niedziela, 31 lipca 2016

22 i inne :)

Tak oto Laurencja nasza najkochańsza skończyła przedwczoraj 22. miesiąc swojego jakże kolorowego życia :) Zanim napiszę o jej ostatnich osiągnięciach - szybka aktualizacja laurowego stanu zdrowia.

Laura ma się już dobrze, drogie ciocie (wujka chyba wśród Was nie ma, co? :)) W poniedziałek i wtorek była ze mną w domu. Większość tego czasu przesiedziała przed tv z rączką na podusi. Dopiero wieczorem, po powrocie do domu taty trochę się uaktywniała i ostrożnie zaczynała bawić. Czasem miałam wrażenie, że Laura boi się ruszyć, ale gdy wreszcie się odważy to idzie już z górki, dlatego sama zachęcałam ją do zejścia z kanapy, włączałam piosenki do tańcowania itp. Dzięki tym zabiegom Laura na tyle się rozkręciła, że o kanapie zapomniała, a zaczęła się normalnie bawić choć przez cały czas nie angażując przy tym lewej rączki. W środę rano mieliśmy niezłą zagwozdkę czy zawieźć ją do niani czy też zostawić jeszcze w domu. Poprzedniego dnia po południu Laura sama złapała mnie za rękę, zaprowadziła na korytarz i pokazała paluszkiem drzwi. Nie miałam sumienia jej odmówić, poszłyśmy więc na spacer. Jej zachowanie sugerowało więc, że czuje się już dobrze. Tylko lewa rączka wciąż odpoczywała... Suma sumarum H. zdecydował, że zostanie z nią w domu, a po południu wszyscy udamy się na kontrolę do naszej pani pediatry. Przyznam, że trochę się obawiałam jak sobie z Laurencją poradzi, bo to drzemka, bo to nocnikowanie itp. ale poradził sobie i to całkiem dobrze ;) Gdy wróciłam do domu Laura przywitała mnie rzuceniem się na szyję i ... tak, zarzuciła mi na szyję obydwie rączki :) H. opowiadał, że zupełnie nagle zaczęła ją normalnie używać. Do pediatry poszliśmy więc głównie po zwolnienie dla H. :] pani doktor obejrzała laurową rączkę i potwierdziła, że wszystko jest w znakomitym porządku. Uff... w czwartek Laura wróciła do niani.

Na tym jednak nasze wypadki tego tygodnia się nie skończyły. 

Zaraz następnego dnia, w czwartek, tuż przed porą kąpania, Laura była już porządnie marudna. Wyciągnęłam więc awaryjny zestaw pisaków, żeby zająć czymś dziecko. Laurze rysowanie bardzo się spodobało. Już miałam odetchnąć i na spokojnie obejrzeć wiadomości, gdy dziecko moje strzeliło mi pisakiem prosto w oko. Taaaa.... taki ból to czułam ostatnio chyba w czasie porodu. H. myślał, że oko mi wypłynęło (ja też tak przez chwilę myślałam) i usilnie próbował zabrać mi ręce z twarzy i zobaczyć co się stało, a ja za cholerę otworzyć go nie mogłam. Gdy po kilkunastu (!) minutach mi się to udało, stwierdziłam z rozpaczą, że mam na maksa zamazaną wizję. Poważnie rozważaliśmy jazdę na pogotowie okulistyczne, ale gdy popatrzyłam na śpiącą Laurę i gdy pomyślałam o tym jak długo czekaliśmy na pogotowiu w niedzielę, od razu mi się odechciało. Poza tym liczyłam, że przejdzie... Niestety po 2, po 3, a nawet po 4 godzinach problem nie znikał. Ból zmalał, ale co chwilę gdy spoglądałam pod bliżej nie określonym kątem oko przeszywał ból jakby ktoś mi szpilę wbijał. Byłam lekko przerażona, bo nie dość, że praca, praca przed komputerem, to jeszcze czekało mnie prowadzenie auta... Przestraszyłam się jeszcze bardziej, gdy obudziłam się około 4 w nocy i wciąż źle widziałam. Całe szczęście, gdy obudziliśmy się o 7 widziałam już normalnie. Oko oczywiście bolało mnie cały dzień, ale przynajmniej wizja nie była już zamazana. Starałam się umówić na wizytę do okulisty, ale dooopa - wszystko w najbliższej okolicy pracy i domu bez szansy na wizytę przez najbliższy miesiąc. Musiałabym brać specjalnie wolne w pracy, żeby jechać na drugi koniec miasta. Na szczęście jest już ok więc chyba mogę sobie odpuścić.

No, a teraz po krótce o Laurencji.

