niedziela, 18 grudnia 2016

O tym jak zostaje się Turczynką itp.

Kolejny tydzień za nami, a obiecałam sobie, że będę uważać z zaległościami.

W skrócie więc ostatnie 7 dni.

W niedzielę przyjechał do nam mój tato. Gdy stanął w drzwiach Laurze dosłownie zaświeciły się oczy. Natychmiast rzuciła mu się na szyję i nie odstępowała na krok. Dziadek był mega pozytywnie zaskoczony, a miłość dziadka i wnuczki rozkwitła na nowo. Po godzinie harców mój tato spływał potem, a Laurencja była wniebowzięta :) Zasnęła w 3 minuty :D

Gdy obudziła się w nocy kazała natychmiast zaprowadzić się do dziadka. Na nic zdały się nasze tłumaczenia, że jest noc, że śpimy, że dziadek śpi. Trzeba było do dziadka iść i pokazać, że chrapie. Dopiero wtedy pozwoliła położyć się z powrotem spać.

W poniedziałek przy naszym wychodzeniu z mieszkania jednak się rozpłakała, ale tata opowiedział nam potem, że rozpacz trwała 2 minutki. Cały dzień szaleli, a skalę tych szaleństw mogę sobie tylko wyobrazić skoro Laura odmówiła południowej drzemki po raz pierwszy w swoim życiu! Tata mówił, że około 18 nagle zamknęła oczy na kanapie, ale wtedy już było za późno na takie spanie, więc obudził ją szybko głośną rozmową ;-) Laura dotrwała do naszego powrotu kilkanaście minut po 20. Oczywiście znowu padła w 3 minutki :)

A my? Cóż, fajnie było spędzić cały dzień w drodze i do tego z mężem. Prawie jak za dawnych czasów :-) Droga do Warszawy przyjemna, bo przez cały czas autostradą. Pomimo długiej trasy nie czuliśmy zmęczenia. Przez niemal całą drogę ćwiczyłam turecki hymn, bo podobno czasem proszę o odśpiewanie ;-) a ja nienawidzę być nieprzygotowana. Hymnu uczyłam się na studiach, ale kiedy to było... Jest mega trudny - w połowie słowa kończy się jedna linia melodyczna i zaczyna druga, zupełnie nie pasowało to moim europejskim uszom. Do W-wy przyjechaliśmy jednak za wcześnie, postanowiliśmy więc sprawdzić czy pewna gruzińska restauracja jest tak zajebista jak to pani Gessler twierdziła ;-) Okazało się, że smacznie, ale bez szału. Z pełnymi brzuchami jednak na spokojnie obraliśmy kierunek na ambasadę. Gdy przyjechaliśmy nikogo tam nie było, szybko jednak poczekalnia zapełniła się kolejnymi petentami. Niestety okazało się, że nie jesteśmy pierwsi w kolejce - większość nowoprzybyłych wróciło po dokumenty, po które wnioskowali rano. A wiec czekanie, czekanie, czekanie. Potem, gdy wreszcie przyszła nasza kolej zaczął się następny etap czekania - aż przygotują nasze dokumenty. Oczywiście udało im się podnieść mi adrenalinę informacją, że nie mamy tłumaczenia przysięgłego jednego z dokumentów, a wcześniej twierdzili, że jest niepotrzebne. Całe szczęście mieliśmy potwierdzenie w postaci maila od nich, co niezwłocznie pokazaliśmy ;-) Postanowili więc pójść nam na rękę - jednak turecka biurokracja choć podobnie uciążliwa jest bardziej przyjazna petentom ;-) W międzyczasie przewertowaliśmy wszystkie ulotki i wydania o Turcji dostępne w poczekalni. Przykre było odkrycie specjalnych ulotek informujących o tym jak i gdzie informować o atakach rasistowskich :-( Czekanie umilano nam tureckimi herbatkami. W końcu zjawił się konsul, rozmowa z nim trwała po 5 min ze mną i z H. Był bardzo pozytywnie zaskoczony moją znajomością tureckiego, zamiast więc mnie maglować zrobił nam szybki sprawdzian z historii naszej znajomości, a że na szczęście H. pamiętał datę naszego ślubu to raczej zdaliśmy na 5. Potem poinformowano nam, że wysyłają wszystkie papiery do Turcji, możemy więc spodziewać się decyzji za... jakieś 6-7 mcy (!!!). No, ale oni już nam gratulują. Hue, hue. To tyle by było z mojego obywatelstwa.

