Nazbierało mi się ostatnio postów do opublikowania... Mam już nawet kilka gotowych, ale muszę je trochę dawkować ;-) W planach jest post o spaniu, o mnie po porodzie, zostałam też zaproszona przez Malwinę do wyjawienia Wam kilku sekretów o sobie, ba, mam nawet zaległy Liebster z grudnia! Ale spokojnie, wszystko po kolei. Nie chcę wprowadzać wielkiego bałaganu, więc dzisiaj nadrabiam zaległości jeszcze sprzed wyjazdu H. do Stambułu.
Zaliczyliśmy krótką wycieczkę, która okazała się super pomysłem. Wszystko wyszło oczywiście spontanicznie, gdy rano dostałam smsa od siostry H. (tak, tej młodej cioci ;)) z propozycją czy nie mielibyśmy ochoty na śniadanie w Bozüyük. W przeciwieństwie do nazwy miejscowości hasło "śniadanie" natychmiast podziałało na moją wyobraźnię. W skórcie - tureckie śniadania są super! To, o czym myślę, że możemy Turkom pozazdrościć, to z pewnością kultura celebrowania posiłków. Z pewnością jest to pewna cecha wspólna wszystkich narodów Morza Śródziemnego, że podczas posiłku jest maniana i nikt nie patrzy na zegarek :-) Turcy nie są w tym temacie wyjątkiem.
Klasyka tureckiego śniadanka to warzywka, sery, oliwki, miód, dżemy i jajka. Można by pomyśleć, że jak w Polsce. A jednak niezupełnie! Przede wszystkim tutaj nikt nie robi kanapek. Chlebek się urywa i przekąsza pomiędzy kawałkiem ogórka a kostką serka. Śniadanie zaczyna się od bakalii - migdałów, orzechów włoskich maczanych w miodku, daktyli i suchych fig. Jajka najczęściej występują w odsłonie smażonej, często z domowej roboty pikantną kiełbachą wołową. Zawsze jest kilka rodzajów białego sera, od tłustych po chude i w różnej postaci - w kostce, plasterkach, pokruszone, posypane przyprawami i zalane oliwą. Często można też spotkać pastę z pomidorów i czerwonej papryki lub słodką miazgę z orzechów laskowych. Oliwki do wyboru - zielone i czarne w różnych wersjach, zawsze pływające w oliwie, w której można sobie umoczyć chlebek. A chlebek... musi koniecznie być świeży, najlepiej jeszcze ciepły. I pomyśleć, że w Polsce u moich rodziców, którzy mieszkają w niewielkim miasteczku, nie do dostania jest świeży chleb w niedzielę rano! W tureckich restauracjach często podawany jest wiejski chlebek zwany bazlama, który wygląda jak płaski placek i wypiekany jest na metalowych płytach na ogniu. Do tego tradycyjnie dzbanek gorącej tureckiej herbatki. Voila! Cieknie Wam już ślinka? Powinna! :-)
Turcy potrafią kończyć śniadanie w porze obiadu i nikogo to tutaj nie dziwi. Uwielbiam to choć czasem aż tyłek boli od długiego siedzenia przy stole. Na tureckie śniadanko nikt nie musi mnie namawiać - zawsze jestem chętna! Tak też było i tym razem, więc po krótkiej organizacji byliśmy już w drodze do Bozüyük. Nazwa miejscowości zupełnie nic mi nie mówiła, a wydawało mi się, że znam już wszystkie atrakcje turystyczne wokół komina. Z racji jednak, że do miejscowości tej mieliśmy do pokonania jakieś 50km jasnym było, że coś tam musi być, że jedziemy taki kawał drogi na śniadanie.
Siostra H. niewiele więcej potrafiła nam powiedzieć niż to, że wieś ta zasłynęła w ostatnim czasie z racji na... krajowy serial "Güzel köylü" (tr. "Piękna wieśniaczka"), którego akcja właśnie tam się dzieje :-) Heheh, jakie to tureckie :-) Muszę tu też kiedyś popełnić post o tureckich serialach, bo jest to niesamowicie ciekawy temat :-D
Ale do brzegu. Wjeżdżając do wsi nic specjalnego nie zauważyliśmy. Wręcz przeciwnie - powitały nas kosmiczne dziury w drodze. Ale gdy tylko wjechaliśmy do centrum, zrozumieliśmy na czym polega ewenement tego miejsca. W skrócie - Bozüyük jest piękne! W całym centrum wsi zachowała się stara zabudowa z czasów, w których mieszkali tu jeszcze Grecy (do początku XXw). Dookoła pełno jest wąskich uliczek wyłożonych "kocimi łbami" i pnących się gdzieś ostro w górę. Wszędzie pełno zabytkowych domów z kamienia i drewna. Niestety większość jest zaniedbana i opuszczona, ale zdarzają się i takie z donicami pełnymi kwiatów w oknach. Faktycznie jest to idealne miejsce do kręcenia filmu.
Restauracja, w której jedliśmy śniadanko (Pınarbaşı Restaurant - zapisuję by pamiętać na przyszłość) położona była niezwykle malowniczo nad rzeką. Wystrój był oczywiście bardzo wiejski :-) W środku niezwykle przytulnie, ludzi niewiele, cicho, spokojnie, słychać było trzask dochodzący z rozpalonego kominka. Super!
Laurze też musiało się spodobać, bo w ogóle nie marudziła. Mogłam ze spokojem zjeść śniadanie, a Ona rozglądała się dookoła. Mieliśmy jeszcze ochotę na spacer, ale akurat zaczął padać deszcz. Laura zresztą zaraz po odpaleniu silnika w samochodzie elegancko zasnęła - normalnie anioł, nie dziecko :-)
| Prawda, że dobrze wygląda? :-) |
| Przedstawiam Wam moją teściową :-))) |
| Drewniany sufit typowy dla naszego regionu Muğli |
| Przed restauracją |
Żałuję, że nie porobiłam więcej zdjęć, żeby Wam tutaj pokazać, ale jestem pewna, że zdjęcia zrobione w taką deszczową pogodę nie oddałyby piękna tego miejsca. Zamierzamy zresztą i tak wrócić tam jeszcze nie raz, więc pewnie będzie ku temu okazja! Tymczasem, wszystkich, którzy planują wakacje w Bodrum lub Marmaris gorąco polecam wypad do Bozüyük - można zobaczyć kawałek Turcji "od kuchni" :-)
Tutaj troszkę zdjęć znalezionych w internecie:





