mamy pierwsze sukcesy. W nocniku wylądowało już kilka kupek, a nawet dwójeczka :) Śpieszę jednak wyjaśnić, że nie, Laura nie woła oczywiście na nocnik. Sadzam ją na nim, gdy tylko zauważam pierwsze objawy tego, że idzie "grubsza" sprawa. Cieszy mnie jednak to, że Laura siedzi na nim bez problemu i nie blokuje się w wiadomej sprawie :) 

Nom, to by było na razie na tyle.

Buziaki :***

środa, 4 listopada 2015

Słowo o pierwszych butkach

Dzisiaj taki mini-post, bo sporo osób pyta mnie o moją opinię o Attipasach, czyli naszych pierwszych bucikach. Mini też z tego względu, że nasz sąsiad (bliżej nieokreślony, bo jak dotąd nie udało mi się go zlokalizować) już 2 tydzień jedzie ostro z wiertarą i to tak od rana do wieczora. Nie pytajcie mnie co w tej chwili czuję, bo miałabym ochotę kolesia wypatroszyć za życia, a jelita powiesić na balkonie. 

No dobra, buciki. Takie właściwie pół-buciki, bo z buta mają tylko podeszwę.


Kupując je kierowałam się super-ekstra dobrymi opiniami innych mam. I ja też chciałabym napisać o nich w samych superlatywach, bo bardzo mi się podobają. Po miesiącu ich używania napiszę jednak: chyba nie warto. Buciki są faktycznie bardzo starannie wykonane, mięciutkie, wg mnie nawet ładne, na paluszki jest bardzo dużo miejsca, opakowanie naprawdę robi wrażenie itp. 

Ale:

Spadają! Nosz kurde, mam wrażenie, że gdybyśmy kupiły normalny  bucik, np. wiązany, byłby stabilniejszy. Attipasy, pomimo naprawdę dobrego dopasowania rozmiaru, potrafią się przekrzywić, ściągacz skarpetki wiecznie się opuszcza, u nas w prawym buciku nawet puściła przy nim jakaś nitka przez co Laura wiecznie go gubi. Najbardziej jednak wkurza mnie to, że się przekrzywiają, podeszwa idzie do góry, co zdecydowanie grozi utratą przez dziecko równowagi i upadkiem.



Poza tym wiecznie mam dylemat czy ubierać je na bosą stópkę czy na skarpetkę. Najczęściej wybieram opcję drugą z cienką skarpetką. 

Widzę też, że Laurze niezbyt wygodnie się w nich raczkuje ( choć Laurencja raczkuje już coraz mniej), bo gumowym czubkiem jedzie po panelach wydając przy tym charakterystyczny pisk, który często wierci mi dziurę w mózgu. Raz, że ją to hamuje, dwa - zostawia mi na podłodzie ślady jak po ślimaku :)



Ostatecznie i tak w domu najczęściej śmiga w skarpetkach, a Attipasy zostawiamy na pójście w gości. Gdybym miała wybierać jeszcze raz, chyba lepiej wydałabym tą niemal stówkę :S Cieszę się tylko, że dosłownie w ostatniej chwili poszłam po rozum do głowy i nie zamówiłam dwóch par w promocyjnej cenie 150zł. Jednak coś mi podpowiedziało by lepiej najpierw przekonać się czy na pewno się sprawdzają. 

Sprawdzają się u nas natomiast skarpetki z podeszwą silikonową. Do niedawna nie byłam w temacie i myślałam, że skarpetki z ABSem to tylko takie z kropkami na podbiciu. Otóż nie! Całkiem przypadkiem trafiłam na taki oto wynalazek:


I powiem jedno: polecam! Jest wygodnie i dziecko mi się nie ślizga. To jest nasz wybór no1!

poniedziałek, 2 listopada 2015

Rewolucja

Tak jak w tytule - przeprowadzamy w domu rewolucję. Dzięki Lux i Agacie otrzymałam dodatkową motywację by powalczyć z laurowymi nawykami łóżkowymi. Misja: pozbyć się bujania raz na zawsze i nauczyć (w miarę możliwości) dziecko spać/zasypiać samemu. 

Do wykonania przystąpiłam bardzo spontanicznie, gdy w piątek wieczorem po niemal godzinnym karmieniu i przytulaniu Laura zamiast grzecznie zamknąć oczka i zasnąć, zaczęła siadać na łóżku. Miałam już tak serdecznie dość, że byłam gotowa spróbować dosłownie wszystkiego. Po krótkiej ocenie sytuacji (mieliśmy piątek, czyli nawet gdyby noc była zarwana następnego dnia H. jest w domu, czyli byłoby komu sprzedać dziecko) przystąpiłam do działania. Laura wylądowała w łóżeczku, dostała buziaka na dobranoc i została sama. 

Ryk.

1. minuta - Mama! Mama! Mama! Mamaaa! Ryk. 2. minuta - wściekły ryk. 3 - minuta dziki ryk.

Idę uspokoić dziecko i wytrzeć smarki. Laura stoi w łóżeczku. Kładę, uspokajam. Po chwili wychodzę (gdy tylko kieruję się do drzwi Laura uderza w szloch).

1. minuta - ryk. 2.,3.,4. - płacze tak, że rozdziera mi serce. 5. minuta - cisza. Czekam z niedowierzaniem. 7-minuta - szloch.

Idę z ratunkiem. Laura stoi w łóżeczku. Wycieram smarki, daję buziaka, kładę. Laura natychmiast się uspakaja, patrzy na mnie wielkimi oczyma, trochę z niedowierzaniem. Głaszczę ją po policzku, a po chwili wstaję i wychodzę. Laura drze się w niebogłosy.

1-7 minuta - ryk z krótkimi przerwami. Liczę na to, że się położy, ale gdy wracam do sypialni, Laura wciąż stoi w łóżeczku. Wycieram smarki, kładę, głaszczę po brzuszku. Dziecko mi odpływa. Po 5minutach śpi.

Obudziła się po jakiś 3 godzinach, wzięłam ją do łóżka na karmienie i tak padłyśmy od razu. Spałyśmy niemal do rana. 