We wtorek musiałam już zawieźć Laurę do niani, bo tato miał pociąg około 11. Laura nie mogła się zdecydować czy iść ze mną czy lepiej zostać z dziadkiem w domu. Ostatecznie jednak zdecydowała zostać, czyli musiałam po raz pierwszy wyciągać ją z mieszkania na siłę i w płaczu wieźć do niani :-( Było mi mega ciężko ją tak zostawić choć wiem przecież, że na pewno szybko jej przeszło :-((

Środa, czwartek, piątek - to tak naprawdę jedna masa. Laura zaczęła mówić "Oja" na koleżankę Olę z grupy u niani, w domu mówi "cho" (chodź) i "ić" (idź). Mówi też "iś" (miś) i "ko" (kot). Nie nazywa, ale gdy my mówimy i po polsku i po turecku potrafi pokazać oczy, nos, uszy, usta i włosy.

W piątek przywiozłam ją od niani w dobrym humorze, a gdy przyszła kolej kąpieli nagle diabeł w nią wstąpił. Nie dość, że był wrzask o wszystko, kąpać sie nie chciała, ubierać się nie chciała to jeszcze zaczęła znowu łapać się z uszy... Profilaktycznie zakropliłam jej kropelkami, które na tą okoliczność dostałyśmy wcześniej od lekarza, ale i tak usypiałam ją chyba z 2 godziny, po czym i tak budziła się co 10 minut. A ja padnięta po pracy i piątkowym sprzątaniu mieszkania. Aaaa! W nocy było źle.... 

Laura ma brzydki nawyk bicia. Bije nas po twarzy, potrafi zadrapać, uszczypnąć. Tak nagle, bez powodu. Wcześniej krzyczałam, od dzisiaj staram się bez większych emocji mówić i tłumaczyć, ze tak nie wolno, że oj oj i nie pozwalać uderzyć. Oby to zadziałało. W czwartek nagle uderzyła mnie w nos wbijając przy tym pazury, tak że poleciała krew. To, że jest ała i że mamę boli nie robi na niej większego wrażenia... Wiem, ze to bunt i że minie, ale bożżżże jak czasami cieżko to znieść!

A tymczasem za tydzień Święta!!! Jejjj, jak to zleciało! Poniedziałek mam wolny i robię sobie dzień dla siebie, a co! Plany mam ambitne, bo muszę rano wyskoczyć na szybkie zakupy świąteczne, uzupełnić prezenty dla H. i dla Laury, mam już umówiony masaż i chciałabym jeszcze napić się kawy i w spokoju poczytać książkę z Bożym Narodzeniem w tle :-) Trzymajcie kciuki by się udało.





niedziela, 11 grudnia 2016

Zima, zima i 26.mc

Nie wiem jak to się stało, że mamy już grudzień. Tak naprawdę to czuję się jakby dopiero co lato się skończyło, a tymczasem w tv pokazują śnieg w Polsce (u nas niestety albo wcale nie ma albo natychmiast się topi), Święta zaglądają nam w oczy.

Z jednej strony sporo się u nas dzieje, z drugiej gdy pomyślę jak to wszystko opisać do głowy przychodzi mi jedna wielka nudna szara masa. 

W ostatnim czasie 
- zaliczyłam zapalenie spojówek. Boże, ile ja się namęczyłam. W dodatku, gdy dopiero choroba się rozwijała i myślałam, że to tylko jakiś zatkany kanalik łzowy zapobiegawczo poszłam do lekarza, jak się później okazało konowała. Nie dość, że przepisał mi lekarstwa, których nigdzie nie mogłam dostać to jeszcze nawet nie zapytał mnie czy czasem nie pracuję przed komputerem, a co za tym idzie czy nie mam ochoty na L4. Ja sama nie zapytałam, bo wtedy nie bolało mnie jeszcze tak bardzo. Dopiero, gdy wróciłam do pracy i obwieściłam kolegom i koleżankom moją diagnozę wszyscy spojrzeli na mnie z grozą w oczach, bo to podobno okropnie zaraźliwe - nie wiem, pierwszy raz miałam. Suma sumarum, nikogo nie zaraziłam, a co się namęczyłam przed kompem przez 2 dni to moje. Dobrze, że potem był weekend i jakoś mi przeszło...