W ostatnim miesiącu mamy dwa poważne osiągnięcia:

1) nocnikowanie. 
Laura pięknie pokazuje, że ma ochotę usiąść na nocnik - albo ciagnie się za pieluszkę, albo wymownie na mnie patrzy albo łapie za rękę i prowadzi do łazienkowych drzwi by je otworzyć, Wtedy sama bierze nocnik i wraca przed telewizor :) Lubi siedzieć na swoim tronie. Czasem mam wrażenie, że wydusza coś na siłę, ale siedzi wytrwale aż w końcu się uda. Wszystkie kupki lądują już w nocniku (jak fajnie, że nie trzeba już latać ze śmieciami dwa razy w ciągu dnia :)), siuśki czasem też, ale na te jeszcze nie woła. Staram się często zostawiać ją w domu bez pieluszki i co godzinę  - dwie sadzam na nocniku, żeby uniknąć wpadki. Nie zawsze się jednak udaje. Mnie to nie przeszkadza, bo wiadomo, że inaczej się dziecko nie nauczy, ale widzę, że H. strasznie irytuje wycieranie z podłogi siuśków. Często więc marudzi, żebym założyła jej pieluszkę i żeby nie musiał się już stresować kiedy nadejdzie ten moment ;) Trochę więc ze sobą w tym temacie walczymy, ale luzik. Na razie Laura jest mało świadoma siusiania. 

2) mowa.
No tu może spektakularnych zmian nie ma, ale jednak od dłuższego już czasu do laurowego słowniczka doszło kilka nowych słów. Laurencja woła wesoła "ceeeś" (cześć), a ostatnio nawet coś na kształt "do widzenia: - tego nie potrafię nawet powtórzyć, ale gdy Mała się odzywa wszyscy rozumieją o co chodzi. Poza tym mówi "Niloya" - imię kolejnej bohaterki tureckich bajeczek, ostatnio zresztą ulubionej. Laura uwielbia właśnie Niloyę i tureckiego Pepee. Wczoraj gdy już praktycznie spała, oderwała się od cycka i z bananem na twarzy powiedziała "Nijoja! Pepee!" :) Mówi też "tak" i "daj" i jest przy tym wszystkim rozkoszna. Uwielbiam słuchać jej słodkiego głosiku :)))

Poza tym straszna z niej przylepka. Uwielbia się przytulać, a nawet wpadać sobie w ramiona. To ostatnio nasza ulubiona zabawa podczas zakupów w supermarkecie. Laura rozpędza się alejką z rozłożonymi rączkami i wpada mnie albo tacie w ramiona :)

Jest bardzo ruchliwym dzieckiem. Wciąż biega, wspina się, skacze. Czasem, gdy wieczorem po pracy padamy na twarz, dziecko niemal fruwa nam nad głowami. Wciąz tylko ratujemy ją od upadku... Gdy już niczego nie potrafi sobie wymyśleć, skacze po promieniach słonecznych, które odbijają się na podłodze :)

Kamienie. Kamienie to wielka miłość naszego dziecka. Na każdym spacerze są zbierane i potrafi wyczaić je dosłownie wszędzie. Przejście obok podjazdu czy kwietnika wyłożonego białym żwirkiem jest niemożliwe bez zebrania chociaż kilku zdobyczy... Niestety zdarza się, że Laurencja próbuje rzucać nimi w dzieci, psy oraz samochody :S :S :S ale najczęściej po prostu trzyma je w rączce, ewentualnie ładuje sobie do paszczy. 

Pomału próbuje nowe smaki choć to wciąż idzie jej dość opornie... Mięsa w dalszym ciągu nie rusza. Surowych warzyw również. Daję jej co chwilę marchewkę albo ogórka albo paprykę do poskubania, ale po ugryzieniu góra 3 kęsów oddaje. Gotowane ziemniaki też już są ble. Frytki. Frytki mogłaby jeść codziennie, a ja coraz bardziej martwię się, że podając je (w rozpaczy i absolutnej ostateczności, bo nic innego nie chce) jednak dość często robię jej krzywdę. H. się na mnie złości, że są niezdrowe i na pewno ma rację, ale co zrobić gdy Laura potrafi niczego nie jeść? Staram się ją przetrzymać by porządnie zgłodniała, ale to nie działa. 

Przez cały czas nas obserwuje i stara się naśladować. Bierze moją torbę i stara się ją nieść tak jak ja. Niemal codziennie wracając do domu kłócimy się przed drzwiami o klucz, bo Laura chce otwierać drzwi sama :) Gdy rozbijam tłuczkiem mięso, Laura wali w szafę czymkolwiek co ma pod ręką :D Bierze tablet i klawiaturę do niego, siada przy swoim stoliczku i uderza w klawisze :)

Jest kochana. A buziaczki daje ostatnio tylko mnie :D





wtorek, 26 lipca 2016

Jak najmniej takich przygód...

Kolejny pierwszy (i mam nadzieję jedyny) raz za nami. Pierwszy raz na pogotowiu. 
A wszystko zaczęło się tak niewinnie...