W sobotę tata wybył wieczorem z kumplem do pubu, a ja modliłam się by Mała zasnęła przy cycku i by ominęła nas cała procedura usypiania. Niestety. Walcząc ze snem i zamykającymi się oczyma, Laura siada na łóżku :S W łóżeczku dotrwałyśmy do sekwencji 7-minutowej i dziecko zasnęło.

Wczoraj w ten sposób musiałam ją też usypiać w ciągu dnia, na pierwszą drzemkę. H. dosypiał, zakamuflowany w łóżku miał okazję ją podejrzeć. Laura co prawda zasnęła po drugim zostawieniu jej na 7. minut, ale przy mnie, gdy przyszłam ją uspokoić i niestety gdy zostaje sama, natychmiast zrywa się na nóżki i nie położy się nawet na chwilkę. Stoi i płacze. H. mówi, że nawet wyciąga dramatycznie rączki w stronę drzwi. 

Wczoraj potrzebowała aż trzech 7-minutowych sekwencji by zasnąć. Znowu zasnęła przy mnie. Troszkę pomiziałam ją po brzuszku, a potem usiadłam na krawędzi naszego łóżka tak by mnie widziała i czekałam aż zaśnie. Laura od razu znieruchomiała i zaczęła zamykać oczy. Kilka razy zerwała się jakby wystraszona, ale gdy zobaczyła, że jestem obok, ponownie zamykała oczy. Po kilku minutach zasnęła.

Wiem, że robię mały błąd - za długo ją uspokajam i ostatecznie dziecko zasypia, gdy jestem obok niej, ale to na razie wszystko na co mnie stać. Żal mi jej okropnie, jej płacz łamie mi serce, ale pocieszam się, że może to dla naszego dobra. Mam wrażenie, że gdy zaśnie w ten sposób, śpi jakby głębiej i dłużej, ale może to dlatego, że jest wyczerpana płaczem :(

Jest mi ciężko :(






czwartek, 29 października 2015

13!

I kolejny miesiąc za nami... Miesiąc dla mnie pełen zadumy i jesiennej melancholii oraz refleksji jak szybko mi córcia rośnie... 

Jednym zdaniem - Laurusia jest coraz bardziej pocieszna. 13. miesiąc jej życia to miesiąc tulenia. Zrobiła się z niej mała przylepka :) Wykorzystuje każdą okazję by się do nas przytulić, chętnie też daje buziaki :) Każdy dzień rozpoczynamy od tulenia :) Rano zresztą Laurencji naszej zawsze dopisuje taki humor, że krótko po przebudzeniu zaczyna poruszać kuperkiem i tańczyć w rytm niesłyszalnej muzyki :)) Mogę być po mega zarwanej nocy, ale na taki widok od razu się uśmiecham :) Przytula się do mnie, do mojej nogi, do ręki spoczywającej na kanapie, do swojego taty :) Jest przesłodka :))

Coraz częściej zadziwia nas też swoją inteligencją. Potrafi bez problemu skierować pilot w stronę telewizora i go włączyć lub zmienić kanał :) potrafi też wyłączyć blokadę w naszych telefonach :) Jej zabawy są coraz mądrzejsze. Uwielbia segregować zabawki, wkładać je do pudełek i wyciągać, przekładać, potem rozrzucać :) Zazwyczaj bierze w łapki dwa małe elementy, z którymi obchodzi cały salon i kładzie je na meblach w różnych kombinacjach. Opanowała też sortery i potrafi włożyć do Garnuszka Klocuszka wszystkie klocki, nawet najtrudniejszą gwiazdkę.

Zjada coraz więcej choć wciąż jest oporna w nowych smakach. Hitem ostatnich dni jest gruszka krótko gotowana na wodzie. Laura wciąż lubi podjadać kaszki choć jakby z mniejszym entuzjazmem. Znalazlam jednak na to patent - gdy córcia zaczyna kręcić na jadło nosem, wymieniam plastikową dziecinną łyżeczkę na zwykłą metalową od herbaty i jedziemy dalej z tym koksem, a zajada aż miło :D Taka już chce być dorosła :) Najbardziej jednak lubi wszystko to co mamy na talerzy my :) Ryżu ze swojego talerzyka nie ruszy, z naszych zjada aż jej się uszy trzęsą. 

Wciąż ćwiczy chodzenie przy meblach. Czasami zapomina się i staje bez trzymanki, ale niezbyt często. Dzisiaj pierwszy raz wspierajac się trochę o pudełko zabawek wstała, popatrzyła na mnie i puściła rączki. A jaka dumna z tego była! Jest niesamowitą śmieszką, uwielbia gilgotki i uciekanie przed nami :) Rośnie też z niej mała baletnica. W ciągu ostatniego miesiąca niesamowicie rozwinęła taneczne ruchy :) Mamy już kręcenie tułowiem prawo-lewo z wyciągniętymi przed siebie rączkami, potrząsanie kuperkiem, rytmiczne potrząsanie głową z śmiertelnie poważną miną :D i swawolne wykopy nóżką :)

Do tych tańców czasami też sobie podśpiewuje. Zdarza jej się też śpiewać do naszych kołysanek :) Hiciorem jednak niezmiennie jest Myszka Mickey i mysi taniec :) Gdy zaczyna się melodia, Laura cokolwiek by nie robiła, podrywa się do tańca.

Z ciemnej strony mocy mamy natomiast dwa zmartwienia, z którymi walczymy, ale narazie bezskutecznie :S

Pierwsze to, jak się domyślacie, spanie. Laura wciąż chce spać u siebie w łóżeczku. Budzi się co 1,5-2-góra 3 godziny. Chodzę jak zombie. Nie wiem czy to znowu zęby choć wydaje mi się, że chwilowo odpuściły. W ciągu dnia ma najczęściej dwie drzemki, jedną około 10-11 i drugą ok. 15-16. Coraz częściej jednak z tej drugiej wybudza się po 10min. i o spaniu można zapomnieć. Czasem też w ogóle nie zasypia. Od dwóch dni jedziemy na jednej drzemce i jakoś dajemy radę. Przyznam, że nawet mnie to cieszy, bo łatwiej będzie ewentualnej niani opanować Laurencję ;)

Drugie nasze zmartwienie to... paprochy!!! Grrgyrgrgue!!! Laura pożera wszystko co znajdzie na podłodze, a oprócz bliżej niezindyfikowanych syfów są to moje włosy. Zawsze wyciągamy jej je z buzi, ale ostatnio podczas zmieniania pieluszki miałam okazję przekonać się, że nie wszystkim próbom konsumpcji udało nam się zapobiec :] Zasuwam więc z odkurzaczem codziennie, ale włosy niestety lecą mi na potęgę. Zresztą nawet jeśli jakoś powstrzymam ich wypadanie to są jeszcze... nasze zmechacone kanapy i poduchy. W salonie mamy dwie kanapy z dość mocno już zmechaconym obiciem. Laura uwielbia ciągnąć za nitki i zmechacone kuleczki i gdy tylko jakąś urwie natychmiast ładuje sobie do buzi. Kanapy poprzykrywałam kocami, ale zostały jeszcze poduszki. Poza tym Laurencja jest spryciarą i potrafi podnieść róg koca, gdy np. jestem w kuchni. Gdy tylko dziecko moje milknie, wiem już czym się zajmuje :S Nie pomaga żadne tfe! ble! i fuj! Laurencja tylko się zaśmiewa i ucieka z paprochem w ręce :) Staram się odwrócić jej uwagę i zająć czymś innym, ale nie zawsze ją przypilnuję :( Ostatnio kupiłam do naszego wózka zimowy śpiworek. Wybrałam taki z wełną owczą. Byłam przekonana, że to świetny zakup dopóki nie posadziłam w nim Laurencji. Gdy tylko ona zobaczyła śpiworek, a ja zobaczyłam jej minę, już wiedziałam o co chodzi. Laurencja na widok wełny dostała dzikich spazmów, aż trudno znaleźć mi słowa by opisać dziką radość w jej oczach. Musiała czuć się jak w niebie :D Oczywiście zaraz zabrała się za dłubanie w wełnie, a ja za rozważanie zwrotu :-] Ostatecznie śpiwór został, ale muszę wywijać wełniane obszycie przykrycia do środka tak, żeby Malizna nie miała do niego dostępu. Na szczęście nie wpadła jeszcze na to, że wełnę może też skubać z boków, ale przypuszczam, że i ten dzień nadejdzie.

Moje życzenie na kolejny miesiąc jest takie samo jak od trzynastu poprzednich: żeby się spanie nam poprawiło! Jakie życie będzie wtedy cudowne!








wtorek, 27 października 2015

Żyjemy :)

Melduję, że żyjemy. 

Chwilami było ciężko, nawet bardzo, ale mimo wszystko przeszło naprawdę szybko. Pierwszego dnia choroby umierałam milion razy, ale już drugiego zdołałam ugotować zupę, trzeciego posprzątałam mieszkanie, a czwartego zrobiłam makijaż więc stwierdzam, że jak na grypę żołądkową to przeszło piorunem :) Najbardziej jednak cieszę się z tego, że choróbsko oszczędziło resztę domowników. H. co prawda najpierw porządnie mnie wystraszył, ale podwójna dawka fervexu i rutinoscorbin szybko postawiły go na nogi :P Laura natomiast ma się zupełnie dobrze i oby tak zostało. Aż zaczynam się zastanawiać czy jest sens przekładać nasze szczepienie MMR skoro jest taki problem z jego dostępnością...

Cieszę się, że to już za nami chociaż muszę przyznać, że choroba miała jedną niezaprzeczalną zaletę. Tak, tak, zaletę. Wyspałam się :D :D :D Gorączka sprawiła, że byłam w stanie zasnąć w dowolnej pozycji, porze i bez względu na otaczające mnie warunki. W nocy H. wstawał do Laury, tzn. przynosił ją do mnie i po karmieniu zabierał do łóżeczka, a ja spałam w najlepsze. Z ręką na sercu - ostatni raz wyspałam się tak jeszcze przed porodem :) Szkoda, że nie udało się na zapas, bo od 3 dni Laura znowu robi nam jazdy ze spaniem, ale nie będę się już tutaj nad tym rozwodzić, nie tym razem, bo tylko płakać mi się chce jak o tym wszystkim pomyślę. 

Chciałam tu dzisiaj napisać tylko krótką refleksję powyborczą.
W politykę nie będę się zagłębiać, bo pewnie czytają mnie zwolennicy różnych opcji. Zresztą co by tu wymyślać - najtrafniej wszystkie nasze partie podsumował H. - "to wszystko to jest jedno gówno tylko w różnych kolorach". I ja tak dokładnie myślę. Jednak z racji na to, że ostatnio przez kilka dni miałam H. na zwolnieniu do opieki nad Laurą, mogłam bardziej uważnie pooglądać telewizję... i wiecie co? Włos mi się na karku zjeżył. I to nie przez pożal się Boże programy wyborcze... tylko coraz bardziej powszechny i agresywny polski RASIZM. Ja wiem, że z tolerancją to nigdy nie było u nas za dobrze. Ale to co się ostatnio wyczynia woła o pomstę do nieba. Bo skoro można już całkiem legalnie wykorzystywać rasistowskie hasła w kampanii wyborczej, jako narzędzie mające przyciągnąć wyborców (!!!) to coś tu chyba nie halo. Tak naprawdę to wydaje mi się, że to właśnie polski rasizm zadecydował o wyniku tych wyborów. Ot, Polacy bardziej niż szaleńców i analfabetów u władzy przestraszyli się kilku cudzoziemców, którzy i tak nie chcą u nas zamieszkać. Kukiz zupełnie otwarcie wysyłał do wyborców maile, w których pyta czy chcesz wyborco by do mieszkania obok ciebie zakwaterowano islamskich imigrantów przymusowo osiedlanych w Polsce, bo jeśli nie, to wiadomo na kogo głosować. Takie maile otrzymali moi znajomi. Nie chciałam uwierzyć póki nie zobaczyłam. Poczułam się jakby ktoś mi w twarz strzelił. Mój mąż jest muzułmaninem. Moja córka być może będzie muzułmanką. My też jesteśmy takimi sąsiadami. Coraz bardziej zaczynam zastanawiać się jaka przyszłość czeka tu Laurę. Czy powinnam się o nią bać? Niedawno w wiadomościach pojawiła się informacja o dziecku, które prześladowano w szkole, bo miało obco brzmiące nazwisko. Skąd w nas tyle nienawiści???????????? Rasizm bombarduje mnie z wszystkich stron. Na nowo odkrywam swoich znajomych i ich rasistowskie zapędy. W ostatnich kilku dniach moja lista znajomych na Facebooku znacznie się skróciła. Brzydzę się tym. Nie jestem w stanie przymknąć oka. Nie, a jeszcze bardziej nie, gdy rasistowskie wywody słyszę od osoby, która sama jest emigrantem i to tym najgorszym, najbardziej zasługującym na pogardę, w naszym polskim mniemaniu, bo ekonomicznym. Nie wiem co to będzie, ale jakoś nie wierzę, że Kukizy i Liroye taką świetlaną przyszłość nam szykują. Nie tędy droga... 


"Problem rasizmu to problem kultury. Rasistą jest człowiek prymitywny, bezmyślny. Agresywny sekciarz. Cham. Ludziom, którzy uważają się za coś wyższego, niż są i niż na to zasługują, rasizm jest potrzebny jako mechanizm dominacji i samowyniesienia. Jako trampolina, która wyrzuci ich w górę. Ciemny poszukuje jeszcze ciemniejszego, by dowieść, że sam nie jest najciemniejszy. Szuka gorszego, ponieważ chce się pokazać lepszym. Musi kimś gardzić, gdyż to daje mu poczucie wyższości, pozwala zapomnieć, ze on sam jest marnością."
  • Ryszard Kapuściński (1932-2007)



czwartek, 22 października 2015

Bo nieszczęścia chodzą parami... i choroby też

Jak w tytule - jesteśmy chorzy. To znaczy ja jestem, a ze mną cały dom. Jednak jak kobiety zabraknie w domowym ognisku to wszystko zaczyna się sypać :) 

Nie wiem jak przeżyliśmy wczorajszy dzień, ale było ekstremalnie ciężko. Gdy tylko otworzyłam rano oczy już wiedziałam co mi jest - grypa żołądkowa. Tej choroby jednak nie można pomylić z żadną inną :]]]] Ja jeszcze przechodzę ją wyjątkowo ciężko - nie dość, że zawsze zaszczycają mnie swoją obecnością wszystkie jej możliwe objawy to jeszcze dopada mnie tak silne osłabienie, że zdarzyło mi się za każdym razem zemdleć. Właśnie ze względu na tą ostatnią możliwość bardzo bałam się zostać z Laurą sama. Umówiliśmy się z H., że on pójdzie do pracy na pół dnia, a ja załatwię lekarze i L4 do opieki nad dzieckiem dla niego. Tak też zrobiliśmy, aczkolwiek do tej 12:00 umierałam milion razy. Laurusia nasza kochana wyczuła chyba, że z mamą jest źle i bawiła się praktycznie sama cały dzień, uwierzycie? Wystarczyło tylko doglądać ją z kanapy, ale dla mnie każda pozycja była tak bolesna, że aż nie wiedziałam co ze sobą zrobić. 

Gdy H. wrócił do domu poczułam chociaż ulgę, że gdy oczy mi się zamykają nie muszę ich na siłę otwierać by patrzeć na dziecko :) Wszystko nawet zmierzało ku lepszemu, H. ogarnął zakupy, przywiózł nam coś do jedzenia, a potem nagle... oświadczył, że jego też łamie w kościach i to tak porządnie :]]] Czy Wasi mężowie też tak mają, że gdy chorujecie raz na boży rok oni muszą natychmiast zachorować jeszcze bardziej? :) Nie zrozumcie mnie źle, ja naprawdę wierzę, że źle się czuje, widzę to bardzo dobrze. Ale coś musi chyba leżeć w tej męskiej psychice, że opieka nad innymi chorymi nie może spocząć tylko na jego barkach :D

Wieczorem w każdym razie miałam ochotę dzwonić do mamy, by przybywała z pomocą. Na szczęście dzisiaj czuję się już lepiej. Lepiej na tyle, że ugotowałam zupę :)) 

Mam tylko nadzieję, że grypa oszczędzi Laurę. Lekarz bardzo pozytywnie zareagował na informację, że karmię ją wciąż piersią i powiedział, że Mała otrzymała już z mlekiem przeciwciała więc jest duża szansa, że nie zachoruje. Na razie trzyma się dobrze, ale z szczepienia MMR chyba na razie zrezygnujemy. U nas też jest problem z dostępnością tej szczepionki, ale bałabym się zaraz po tych naszych chorobach.




poniedziałek, 19 października 2015

Takie tam jesienne smęty

U nas ostatnio naprawdę smętnie. Wpadłam w jakąś okropną melancholię, jest mi smutno, źle, niedobrze i za bardzo nie potrafię tego wytłumaczyć. Chciałabym tą wytłumaczyć pogodą, ale ta ostatnio nie jest nawet taka zła. Mamy mniej więcej 10 stopni i raz po raz słońce, aż prosiłoby się o spacer, a tymczasem zupełnie nie mam do tego głowy :(

Laura znowu się zmienia. 

A właściwie zmienia jej się system spania. Uwierzycie,  że córcia nasza zbojkotowała rodzicielstwo bliskości i spanie w trójkę? :) W normalnych warunkach skakałabym z tego powodu z radości - wreszcie mogę spać w dowolnej pozycji, nie pęka mi z bólu kręgosłup, odzyskałam łóżko i męża w nocy :)))) Tiaaaaaaa.... Już śpieszę wyprowadzić Was z tego błędnego wyobrażenia. Laurencja nasza przebudza się tradycyjnie na cycka, wyciągam ją więc z łóżeczka, zabieram do naszego łóżka, dostawiam licząc na to, że teraz mogę sobie spokojnie zasnąć i pociągniemy kilka godzin, a tymczasem nasz Orzeszek po kilkunastominutowej konsumpcji siada na łóżku (!!!!) czasem nawet na śpiąco, z zamkniętymi oczami. Zbieram więc swoje szanowne cztery litery i siadam do bujania dziecięcia w łóżeczku. Tu, chwała jej za to, po mniej więcej 10 minutach zasypia choć im bliżej ranka tym dłuższe bujanko... No i nie byłoby to w sumie tak złe gdyby nie fakt, że Laurencja przesypia w swoim łóżeczku mniej więcej po dwie godziny, czasem półtora... czyli bywa, że muszę wstać w nocy nawet 6 razy :S Nie pytajcie jak się czuję. Dzisiaj musiałam sobie kilka minut poleżeć, bo zaczęło mi się niebezpiecznie kręcić w głowie. Mamy znowu dramacik.