- Laura jeszcze bardziej rozkręciła się z gadaniem. Mówi teraz więcej po polsku, ale myślę, że to tylko chwilowe. Do laurowego słowniczka co chwilę dołączają nowe słówka. Mamy "cho - chodź", "ma - masz", wreszcie "tak" ;), "kuje - dziękuję", a dzisiaj nawet coś jakby "bałwan" :)

- Przeżyliśmy dosłowny kołowrotek naszych priorytetów w związku z nową sytuacją w mojej pracy. Cóż, długa historia, którą niekoniecznie chcę tutaj opisywać, ale suma sumarum wszystko ponownie stanęło pod znakiem zapytania, a przede wszystkim nasz pobyt we Wrocławiu... Oczywiście w związku z tym o zakupie mieszkania możemy na razie zapomnieć, nie wiem nawet co zrobić jeśli Laura jednak dostanie się w najbliższym czasie do jakiegoś żłobka, do którego wpisałam ją na listę rezerwową...  Początkowo to był dla mnie szok, potrzebowałam trochę czasu, żeby się z tą myślą oswoić. H. dał mi niesamowite wsparcie, dzięki któremu łatwiej to przyjęłam, ale kolorowo nie było. Oczywiście może być też inaczej, lepiej, ale jednak bardziej prawdopodobna wydaje się ta druga opcja... Także ten... kto wie, może nawet do Krakowa wrócimy, bo W-wa jakoś tak daleka nam się wydaje...

