Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Zakopane z dzieckiem. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Zakopane z dzieckiem. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 22 czerwca 2015

Z Laurą w Zakopanem

Właśnie minął kolejny weekend, a my jeszcze nie zdałyśmy relacji z ubiegłego tygodnia. Tym razem siedzieliśmy w domu - uziemieni przez zimną i deszczową pogodę, ale w ubiegłym tygodniu użyliśmy sobie aż nadto, bo wreszcie się zmobilizowaliśmy i wyskoczyliśmy do Zakopanego. Wyjazd ten chodził za mną już od dawna, bo uwielbiam to miejsce i mam z nim same dobre wspomnienia. Wiecie, wycieczki klasowe i te sprawy ;-) Ostatni raz byliśmy tam z H. jeszcze w czasach studenckich, piękni i młodzi :)

Laurencja po śniadanku została uraczona krótką zabawą, a potem siup do auta i w Wieliczce dziecko już spało :) W ramionach Morfeusza dojechało do samego Zakopca, więc i matka miała chwilę by w ciszy pokomplementować przepiękne widoki po drodze. Ahhh cudna ta nasza Polska, taka zielona :) Nawet H. - imigrant w kryzysie emocjonalnym - się pozachwycał i kazał siostrze fotografować, a to już nie byle co!


Zakopane nie zmieniło się zupełnie od kiedy byliśmy tam ostatnio, te prawie 10 lat temu :) Bazarek stoi na swoim miejscu, oscypki wciąż smakują tak samo, wyciągi działają. 

Bazarek pod Gubałówką zupełnie się nie zmienił (oprócz nowego asortymentu w postaci koszulki Cleo - wiecie, tej od Donatana ;)) Matka też sobie kupiła, a co! W końcu i Słowianka i mowa ciała trochę jej znana ;-)

Laurencja na melanżu
W drodze na Gubałówkę


Tylko Gubałówka jakaś taka opustoszała. Wjechaliśmy na nią kolejką zaraz po przyjeździe i po sobocie i pięknej pogodzie, a także po kobitce, która 100m od kas biletowych próbowała sprzedać nam lewe bilety strasząc godzinnym czekaniem w kolejce (w ogóle ich nie było) spodziewałam się dzikich tłumów, a tymczasem ludzi niewielu, budki z mydłem-powidłem tylko niektóre czynne, nawet musieliśmy trochę pogłówkować, żeby znaleźć gofry, bo raz, że stanowiska pod ziemię się zapadły, dwa jakieś węgierskie smakołyki są chyba w tym roku hitem Gubałówki :D





Przespacerowaliśmy się aż do Butorowego Wierchu... przez przypadek. A raczej krótką pamięć. Bo ja chciałam, żeby H. ze swoją siostrą zjechali w dół wyciągiem krzesełkowym, ale tym wypasionym RMF FM, czyli nowym, komfortowym, szybszym i z muzyczką w tle i przekonana byłam, że to jest właśnie ten z Butorowego. Pani w kasach na dole niestety nas nie uświadomiła w czym rzecz, uparła się natomiast by przekonać mnie, że mogę na ten wyciąg bez problemu z dzieckiem w nosidle wsiąść (chciałam wracać kolejką). Ostatecznie dałam się namówić, bo w pamięci miałam wyciąg - szeroka ławeczka z możliwością zamknięcia się pod opuszczanym daszkiem. Hue hue... no i wszystko dobrze pamiętałam, oprócz tego, że ten wyciąg to nie PKL i że trzeba było kupić bilet tylko do góry. No, ale o tym przypomnieliśmy sobie, gdy już dobrze zmachani doszliśmy do Polany Szymoszkowej i zobaczyliśmy wyciąg, o którym od samego początki myśleliśmy, a pani w kasach uprzejmie nas poinformowała, że do naszego transportu na dół jeszcze kawałek trzeba iść dalej. Ten "kawałek" był jednak sporym kawałem drogi, podczas którego widoki na prawo i lewo przestały już się liczyć, a zaczęło liczyć się tylko to kiedy wreszcie za zakrętem pojawi się przed nami wyciąg :)