Ciągnąc temat moich ostatnich nieszczęść przechodzę płynnie do punktu drugiego, przez który przechodzę istne tortury psychiczne. Mianowicie zadrapałam samochód. Shiiiiit!!! Nie wiem jak to się stało, ale wyjeżdżając z naszego (z ręką na sercu - okropnie wąskiego) boksu w garażu zahaczyłam o lewy tylny błotnik... Odczucie było bardzo niewielkie, odgłosu żadnego. Wręcz odetchnęłam z ulgą na myśl o tym, że ściany boksu przy krawędziach są pozabezpieczane gumowymi obiciami. Gdy wyszłam z auta i z ciekawości spojrzałam na bok auta, nogi się pode mną ugięły. No dobra, dramatu nie ma, ale bez lakiernika się nie obędzie :((((((((  Mam okropne wyrzuty sumienia i coś wewnątrz mnie nie ma teraz najmniejszej ochoty zbliżać się do auta choć normalnie bardzo lubię jeździć. Nie mogę sobie wybaczyć tej chwili nieuwagi. Setki razy wjeżdżałam do tego cholernego boksu tyłem (bo przodem można się tylko zaklinować - tak jest wąski) i nic się nie stało, a zadrapałam auto wykonując bodajże najprostszy manewr, czyli  jadąc do przodu! Żal, żal i jeszcze raz żal! H. niby na mnie nie krzyczał :) nawet mi tego nie wypomina, tatuś mój kochany zaraz zaczął pocieszać, że załatwi lakiernika, ba! nawet sfinansuje naprawę, ale to wszystko i tak nie umniejsza moich wyrzutów sumienia. Sprawia chyba, że są jeszcze większe :-]

Ten dzień, gdy skrzywdziłam nasz samochód od samego początku był bardzo zły i prawdę powiedziawszy sama się sobie dziwię, że nie pojęłam w czas, że lepiej nie ruszać się z domu. Byłam okropnie niewyspana, Laura marudna, pogoda do dupy - zimno i mokro. Następnego dnia Laura miała mieć szczepienie - ostatnia dawka przeciwko pneumokokom, trzeba było wykupić szczepionkę. Poza tym w pracy H. organizowano składkowy turecki lunch i moim zadaniem było ugotować chałwę - trzeba więc było kupić składniki. Z racji na fatalną pogodę wymyśliłam sobie, że by nie wystawiać Laurę na takie zimno skoczymy tylko do apteki i pojedziemy do Tesco, czyli wjedziemy na podziemny parking. Wyjeżdżając do apteki zarysowałam auto, w Tesco nie było połowy składników do chałwy, czyli i tak musiałam pojechać do innego marketu, a tym samym umęczyłam się ubierając i rozbierając jęczącą Laurencję na tylnym siedzeniu (a dach niski i mało miejsca) w kurtkę, bo w kurtce nie mieści się w foteliku :P, na koniec w deszczu na parkingu kluczyki wpadły mi pod samochód. Cud, że nie spaliłam chałwy :-]

Żeby chociaż zakończyć ten post pozytywną nutą, zapiszę ku pamięci, że mam córcię bohaterkę :) Uwierzycie, że nawet nie zapłakała podczas szczepienia? Pielęgniarka uwierzyć nie chciała :) Podobno szczepienie przeciw pneumokokom to jedno z najboleśniejszych. A moja córcia nic, nawet buźki nie skrzywiła :) Była w świetnym humorze, dokazywała, pozwoliła się bez problemu zważyć (wreszcie 500g do przodu!) i zmierzyć i nawet nie przestraszyła się białych fartuchów :) Prawdziwy dzielny pacjent :)) Tym samym pneumokoki mamy załatwione, a za dwa tygodnie dostałyśmy termin szczepienia MMR. Trochę się tego szczepienia boję, mam bardzo mieszane uczucia. Bąknęłam coś przy lekarce o autyźmie i prawie mnie wyśmiała. A Wy, mamusie, szczepiłyście w terminie? Bo ja się naczytałam, że szczepionka ta najbezpieczniejsza jest, gdy dziecko skończy 1,5 roku. Warto poczekać?


czwartek, 15 października 2015

Bomba bomba bomba!

Jedziemy z wiadomością bombą. 

Kazałam Wam czekać tak długo, że mogę sobie chyba podarować słowa wstępu. Wiadomość bomba wciąż wywołuje u mnie dreszczyk emocji, ale ta pierwsza euforia już minęła, bo to już miesiąc od kiedy podjęliśmy decyzję...

Nie jestem w ciąży.

Tak, wiem, że większość z Was pewnie to obstawiała. Na niektórych zdjęciach mogłam się Wam wydać podejrzanie wzdęta, ale zapewniam (!), że to tylko bezwiedne wypinanie brzucha by podtrzymać ważącą już niemało Laurencję :] 

Wiadomość bomba jest inna. 

Wiadomością bombą jest to... że... :)

wyprowadzamy się z Krakowa :)))

Rany, gdy to piszę, wciąż trochę niedowierzam, ale to już fakt, zupełnie pewny, że za miesiąc pakujemy walizki. Znowu. Ffhfbhefbhjwfbw.... Właśnie przez to decyzja o przeprowadzce była dla nas tak trudna. No przecież dopiero co tu się przeprowadziliśmy, dopiero co urządziliśmy kolejne gniazdko. Przyszła jednak dla H. fajna propozycja i żal było ją przepuścić...

Od 1 grudnia będziemy więc urzędować we Wrocławiu :) Kto z tamtych okolic palec pod budkę!

Przetrzymałam Was z tą wiadomością tak dlugo, bo nie chciałam ogłosić jej zanim H. poinformuje swojego obecnego pracodawcę o odejściu z pracy. Poza tym proces podejmowania decyzji i rozważania wszelkich scenariuszy trwał okropnie długo.

Z jednej strony cieszę się na tą przeprowadzkę. Kraków jest niezaprzeczalnie pięknym miastem, ale nie mogę nie przyznać, że jakoś nie potrafiłam się tutaj poczuć jak u siebie. Czuję się tu wciąż trochę jak turystka, myślę, że H. podobnie choć on zawarł tu kilka fajnych znajomości, znalazł nawet kilku nadających na podobnych falach Turków. We Wrocławiu znowu zostani rzucony na towarzyski nowy grunt. Ja natomiast mam tam jedną przyjaciółkę, jeszcze z czasów studenckich i cieszę się ogromnie, że będzie się z kim spotkać na kawę. Poza tym do Poznania bliżej ;-) 

Z drugiej strony przyznam Wam się szczerze, że gdy pomyślę o kolejnym pakowaniu walizek to wszystko przewala mi się w żołądku. Gdy tylko rozejrzę się po mieszkaniu zaczynam główkować jak wszystko popakuję... Oczywiście znowu przybyło nam rzeczy, w miedzyczasie przywieźliśmy też część naszego dobytku z Turcji, suma sumarum jest tego dużo więcej niż gdy wprowadzaliśmy się do Krakowa. Bez wynajęcia firmy transportowej raczej się nie obędzie. Będziemy musieli ponownie poprosić moich rodziców o pomoc, by chociaż jeden z nich tu przyjechał i pomógł mi z ogarnięciem Laurencji, abym mogła nas spakować. Logistycznie jest to naprawdę spore wyzwanie.

Nie pytajcie mnie ile razy jeszcze się przeprowadzimy, bo sama się z nas podśmiewuję. Takie z nas powsinogi, no ale lajf. Zobaczymy, gdzie nas jeszcze los zaprowadzi.

Patataj patataj pojedziemy w siną dal!

wtorek, 13 października 2015

O imprezie urodzinowej i powrocie do Krk

Meldujemy się z powrotem w Krakowie. Miniony tydzień był dla nas bardzo intensywny, ale tak przyjemnie :) U dziadków wciąż coś się działo, Laura była w wyśmienitym humorze i nawet dawała mi się nieźle wyspać. Dopóki... nie dołączył do nas w piątek H. Przyjechał w nocy, gdy Laura już spała. Gdy około 3 nad ranem się przebudziła starałam się zasłonić sobą tatusia, ale Laurencja jak to Laurencja, od razu go wyczaiła. Okropnie śmiać mi się chciało, gdy starała się go zobaczyć z niedowierzaniem pokrzykując "baba! baba!" :))

Impreza urodzinowa udała się w 100%. Babcia poszalała w kuchni i mieliśmy niesamowitą ucztę. Najważniejsze jednak, że Laura nie zawiodła i była aktywna i w dobrym humorze do samego końca spotkania. Byliśmy tylko w rodzinnym gronie. Początkowo zastanawiałam się nad zaproszeniem znajomych, ale ostatecznie stwierdziłam, że nie ma co kombinować na siłę. Moi znajomi to osoby wciąż w dużej mierze bezdzietne, nie byłam więc pewna czy by się wśród nas odnalazły ;-)

Orzeszek nasz kochany zajął się nowymi zabawkami i pozwolił nam nawet na spokojnie posiedzieć przy stole. Ten dzień to było także nasze święto, moje i H., o czym przypominaliśmy sobie znaczącymi spojrzeniami przy stole - teraz już wiem, Agatka, co czułaś, gdy kiedyś o tym pisałaś ;) Za nami najbardziej intensywny rok w naszym życiu. Wspaniały, pełen wrażen, ale też taki, który niesamowicie mocno dał nam w kość. Musieliśmy zmierzyć się z sytuacjami, o których nie śniło nam się nawet w ciągu 10 lat trwania naszego związku :), ze zmęczeniem, znużeniem, bezsennością, brakiem cierpliwości... To, że jesteśmy razem, szczęśliwi, wciąż w sobie zakochani i dumni z naszej pociechy uważam za ogromny osobisty sukces :)

W niedzielę pognaliśmy do Krakowa choć H. nieśmiało namawiał nas na przedłużenie pobytu ;) Cwaniak, chciał wyspać się jeszcze jeden tydzień :)) Choć fajnie było pobyć z rodzicami i podzielić się z nimi obowiązkami opieki nad Laurą to jednak coś ciągnęło mnie do naszego mieszkania. Nie lubię takich niespodziewanych zmian planu. Wolę za jakiś czas przyjechać znowu.

Tu na miejscu zupełnie zaskoczyła nas zima. Tak, zima. Nie wiem o co kaman, ale czuję się jakby jesień w tym roku w ogóle wypadła z kalendarza. Jeszcze niedawno biegłam do sklepu w klapkach, a dzisiaj wyciagam kozaki. Gdy wczoraj rano po obudzeniu zobaczyłam za oknem biały krajobraz, nogi się pode mną ugięły. I to nie był jakiś biały puszek gnieniegdzie na parapetach. To była najprawdziwsza śnieżyca! H. pognał do pracy, a my zostałyśmy uziemnione w mieszkaniu. Po mojej tygodniowej nieobecności lodówka aż prosiła się o porządne zakupy, ale o wyjściu do sklepu nie było mowy - nie zdążyłam jeszcze kupić Laurze zimowej kurtki, a śpiworek do wózka jeszcze nie doszedł! Miałam w planach wyskoczyć do większego ch i pozałatwiać wszystkie zakupy - i kurtkowe i jedzeniowe, ale nie odważyłam się wyjechać w letnich oponach w padający śnieg. Łudziłam się jeszcze, że za chwilę śnieg przestanie padać, a to co napadało szybko stopnieje. Doooopa. Śnieg padał calutki dzień. Dzisiaj co prawda już nie prószy, ale jest mega zimno, około 0 stopni. Coś czuję, że jesienną kurtkę Laura ubierze dopiero wiosną :) Całe szczęście, kupiłam ciut większą :))

Ta zimowa pogoda sprawia, że jestem jakoś wyjątkowo senna. Najchętniej zawinęłabym się w ciepły koc, wzięła w rękę gorącą kawę, przytuliła do H. i włączyła jakiś fajny film. H. nie omieszkał przypomnieć mi z ironią, że te czasy zostały daaaaaawno za nami i już nie wrócą :]]]] Mówiłam Wam, że mój mąż to mistrz czarnowidztwa??? :)

Aklimatyzujemy się więc na nowo, ale trochę opornie nam to idzie. Laura co prawda wszędzie czuje się dobrze. Odkrywa na nowo swoje zabawki i, chwała jej za to, potrafi się przez kilka minut sobą zająć. Ja tylko doglądam ją z kanapy, ale i tak zwlekam się jak słonica gdy muszę kolejny raz odciągnąć ją od gniazdka. W kwestii obiadów jeszcze do jutra jedziemy na babcinej wałówce, zostaje mi tylko ogarnięcie Laury i mieszkania, a i tak ciężko mi się zorganizować. Muszę coś ze sobą zrobić, bo ten marazm mnie wykończy...

A tymczasem...

Pojutrze ogłaszam wiadomość-bombę :D Wiem, że okropnie przeciągnęłam i że jesteście bardzo ciekawe :))) Wiadomość-bomba zasługuje jednak na osobny wpis, dlatego dzisiaj jeszcze się wstrzymam, opiszę wszystko jak Bóg przykazał jutro i puszczę w świat :P

A teraz fotorelacja.


solenizantka przy imprezowym stole













środa, 7 października 2015

Na wyjeździe

Jesteśmy u dziadków. Jesteście ciekawe jak minęła podróż? Huehue, bez przygód oczywiście się nie obyło. A te dopadły nas z samego rana, jeszcze zanim zdążyłyśmy wsiąść do pociągu :-] Mianowicie, przez krakowskie korki spóźniliśmy się dość znacznie i gdy już wpadliśmy na peron zobaczyliśmy tylko kitę pociągu :]]]] Takie nasze szczęście. Poprzednim razem wyjechaliśmy znacznie wcześniej i musieliśmy czekać, a pociąg jeszcze się spóźnił. Tym razem wyjechaliśmy 50 minut wcześniej i okazało się, że to za mało :) Całe szczęście, że zaledwie pół godziny później odjeżdżał kolejny pociąg do Poznania, tyle, że TLK :]

Bilet kupiony w kasie wyniósł nas jeszcze mniej niż dla dorosłego z dzieckiem do lat 4. Nie wiem jak (nie prosiłam), ale dostałyśmy bilet rodzinny z miejscówką w przedziale dla kobiet z dziećmi. Podróżowałyśmy z jeszcze jedną mamą z 8-miesięczną Basią, które to pokonują taką trasę podobno co miesiąc. Były więc lepiej ogarnięte w temacie i wytłumaczyły nam, że do tych przedziałów absolutnie nie ma wstępu nikt bez dzieci do lat 6. Początkowo nie byłam zadowolona z towarzystwa jeszcze jednego dziecka, bo bałam się o laurowe spanie. Dziewczyny jakoś jednak się zgrały i zasnęły mniej więcej w tym samym czasie. Szkoda tylko, że tamta dziewczynka obudziła się wcześniej, raptem po godzinie, i natychmiast przeszły ze swoją mamą do konsumpcji słoiczka. Gdy mała machnęła rączką i cała zawartość łyżeczki wylądowała na maminych spodniach, mama krzyknęła i tym samym obudziła Laurencję :] Trochę się przestraszyłam, bo wybudzona w tej sposób Laurencja potrafi mieć taki humorek, że bez kija nie podchodź, ale na szczęście jakoś udało mi się ją zabawić, bo o dalszym spaniu nie było mowy. 

Droga minęła naprawdę szybko na pogawędkach dzieciowych. Ot, tak to już jest jak się dwie mamy spotkają :] Nie mogłam się nadziwić jak ta 8-miesięczna dziewczynka dużo je! Tak właściwie to wciąż miała coś w buzi, a gdy jej się kończyło natychmiast podnosiła larum :) Szły słoiczki, bananki, chrupki, paluszki, chrupy czekoladowe długości - nie przesadzam - 30cm! Te ostatnie potrafiła pochłonąć 4 pod rząd!!! Pod koniec podróży mała była cała uświniona przeróżnymi potrawami, o jej mamie nie wspominając ;) Nie wiem czy przesadzam ze sterylnością, ale nie wyobrażam sobie podróżować w ten sposób. W ogóle sobie tego nie wyobrażam :]

U babci i dziadka jest nam całkiem fajnie. Laurze humor dopisuje, bo wciąż coś się wokół niej dzieje - a to psy, a to małpujący dziadek, a to babcia coś ciekawego pokazuje. Ciocia też się włącza do zabaw, co niesamowicie mnie cieszy. Jedynie pogoda zawiodła - zamiast obiecywanych 18 stopni mamy 8-10 :( Aż żałuję, że nie wzięłam dla Laury ciepłego śpiworka do wózka. 

W piątek dojeżdża do nas H., a w sobotę wyprawiamy roczek. H. odpoczywa od nas w Krakowie i sypia podobno w pozycji na motylka (wszystkie kończyny szeroko rozstawione :P) choć twierdzi, że już tęskni :P

Babcia z dziadkiem pomagają jak mogą i często przejmują ode mnie Laurę. Tata namawia mnie na wypad do fryzjera, ale jakoś inwencji mi brakuje... choć szkoda przegapić taką okazję ;)

Laura dostała od dziadków garnuszek-klocuszek czy jak mu tam i od dwóch dni się z nim nie rozstaje :)





niedziela, 4 października 2015

Nowy sprzęt do wożenia

Mamy nowy fotelik. A właściwie fotel, bo wielkie to ustrojstwo jak cholera :-] Miałam już serdecznie dosyć naszego Maxi  Cosi Citi choć swego czasu bardzo ten fotelik lubiłam i będę go polecać każdej mamie niemowlaka. Laura jednak już z niego wyrosła i przestał być wygodny. Chociaż dyskusyjna jest właśnie ta kwestia czy wyrosła. Bo słyszałyście o tym, że uznaje się, że dziecko wyrosło z fotelika, gdy jego główka wystaje poza oparcie? Hm... laurowa głowa jeszcze nie wystawała, ale co z tego skoro nogi jej urosły tak, że jeździła przez cały czas w przykurczu! Internetowi znawcy tematu upierają się, że to nie problem, że dziecku tak wygodnie. Mnie to jednak nie przekonywuje. Czasem jeździmy w długie trasy ponad 6 h w jedną stronę i wyobrażam sobie jak mnie byłoby niewygodnie gdyby ktoś kazał mi siedzieć w takiej pozycji tyle godzin. Decyzja wiec zapadła - szukamy nowego fotelika.