Weekend urządziliśmy sobie bez dodatkowych atrakcji. W sobotę świętowaliśmy urodziny laurowego taty, a w niedzielę wybraliśmy się do parku. Pogoda była piękna, ptaszki śpiewały, dzieci beztrosko się bawiły. Ale nasza Laurencja nie bawiła się beztrosko. Niedziela to był dzień spod znaku wkurwu i to tego porządnego. Nasze dziecię było bodajże jedyne w całym parku, które co chwilę darło paszczę i robiło wszystko to, czego robić nie powinno. A jeszcze w sobotę była tam tylko ze mną i pięknie się bawiła. Budowałyśmy babki z piasku, Laura biegała na bosaka po piaskownicy, po prostu miodzio. W niedzielę, przy tacie, po prostu jej coś odbiło. Próbowała rzucać w ludzi kamieniami, kamienie i piach non stop lądowały w buzi, pożerała nawet stokrotki... po prostu przez cały czas stres i stopień najwyższej czujności.

Ale do brzegu.

W końcu daliśmy za wygraną i ruszyliśmy w kierunku domu. Początkowo miała iść sama, ale tak się darła, że wsadziliśmy ją do wózka. Tam jeszcze gorzej, więc wyciągnęłam ją z niego z powrotem (po co, po co, po co????!!!!!!). Miałyśmy iść za rączkę, ładnie i grzecznie, a tu Laura nagle rzuciła mi się na ziemię. A co matka zrobiła? No standardowy odruch - pociągnęłam ją mocno do góry za tą biedną lewą, wyprostowaną rączkę. No i było źle... Laura darła się w niebogłosy trzymając się kurczowo za lewą rękę. Od razu zrozumieliśmy, że musiało ją to mocno zaboleć więc porwaliśmy dziecko na ręce i biegiem do domu.

W domu szybko i delikatnie ją obmyłam, a potem, żeby się uspokoiła, bo przy tym jej kiepskim humorku trudno nam było nawet ocenić na ile ten płacz wywołany jest bólem, a na ile buntem naszego prawie-dwu-latka. Wzięłam ją do sypialni i podałam pierś. A Laurencja, godzina bodajże 17:30 i odlot... zasnęła. Postanowiliśmy, że damy jej 20 minut, a w międzyczasie sami się po piaskownicy i innych atrakcjach ogarnęliśmy i zrobiliśmy szybkie rozeznanie we wrocławskich SOR-ach. Jednocześnie poszłam do Laury i delikatnie dotknęłam jej bolącą rączkę, a ona nawet przez sen zapłakała. Wtedy też nabraliśmy pewności, że na pogotowie musimy jechać.

Gdy obudziliśmy Laurę, rozpaczliwy płacz zaczął się od nowa. I kurczowe trzymanie rączki. Pędem do auta i na SOR polecony przez inną mamę. Gdy weszliśmy do środku oczom mym ukazał się widok jakby wycięty z filmu o oddziałach ratunkowych w czasie II wojny światowej. Te same obskurne obdrapane ściany i drzwi, przyćmione światło, smętni ludzie po kątach. Żadnej rejestracji, nikogo kto pokierowałby chorego. Tylko korytarz z pacjentami i drzwi gabinetów. Sami mieliśmy sobie wybrać do którego mamy ochotę czekać (gdyby to komuś miało kiedyś pomóc to tak wygląda SOR na Traugutta we Wrocławiu). Ludzie zupełnie niewzruszeni, że przyjechaliśmy z płaczącym dzieckiem. Na szczęście obczaiłam gabinet, do którego nikt nie czekał, więc gdy tylko wyszedł z niego pacjent uderzyłam do środka. Całe szczęście, bo okazało się, że przyjechaliśmy pod zły adres. Tam przyjmowali tylko dorosłych...

Zostaliśmy skierowani na Fieldorfa, czyli zupełnie przeciwny koniec miasta. Laura w samochodzie zasypiała mi na ręcach. Gdy zajechaliśmy pod szpital od razu zrozumieliśmy, że warto było się tłuc taki kawałek, bo szpital nowiutki i pachnący. Z rejestracji wysłano nas do lekarza pierwszego kontaktu, potem RTG, potem jeszcze raz lekarz. Wszystko super, tylko na szpitalnym korytarzu przesiedzieliśmy do 21 - tak długo to trwało. Laura była niesamowicie dzielna. Gdy czekaliśmy już w ostatniej kolejce zaprzyjaźniła się z inną pacjentką pogotowia i razem dokazywały. Tamtej dziewczynce zupełnie się poprawiło od samego czekania w szpitalu - biegała, bawiła się zabawkami... Laurze też poprawił się humor, ale lewą rączkę w ogóle nie używała. Co chwilę któryś z rodziców podchodził do dyżurki lekarza podpytać ile jeszcze będziemy czekać, bo pacjentów było naprawdę raptem kilku, ale zdjęcia RTG wciąż nie przychodziły... Przed 21 zrezygnowana i ja spróbowałam. Lekarz uśmiechnął się i powiedział, że mam szczęście, bo zdjęcia Laury właśnie przyszły, czeka jeszcze tylko na rozpoznanie. Zbadał jeszcze rączkę Laury i kazał czekać dalej. Z racji, że mój pobyt w gabinecie lekarza trwał dłużej niż standardowe zapytanie - jak długo jeszcze aż poczułam się winna wyjaśnienia innym pacjentom co tam robiłam :) Taaaak... byliśmy przedostatni w kolejce, także ten... A tymczasem po 3 minutkach pan doktor woła "Lauraaa!". Przyszło rozpoznanie. Podwichnięcie kości promieniowej. Podobno bardzo częsty uraz u dzieci w wieku 2-5, właśnie przy ratowaniu od upadku albo pociągnięciu wyprostowanej rączki. Kość ponoć sama wróciła na swoje miejsce i z każdą godziną ma być lepiej. Lekarstw nie trzeba... Podziękowaliśmy i wyszliśmy na lincz innych pacjentów. Wyjaśniłam o co chodzi i życzyłam by i oni mogli szybko wrócić do domu. Nikt nic nie powiedział, ale wkurwiowny wzrok co niektórych tatusiów mówił sam za siebie. No cóż... mnie też by trafiło na ich miejscu.

W domu Laura szybciutko zasnęła, już podczas rozbierania oczy jej się zamykały. W nocy spała dobrze, liczyłam więc, że skoro już na pogotowiu miała ochotę się bawić to w poniedziałek będzie jeszcze lepiej i pewnie będę mogła zawieźć ją do niani. A tymczasem Laura obudziła się w beznadziejnym humorze, przez cały czas oszczędzała rączkę, w ogóle nią nie ruszała, a przy każdym ruchu płakała z bólu. Gdy pokazałam jej plecaczek do żłobka i zapytałam czy jedziemy do dzieci na co zawsze reaguje biegiem po buty, rozpłakała się na całego. Cóż było zrobić, telefon do pracy, telefon do niani, telefon do naszego lekarza pediatry i zostałyśmy w domu. Laura większość dnia przesiedziała przed telewizorem w pozycji półleżącej, z rączką na poduszce. W ogóle nie miała ochoty się bawić. 

Po południu poszłyśmy do naszej pani doktor po jakieś środki przeciwbólowe chociaż i l4 dla mnie. Pani doktor była wściekła, że na pogotowiu nie dano nam chociaż altacetu... Smarujemy więc i siedzimy w domu. Wczoraj wieczorem Laura czuła się już lepiej, zabrała się nawet za tańcowanie, ale lewą rączkę przez cały czas maksymalnie oszczędza, w ogóle jej nie używa. Dzisiaj też...

Także takie ała zrobiłam własnemu dziecku... wybaczyć sobie nie mogę choć wiem, że mogło się to zdarzyć każdemu kto w tamtej chwili trzymałby Laurę za rączkę... no ale to byłam ja :(

Nasz kontuzjowany Bąbel tak właśnie dochodzi do siebie - poducha pod plecami, poducha pod chorą rączką, w drugiej przekąska i baja w TV. No i mama pod ręką :)


piątek, 22 lipca 2016

Ostatnie dwa tygodnie w wielkim skrócie

Ojoj, ale nam się porobiły zaległości w blogowaniu. Patrzę na ostatni post i wydaje mi się, że wieki minęły. Czas mija mi niesamowicie szybko. Od kiedy zaczęłam pracować działam dokładnie jak zaprogramowany robot - dosłownie każdą minutkę w ciągu dnia mam zaplanowaną, a gdy padam wieczorem po położeniu Laury spać nie chce mi się nawet ręki podnieść by herbaty się napić. Także ten… blogowanie mi ostatnio nie po drodze.


Ale do brzegu.


Dawno, dawno temu, bodajże tydzień po ostatniej notce, zrealizowaliśmy nasz plan odwiedzenia dziadków i w piątek po pracy wsiedliśmy w auto i wyjechaliśmy z Wrocka. Nie, niestety nie poszło nam to tak szybko jak brzmi. Wyjazd z samego miasta trwał prawie godzinę, a o beznadziejności polskich dróg na tej trasie mogłabym pisać elaboraty. Laura była i tak bardzo dzielna i obyło się bez większej histerii, ale tylko i wyłącznie dzięki kreatywności mamy i tureckim bajkom oglądanym w moim telefonie. Nasz nowy must have to będzie mocowanie do tabletu na oparcie fotela - taki “telewizorek” będzie dla mnie wybawieniem, bo od trzymania telefonu w ręce przed Laurencją prawie ręka mi odpadła :)


U dziadków oczywiście szaleństwo. Pieski, dziadek, ogród, babcia jedna i druga, pełno schodów - niekończące się atrakcje. Widok Laury tak świetnie dogadującej się z dziadkami i ciocią to miód na moje serce. Laura oprócz zabaw z pieskami, zaliczała też całkiem długie spacery i wszystko na nóżkach - wózka nawet nie wyciągnęliśmy z bagażnika auta. Dziadki oczywiście jak zwykle zaszaleli i sprezentowali wnuczce rowerek. Laura była zachwycona. Poza tym u dziadków odnalazła jeszcze samochodzik, który dostała od nich przy okazji poprzedniej wizyty, a który z racji na brak miejsca w aucie musieliśmy u nich zostawić. Te dwa gadżety zupełnie nasze dziecko pochłonęły. Szkoda tylko, że pogoda średnio dopisała. Było zimno i wietrznie, także większość rundek na rowerku Laura pokonała dookoła stołu ;)

Laurencja na trasie


Po powrocie w niedzielę do Wrocławia Laura wieczorem urządziła nam taką histerię, że jeszcze dzisiaj ją pamiętam :) Niestety ostatnio dość często mamy takie akcje. Laura wyje nie wiadomo o co, a jak nie chcemy zrobić co ona sobie życzy to już w ogóle koniec świata. W to akurat popołudnie byliśmy zmęczeni jazdą, a na deser jeszcze dziecko nas przeczołgało. Gdy wreszcie poszła spać chciałam szampana otwierać.


Kolejny weekend był już bardziej spokojny. Sobotę spędziliśmy leniwie zaliczając spacerek do parku. Laura uwielbia tam się bawić chociaż z bujawek i innych atrakcji zdecydowana większość jest dla starszaków. Dla takiej drobizny jak Laurencja są tylko koniki na sprężynach, a to nuuuda. Laura z tęsknotą w oczach spoglądała na dzieci wspinające się na drewnianą wieżę by potem rurą-zjeżdżalnią zjechać na dół. Suma sumarum moje dziecko bawi się kamieniami i piachem. Wyposażyłyśmy się w wiaderko, kilka foremek i łopatkę i to był strzał w dziesiątkę. W szczególności teraz, gdy Laura zaprzyjaźniła się z piaskownicą. Wcześniej dostawała szału przy bliższym kontakcie z piachem, bo nie wiem czy o tym wcześniej pisałam, ale moje dziecko to pedant w 100%. Podczas jedzenia zużywamy niemal całe pudełko chusteczek, bo przy każdej kruszynce, która odważyła się spaść poza talerz, albo ubrudzonym paluszku Laurencja każe się wycierać. I nie ma zmiłuj się. Wcześniej, gdy wsadziłam ja w piaskownicę zareagowała dzikim wrzaskiem, bo piach oczywiście oblepił jej butki :D Teraz już jest mniejszym dzikuskiem i próbuje nawet swoich sił z babkami. Problem jednak pojawił się inny. Laura przeszła na dalszy etap eksploracji kamieni i piachu i … tak, ładuje je do buzi. To nic, że pluje i się krzywi. Po mojej interwencji robi to jeszcze raz i jeszcze…. Ostatnio już się poddałam i musiałam ją z placu zabaw wyprowadzić ;)


W niedzielę z kolei H. wyczaił gdzieś w necie informację, że w jednym z wrocławskich ch otworzył się turecki sklepik i że sprzedają tam świeżą baklavę. Mój mąż to łasuch więc plan dnia był już z rana gotowy. Faktycznie sklepik choć mikroskopijny okazał się świetnie zaopatrzony. Prowadzi go zresztą sympatyczna turecka rodzina. Baklava była świeżutka, H. więc zadowolony. Trochę przy okazji postanowiłam zapewnić też Laurze jakąś atrakcję i wzięliśmy ją do tamtejszej sali zabaw. Okazało się, że to była świetna decyzja, bo zdecydowana większość atrakcji była odpowiednia dla takiego malucha jak Laura. Mała była wniebowzięta. Biegała jak szalona od jednej zabawki do drugiej, zjeżdżała na zjeżdżalniach, wsiadała do samochodzików (lubi prowadzić, jak mama ;)) rzucała piłeczkami, a my napatrzeć się nie mogliśmy. Oczywiście wyjście z tego przybytku było nie lada wyzwaniem. H. ubrał buty pierwszy, złapał wierzgającą Laurę i gnał czym prędzej przed siebie by oddalić się możliwie jak najbardziej :)









Za chwilę kolejny weekend, ale ten zamierzamy spędzić wyjątkowo spokojnie. Laura po zabawie w sali zabaw w nocy dawała chyba upust nagromadzonym emocjom. Nie dość, że spała wyjątkowo niespokojnie to jeszcze w środku nocy się wybudziła i chciała się bawić. Nie robiła tego już od długiego czasu. Walczyłam z nią chyba z 3 godziny. H. miał ochotę płakać, bo od kilku dni miał już w pracy gorący okres i mnóstwo nadgodzin za i przed sobą :(