- Byliśmy na balu mikołajkowym, a tym samym Laurencja na pierwszym w swoim życiu. Imprezę organizował pracodawca H. - uroki pracy w korpo ;-) W każdym razie bardzo się postarali, było mnóstwo atrakcji, milion balonów walających się dosłownie wszędzie, dmuchańce, domki, bujawki, a w końcu kącik Mikołaja, Królowa Śniegu w roli prowadzącej, a w końcu sam Mikołaj i prezent dla każdego smyka, które rodzice wybierali wcześniej z listy. Miejsce też było magiczne, aczkolwiek w tej całej gonitwie nie przyjrzałam się bliżej co to właściwie był za budynek. Wejście przypominało teatr, nawet czerwona kotara się znalazła. Pięknie oświetlone, normalnie atmosfera jak z bajki. Tuż przed pojawieniem się Mikołaja pani prowadząca "połączyła się z nim" by dopytać gdzie dokładnie jest. Mikołaj odpowiedział, że jest już na dachu i lada chwila będzie u nas i wierzcie mi - nawet 10-latki zadzierały głowy do góry by popatrzeć na dach :D Gdy przypomnę sobie moje bale mikołajkowe w brzydkich salach, z biednymi komunistycznymi dekoracjami i brzydkim Mikołajem w okropnej masce i to jakie emocje we mnie wywoływały, jaką magię w tym wszystkim widziałam, to naprawdę nie jestem w stanie pojąć co teraz przeżywają "obecne" dzieci :-) Najlepszą odpowiedzią była zresztą Laurencja sama w sobie - po prostu a m o k. Nasza córcia na widok tylu atrakcji absolutnie zdziczała, przez cały pobyt tam mieliśmy z nią totalny brak łączności. Biegała, skakała, rzucała balonami, nagle obierała kurs w innym kierunku, a my szybko za nią lawirując między balonami, dzieciarnią i biegającymi za nimi rodzicami. Zabawy grupowe organizowane przez panią prowadzącą raczej jej nie interesowały. W ogóle inne dzieci mało ją interesowały. Totalnie oszalała na punkcie balonów, potem dmuchańców i plastikowych domków - dokładnie w tej kolejności. A my po 30minutach już ledwo żyliśmy. Wciąż w półskłonie goniąc za dzieckiem, oślepieni pulsującymi świątecznymi światełkami, ogłuszeni dziecięcym nawoływaniem tuż do mikrofonu "Mikołaaajjuuuu!!!", zirytowani ciągłym "na dmuchańca-ściągaj buty, z dmuchańca-zakładaj buty, do basenu z piłeczkami-ściągaj buty, z basenu-zakładaj buty" że przyznam, ledwo wytrzymaliśmy do wręczania prezentów. Poza tym Laura wystąpiła w stroju Myszki Minnie, który tak nasze dziecko naelektryzował, że nie dość, że włosy Laury sterczały jak jakaś aureola, to przy każdym jej dotknięciu byliśmy rażeni prądem :D Do odbierania prezentów dzieci były wywoływane, już więc oczami wyobraźni widzieliśmy jak rzucam się do dmuchańca wśród dzieciarnię by szybko wyjąć swoją mizerię i zanieść ją do Mikołaja zanim wszyscy zaczną się niecierpliwić. A jak było? Gdy zaczęło się wyczytywanie Laura wkroczyła na etap II swojego zdziczenia i na próbę np. wyciągnięcia jej z plastikowego samochodu reagowała dzikim wrzaskiem. Pięknie, nieprawdaż? Suma sumarum gdy padło koślawe Laura Kari-ija i nasze nazwisko również z błędem Laurencja tkwiła właśnie w samym środku materiałowego tunelu, do którego ja - matka ze swoimi gabarytami na pewno bym nie wlazła :-] H. musiał szybko zwinąć tunel z jednej strony, a ja chapłam Młodą i już bez butów pognałam do Mikołaja. Ten na Laurencji nie zrobił większego wrażenia. Zapewniłam za Młodą, że tak, była grzeczna (Boże, wybacz!), schwyciłam torbę z prezentem i szybko w długą. Laura była już tak zdziczała, że gdy tylko postawiłam ją na podłogę, żeby obejrzeć prezent, ta natychmiast uciekła w balony. No i wtedy właśnie szybko podjęliśmy decyzję o ewakuacji. Laura najpierw niby trochę oponowała, ale potem już w szatni grzecznie zaczęła współpracować, by w samochodzie totalnie zamilknąć, a w domu unieruchomić się na kanapie, co do naszej hiperaktywnej córci było całkowicie niepodobne. A my z niedowierzaniem przekonaliśmy się, że jednak da się ją zmęczyć :)

A teraz aktualizacja, bo ten post piszę już 2. tydzień.

Aktualnie jesteśmy na etapie kolejnej choroby. Tą akurat przywlekł H, potem przeszło na Laurę, a dzisiaj także na mnie. W czwartek gdy przyjechałam po Laurę ta jak zwykle spacerowała z nianią przed jej domem. Niby wszystko ok, ale już w samochodzie zauważyłam, że moje dziecko jest podejrzanie ciche - nie wiem jak niania nie mogła zauważyć, że Laura ma gorączkę. W domu ponad 38 i tak przez całą noc. Nie pozostało nic innego jak wziąć L4 i pobawić się w domową pielęgniarkę. A miałam urwać się wcześniej z pracy i załatwić świąteczne prezenty.... :-////

Teraz już Laurze i H. jest lepiej, ja natomiast czuję jak totalnie się ZNOWU rozkładam. Tegoroczna zima daje nam mocno po d....

Tymczasem jutro przyjeżdża do nas mój tato by w poniedziałek zająć się Laurencją, gdy my pojedziemy do W-wy złożyć oficjalnie dokumenty i odbyć rozmowę z konsulem w sprawie mojego tureckiego obywatelstwa. Trzymajcie kciuki, właśnie sobie przypominam turecki hymn, a zaznaczyć trzeba, że do łatwych to on nie należy, oj nie!

Moje ulubione zdjęcie z naszej świątecznej sesji




A tu już na balu mikołajkowym. Jedno z nielicznych normalnych zdjeć, do których udało mi się złapać dziecko.