Oczywiście zabrałam się do wertowania internetów. Przekopałam słynny blog z gwiazkami w tytule. Fakt, mądre rzeczy tam piszą, ale nie z wszystkimi się zgodzę, bo jako mama wiem dobrze, że teoria to jedno, a praktyka to drugie...

Na takiej mózgowej sieczce przed komputerem zleciał mi cały jeden wieczór, a gdy wreszcie odeszłam od ekranu wiedziałam jeszcze mniej niż przed rozpoczęciem researchu. Okropnie mi się w głowie namieszało. Początkowo myślałam o foteliku ustawianym przodem do kierunku jazdy. Te ustawiane tyłem, ok, na pewno są bezpieczniejsze i w ogóle cud miód malina, ale moim zdaniem sprawdzają się tylko wtedy, gdy obok dziecka siedzi dorosły do zabawiania itp. A ja chciałam wreszcie choć odrobinę bardziej komfortowo jeździć z Laurą sama. Jednak po wieczorze na wyżej wspomnianym blogu zakomunikowałam H., że chyba musimy kupić znowu montowany tyłem i to RWF, czyli taki grubo ponad 1000zł, bo inaczej naszemu dziecku grozi utrata głowy (Jezzzzzuuu, to zdanie wyczytane właśnie na blogu z gwiazdkami tak okropnie podziałało na moją wyobraźnię, że głowa mała). Następnego dnia jednak sprawę przemyślałam i zdanie zmieniłam. Ok. Wiem, wiem, że foteliki te niezaprzeczalnie są najbezpieczniejsze. Ale tak jak pisałam, tylko wtedy, gdy obok dziecka siedzi dorosły-zabawiacz. Bo choćby fotelik był najbezpieczniejszy na świecie nie zagwarantuje mojemu dziecku bezpieczeństwa jeśli ja-kierowca zamiast patrzeć na drogę będę się co chwilę obracała do tyłu i wyginała na przednim siedzeniu by coś mu podać. Tak jak Wam wcześniej pisałam, nie jestem w stanie znieść w spokoju laurowe grymaszenie w czasie jazdy, zupełnie nie potrafię się wtedy skupić na jeździe. Staram się ją wtedy zabawić, coś podaję do rączki próbując jeszcze dosięgnąć ją w foteliku odwróconym do tyłu. Ostatnio tym sposobem prawie wjechałam w tyłek komuś na światłach... Licząc się z linczem jaki może mnie tu spotkać za takie wyznanie przyznam Wam w sekrecie, że gdy czekała mnie jazda z Laurą, która już przed wejściem do auta była mocno marudząca, sadzałam ją w foteliku na przednim siedzeniu by mieć do niej większy dostęp choć zdaję sobie sprawę, że w naszym aucie nie da się wyłączyć poduszki powietrznej. Taki klopsik. Niby auto nie stare, ale no nie da się i już. Wolałam jednak mieć ją obok siebie, bo wierzę, że w ten sposób było mimo wszystko bezpieczniej. Oprzytomniałam więc i stwierdziłam, że RWF nie jest dla nas. Chcę jednak taki montowany przodem. 

Po podjęciu tej decyzji wybór już był prosty. Właściwie wybieraliśmy między dwoma - Romer King II LS i Tobim. Internetowa cena Romera - niższa niż w sklepach stacjonarnych - bardzo mnie kusiła by zamówić fotelik, ale obawiałam się czy będzie pasował do kubełkowych siedzeń naszego samochodu. W weekend pojechaliśmy więc do sklepu stacjonarnego i porównaliśmy Romera z Tobim oraz przymierzyliśmy je do naszego auta. Na miejscu od razu bardziej spodobał mi się Romer. Jest większy od Tobiego, głębszy i szerszy. Wydaje mi się, że dłużej posłuży Laurze. 


Laurze na razie chyba się w foteliku podoba. Zdecydowanie widzi znacznie więcej niż w tych odwróconych tyłem do kierunku jazdy. Siedzi wyżej i ma dobry widok przez okno pasażera. Poza tym widzi mnie i przednią szybę. Wyglądała na zadowoloną :) Jak dotąd zauważyłam tylko jedną wadę fotelika. A właściwie może nie wadę, a niedociągnięcie. Mianowicie sygnalizacja światłem poprawności napięcia pasów. Początkowo wydawało mi się super opcją. Żeby jednak światełko się zapaliło muszę napiąć pasy tak mocno, że Laura jest zupełnie wbita w opacie fotela. Normalnie jej ramionka są niemal zduszone. Aż żal mi ją tak ściskać. Nie zrozumcie mnie źle, nie chodzi o to, żeby miała jakieś luzy, no ale chciałabym, żeby pasy jej nie uwierały, a tu przy zapalonym światełku nie mogę nawet palca wsunąć pod jej pasy! Nie wiem czy to tak miało być, ale uważam, że to niezbyt udane....




Jutro jedziemy z Laurą do moich rodziców, czyli przed nami kolejna przygoda z Intercity... Na razie zauważyłam jedną poprawę - otóż wreszcie można kupić bilet dla siebie i dla dziecka ze zniżką 100% w jednej transakcji :) Może to za sprawą reklamacji jaką do nich pisałam :P

Bierzemy ze sobą Maxi Cosi, bo zamierzam położyć Laurę potem w nim w pociągu, gdy zaśnie. No i mamy jeszcze z Poznania do przejechania autem 100km do rodziców. Fotelik zostawimy już u dziadków by nie trzeba było go wozić za każdym razem. Martwię się tylko tym, co zrobimy gdy Laura naprawdę już przestanie się w nim mieścić. Z fotelikiem-nosidełkiem to była super wygoda - lekki, można go było zamontować na wózek, podróż taksówką czy zmiana auta nie była żadnym problemem. Nasz Romer waży jakieś 10kg i jest OGROMNY. Opcja brania go ze sobą w jakąkolwiek podróż z pewnością odpada w przedbiegach. Czy będę musiała wozić Laurę na kolanach? YYYYYYYyyyyy....!!!