Co jeszcze, co jeszcze… Tak, muszę to zapisać ku pamięci, bo oto, drogie ciocie, Laura odnotowuje codziennie sukcesy z nocnikiem. Kupki od niemal tygodnia robione są tylko na nocnik. Laura pięknie pokazuje, że coś się święci. Najpierw szarpała się na pieluchę, gdy już sprawa była załatwiona, teraz bierze mnie za rękę i prowadzi do łazienki po nocnik. Oczywiście dla niej to głównie zabawa i najchętniej przez większość dnia biegałaby z gołym tyłkiem co chwilę siadając na tron, ale co najważniejsze, są sukcesy. A jaka dumna jest wtedy! Krzyczy “bak! bak!” (tur. patrz!) i bije sobie brawo. Moja euforia za pierwszym razem była nie mniejsza. Krzyknęłam tak głośno, że aż Laura się wystraszyła i uciekła, a H. mnie ochrzanił :)


Niania została uczulona na to by nie ignorować symptomów, ale nie wiem, chyba coś robi nie tak, bo gdy ją pytałam czy się udało, przyznała, że nie chociaż udało się złapać do nocnika siku. To z kolei nie udało nam się jeszcze w domu. W ogóle kupę robi teraz na raty, bo gdy tylko uda jej się coś wycisnąć jest radość, jest euforia i przez to przerwa w akcji (sorry za te szczegóły;)). W ten sposób od 16 do 20 Laura większość czasu spędza na nocniku :D


Oczywiście rozpacz była, gdy wyrzuciłam kupę do kibelka. Laura jest swoją produkcją zachwycona, nachyla się, podziwia z bliska, muszę szybko interweniować, bo mam wrażenie, że zaraz weźmie w rękę ;) Gdy kupa zniknęła w otchłani toalety dziecko moje oszalało z rozpaczy. Ale spokojnie, edukacja trwa, z każdym dniem jest coraz lepiej ;)


No, to na razie tyle. Za chwilę podsumowanie miesiąca, a mam kilka niuwsów dot. laurencjowego gadania :)

środa, 6 lipca 2016

Podsumowanie weekendu

Jak w tytule, bo naprawdę miło spędziliśmy czas.

Choć zapowiadało się nieciekawie. Nastawiliśmy się na wyjazd do moich rodziców, ale plany trzeba było tuż przed wyjazdem zmienić, bo dziadkom wypadły dwie niezaplanowane a obowiązkowe imprezy więc odpuściliśmy. Wyjaz przełożyliśmy na kolejny weekend, oby tym razem się udało.

W piątek mieliśmy nieziemski upał, po prostu od rana spływaliśmy. Z racji na to, że był to pierwszy dzień nowego miesiąca odwiozłam Laurę do domu niani, a nie do żłobka. Pod opieką niani zostało wraz z Laurą włącznie tylko 3 dzieci i niani nie opłacało się wynajmować do opieki dodatkowe mieszkanie więc przez lato będzie opiekowała się nimi u siebie. Spoko, problemu nie widzę (nie widziałam), bo miało być tuż obok. Ale właśnie w piątek dane mi było przekonać się, że nie jest. Kuurde, nie dość, że niania jest mi i tak nie po drodze i że jeszcze żłobek mieści się w miejscu, w którym ZAWSZE po południu tracę czas w korku to teraz będę jeździć jeszcze dalej. "Tuż obok" okazało się pojęciem dość względnym i oczywiście nie w kierunku zbliżającym go do naszego mieszkania. Jeździmy więc jeszcze dalej i to na sam koniec nowego osiedla - wąska droga, budowa, błoto, problem z zaparkowaniem i zawróceniem plus olbrzymie wały na drodze, przy których muszę się praktycznie zatrzymać. H. namawia mnie żebym rozejrzała się za innym żłobkiem, bliżej naszego mieszkania, tym bardziej, że wiemy, że jest ich w okolicy kilka. Mam jednak oczywiście milion wątpliwości, bo nie wiem czy warto fundować Laurze takie zmiany tym bardziej, że w okolicach maja chciałabym posłać ją już do przedszkola. No i pewności nie mamy, że do tego czasu będziemy mieszkać w tym samym mieszkaniu. Same niewiadome... ale to temat na tak naprawdę osobny post.

Do brzegu.

W piątek wieczorem tak naprawdę to byliśmy przerażeni. Oboje po całym tygodniu pracy i tych upałach byliśmy po prostu wykończeni, a Laura dała nam pokaz swojego buntu prawie-2-latka. Około 18 aż płakać mi się chciało.