Kiedy już się pojawił, opanowały mnie bardzo mieszane uczucia, bo krzesełka były tylko 2-osobowe, co w naszej kombinacji było dość kłopotliwe: ja+Laura wolałam mieć przy sobie kogoś, najlepiej H., siostra H. nie mogła jechać sama, bo nie wiedziała jak się z szanownym krzesełkiem obchodzić :)  o powrocie na Gubałówkę nie było jednak mowy - ledwo żyliśmy. Ostatecznie baby pojechały przodem, a H. za nami. Oczywiście żadnego daszku nie było, a chwilami wiało całkiem porządnie. Próbowałam okryć laurowe uszy kapeluszem, ale córcia w końcu zaczęła się buntować. Na ostatnim odcinku drogi była więc zabawiana opakowaniem chusteczek higienicznych i maminymi okularami, co na tej wysokości i w ciągłym ruchu gwarantowało mi stresik, że za chwilę będę naginać pod górę w poszukiwaniu binokularów. Dojechałyśmy jednak szczęśliwie do końca linii i choć bardzo chciałyśmy, nie udało nam się wyskoczyć z wyciągu zgrabnie jak łanie. Naiwnie liczyłyśmy na to, że dwóch górali pomagających pasażerom w wysiadaniu zatrzyma krzesełko, tymczasem ci oczekiwali, że wyskoczymy w locie. Skończyło się na tym, że ponaglając nas "Dalej, dziewoszki!" musieli pociągnąć nas za ręce,bo inaczej niechybnie czekał nas los Bridget Jones w Alpach. Po tym małym przypale poczułam się jednak znacznie lepiej, gdy usłyszałam "Dalej, chłopie!" i zobaczyłam H. wyciąganego wysiadającego z wyciągu :D


Zalety wysłania H. za nami - mamy zdjęcia :))

A tu fotka strzelona nam przez PKL za jedyne 10zeta. Zabijcie mnie, ale zajęta wypatrywaniem końca linii zupełnie nie zajarzyłam kiedy nam taką sesję strzelili.

Na dole szybko zrozumieliśmy, że do naszego auta mamy zdecydowanie dalej niż pozwalały nam na to nasze siły pozostałe po spacerze z Gubałówki. Raz, że temperatura dawała nam ostro popalić to jeszcze Laura w Tuli niemiłosiernie się grzała. Jak typowi centusie, zawołaliśmy więc taksówkę, która elegancko podwiozła nas do naszego auta :) 


Na koniec był jeszcze spacer Krupówkami w celu uzupełnienia straconych na górze kalorii. Matka miała ochotę na moskole i kwaśnicę, ale turecka część eskapady wygrała i wylądowaliśmy w Subwayu ;-) Muszę tu kiedyś skrobnąć listę cech, które mnie w Turkach wyjątkowo drażnią, no ale to innym razem. W każdym razie moskole ani kwaśnica w niczym tureckiego jadła nie przypominają więc szanse na powodzenie u tego narodu mają niewielkie ;-) Poza tym odniosłam wrażenie, że Zakopane takie mało... zakopiańskie się stało. Przeszliśmy spory kawałek Krupówkami, a tam klimatycznych góralskich knajp ni widu ni słychu. Był za to wspomniany Subway, był McDonald's i inne zachodnie wynalazki. Smutne to trochę. Zastanawiając się nad tym podniosłam głowę do góry by spojrzeć na okoliczną zabudowę... I to był błąd jednak. Gdzie się podziała przepiękna zakopiańska architektura w samym sercu Zakopanego??? Ponad szyldami reklamowymi turystów straszą jakieś komunistyczno-modernistyczne monstra. Polacy jednak nie potrafią reklamować tego co nasze... Negatywne wrażenie zostało na koniec wzmocnione przez niedziałającą windę, którą próbowaliśmy dostać się na drugą stronę ronda w drodze do auta i tak raz musieliśmy ryzykować życie lawirując z wózkiem między autami, w drodze powrotnej z kolei zakasaliśmy rękawy, zarzuciliśmy sobie Mutsy na plecy i przeszliśmy przejściem podziemnym tak jak chyba oczekiwała tego od nas stacjonująca w pobliżu i beztrosko rozglądająca się dookoła straż miejska.


Mimo tych niemiłych akcentów wciąż uwielbiam Zakopane :)) Co prawda z dzieckiem w wieku Laury Zakopane można jedynie liznąć, ale wierzę, że całkiem niedługo przyjdą takie czasy, w których ponownie dane mi będzie zobaczyć Dolinę Kościeliską, Morskie Oko i inne skarby kryjące się w naszych Tatrach. Tylko to nie z mężem niestety, bo on jak typowy Turek jest bardzo nie-górski :) To znaczy dla niego wypad w góry to taki spacer po Krupówkach właśnie. Przekonałam się o tym wieki temu podczas naszego samotnego studenckiego wypadu, gdy przygotowałam ambitny plan łazikowania, a szanowny towarzysz moich podróży po 2godzinach marszu zastrajkował pt. "Daleko jeszcze?". Trzeba było szybko reanimować go piwkiem, a gdy pokazałam palcem drogę wiodącą daleko pod horyzont, którą planowałam nas przeprawić i zobaczyłam bunt i przerażenie w oczach lubego szybko zrozumiałam, że jeśli tylko chcę kiedykolwiek wrócić z nim w polskie góry, muszę zweryfikować plany dotyczące naszego pobytu :-) I tak wylądowaliśmy na Krupówkach ;-)

Matka z ojcem wieki temu "na szlaku"

Ale może Laura wda się w mamę i czekają nas babskie wędrówki? Fajnie jest mieć w dzieciach taki potencjał!