W sobotę dziecko moje obudziło się już o 6:30 i ani myślało dać się matce chociaż poprzeciągać w łóżku. Nie pozostało więc nic innego jak zrobić sobie kawę i przenieść się do salonu... Po śniadaniu z obawy przed rozwinięciem się kolejnego kryzysu emocjonalnego Laurencji (tak, wnioskuję, że odstawia nam takie jazdy po prostu z nudów) zagnałam całą familię na spacer do parku. Chcieliśmy zdążyć przed największym upałem i deszczem zapowiadanym na popołudnie, ale i tak nam się nie udało. Gorąco było niemiłosiernie, ale w parku czekała na nas niespodzianka. Na miejscy trwał festyn, na który się szybko i sprawnie wkręciliśmy. Impreza była przednia, organizacja ogromna - pełno zabaw dla dzieci, klauny, animatorzy na szczudłach, stoliczki z zabawami plastycznymi, malowanie twarzy, baloniki, straż miejsca na koniach, straż pożarna z wozem strażackim, przedstawienie teatralne, poczęstunek w postaci naprawdę przeróżnych i bardzo smacznych przekąsek i słodkości... i to wszystko totalnie za darmo. Podczas jednej z zabaw podpytałam cichaczem jedną panią-klauna i dowiedziałam się, że organizatorem jest jedno z prywatnych przedszkoli&żłobków. Reklamę zrobili sobie na tyle skuteczną, że po powrocie do domu od razu ich wygooglowałam. Robią bardzo fajne wrażenie, szkoda tylko, że miejscem prawie nie różnią się od naszej obecnej niani :(((

Laura w każdym razie od razu odnalazła się w tym kolorowym tłumie. Śmiało podchodziła do stoliczków z ciastoliną, siadała na stołku i zagadywała inne dzieci. Kompletnie bez mojej asysty podeszła do klauna po balonik. Ludzi było masa, wszyscy rozkładali się na piknikowych kocach, całe szczęście, że my w wózku na nasze wyprawy do parku też zawsze wozimy swój :) Przekrój wiekowy dzieci był bardzo szeroki i chyba nie byliśmy jedynymi z zewnątrz na doczepkę ;-) W każdym razie kontroli nie było, wszyscy byli serdecznie zapraszani, częstowani itp. Bardzo miła atmosfera.

Laura zaciekawiona była innymi dziećmi, a także konikami. Gdy poszłyśmy je pogłaskać słyszałam jak z entuzjazmem mruczy i-haaa :)))) Największą furorę zrobiły jednak... bańki. Oprócz przyrządów do samodzielnego tworzenia mega baniek mydlanych była też maszynka do ich masowej produkcji. Laura biegała w obłoku baniek jak zaczarowana, próbowała je łapać, goniła wybrane, potem wracała... Normalnie napatrzeć się nie mogliśmy. 

Przeciągnęliśmy nasz pobyt tam maksymalnie, ale pora drzemki w końcu dała o sobie znać i Laurę na te bańki cholerne już szlag zaczął trafiać no bo ileż można za nimi biegać i nie złapać ani jednej? :) Dziecko wyciągaliśmy z imprezy siłą z wierzgającymi nogami. A w domu padła w ciągu 2 minut. 

Po południu rozkręcił się u nas deszcz więc resztę dnia spędziliśmy w domu, ale dopołudniowa impreza zapewniła nam jednak wystarczająco emocji. W niedzielę z kolei zaliczyłyśmy z Laurą kolejny, tym razem babski tylko wypad do parku. Mamy szczęście, że mamy go pod nosem. Moje dziecko może godzinami siedzieć w kamieniach i bawić się kompletnie samo :-]

No nic, pora na małą fotorelację.












niedziela, 3 lipca 2016

21!

Wielkimi krokami zbliżamy się do drugich urodzin, rany boskie jak ten czas leci...

W ostatnim miesiącu Laura przeszła kolejne metamorfozy,

Przede wszystkim jest już naprawdę całkiem kumata. Hitem ostatnich tygodni są ksiażeczki. Wreszcie doczekały się swojego czasu i nie służą już tylko do obgryzania. W książeczkach Laurę najbardziej kręcą zwierzątka i ... dziewczynki :) Ćwiczymy więc intensywnie odgłosy różnych zwierząt, a ja mam rozkminkę jak robi kret, wiewiórka czy motylek :) Naukę rozpoznawania płci staram się rozszerzyć też na inne zabawy i tak gdy oglądamy bajkę w tv też pokazuję dziewczynki i chłopców, to samo robimy z ukochanymi ludzikami Lego.  Nie wiem jednak czy kuma. Gdy pokazałam palcem na Laurę i powiedziałam "dziewczynka", Laurencja popatrzyła na mnie ze zrozumieniem, a potem zajrzała sobie za bluzkę w poszukiwaniu zaginionej :)

Z zabaw Laura rozkręca się też z rysowaniem. Coraz pewniej trzyma kredkę i zostawia na kartce coraz wyraźniejszy ślad. Niestety zawsze po jakimś czasie muszę konfiskować akcesoria pisarskie, bo Laurencja znudzona rysowaniem zaczyna kredki ... pożerać.

Laura jest bardzo towarzyskim dzieckiem. Gdy tylko widzi bawiace się dzieci od razu obiera na nie kierunek. Cieszę się bardzo z tego, że nie jest tak wstydliwa jak ja kiedys byłam chociaż żal mi jej gdy inne dzieci chyba właśnie tym się kierując odwracają się na pięcie i uciekają do rodziców. Laura wtedy stoi jak słup soli i patrzy ze zdziwieniem za uciekinierem.

Bardzo lubi sie kąpać. Kto by pomyślał, że to niemowlę, które darło się w niebogłosy przez pierwsze prawie 3 miesiace teraz nie będzie chciało wyjść z wanny. W kąpieli najbardziej lubi bawić się konewką. Sama już dobrze wie, że gdy wieczorem zaczynam ją wołać, trzeba przyjść do sypialni. Kładzie się wtedy sama na przygotowanym na łóżku punkcie sanitarnym i pomaga w ściąganiu ubrań. Próbuje sama sobie czesać włoski i wciąż upiera się przy samodzielnym myciu ząbków.

Tak, jesteśmy na etapie "sama". Laura koniecznie sama musi przejść przez wszystkie wysokie progi w drodze do garażu i (prawie) sama musi wejść po schodach prowadzących do niani. Całe szczęście, rano mam zapas czasu, bo inaczej oznaczałoby to kolejne nerwy,

Za nami pierwsze od dłuższego czasu próby nocnikowania, ale z tym niestety wciąż jesteśmy daleko w lesie. W kluczowych momentach sadzam Laurę na nocniku, ale najczęściej cała akcja się zatrzymuje i Laura co chwilę wstaje, spogląda w nocnik i mówi "nie ma". No fakt, nie ma. Jeszcze ani razu nie było, ale co tam, próbujemy dalej. Kilka razy Laura sama zabrała się za siadanie na nocnik, podciągnęła bluzkę i obsunęła spodenki (wyglądało to przekomicznie) i usiadła na tronie. Ale z tego też nic nie wyszło. No, może jak na złość oprócz jednego razu, gdy akurat byłam w trakcie gotowania obiadu. Wiecie, ręce brudne, na piecu coś co wymagało natychmiastowej obróbki. Machnęłam ręką i powiedziałam sobie, że pewnie i tak nic z tego nie będzie. No a wtedy akurat walnęła kupę. Miałam wyrzuty sumienia, bo jednak pokazała o co chodzi, a ja to zignorowałam.

Jak już jesteśmy przy nauce to jeszcze wspomnę o naszym spaniu i kp. Szczerze powiedziawszy myślałam, że drzemki u niani zapewnią nam lepsze spanie, a może i odstawienie od piersi. Cóż... ze spaniem różnie bywa. Na pewno poprawą jest to, że, odpukać, od dłuższego czasu nie mieliśmy żadnej nocnej imprezy pt. "chcę się bawić, nie spać". Laura jakby wreszcie zrozumiała, że w nocy się śpi i nawet gdy się przebudzi, kładzie się i próbuje zasnąć. No, ale pobudki mamy codziennie. Nie liczę ich, ale mamy chyba tak przeciętnie 4. Już zupełnie zapomniałam jak to jest spać nieprzerwanym snem. Myślałam, że skoro u niani śpi krócej, bo wiadomo, na pewno inne dzieci ją budzą i niania jej powtórnie nie usypia jeśli obudzi się np. po 40 minutach tak jak ja to robię w domu, to będzie spała twardzym snem w nocy. Ale w tej materii na razie niewiele się zmieniło. No i karmienie. Od niedawna Laura nabrała bardzo brzydkiego zwyczaju bolesnego gryzienia mnie. Robi sobie z tego zabawę, bo gdy tylko dostanie pierś, natychmiast gryzie i ciągnie, a potem się zaśmiewa. W czwartek wieczorem, gdy się z nią położyłam (a była dość śpiąca), zamiast spokojnie pociumkać sesję karmieniową rozpoczęła właśnie od takiego bolesnego ugryzienia. Wkurzyłam się, ochrzaniłam delikwentkę i schowałam cycki do stanika. Jeszcze wtedy niczego więcej nie planowałam. A tymczasem Laura się rozpłakała i po chwili zaczęła sobie wkładać do buzi rączki (jak słodko wyglądała....bidulka, pewnie tak też zasypia u niani). Oczy zaczęły jej lecieć więc się nie ruszałam i czekałam, aż zaśnie sama. Po nie więcej niż 5 minutach dziecko moje spało. Z jednej strony byłam przeszczęśliwa, że oto po raz pierwszy zasnęła bez cycka, ale z drugiej jej widok, taki żałosny, gdy paluszkami próbowała zastąpić sobie cycka, okropnie mnie rozczulił... No, ale następnego dnia postanowiłam zostawić sentymenty na boku i iść za ciosem. Podobnie jak poprzedniego dnia położyłyśmy się na łóżku, tylko że tym razem w ogóle nie wyciągałam cycków. Laura tym razem jednak zareagowała inaczej. Zaczęła spazmatycznie płakać, ciągnąć mnie za dekolt, a gdy nie ustępowałam, uciekła z łóżka i pobiegła naskarżyć tacie :-] Gdy wróciła z H. zmieniliśmy się, ale z H. w ogóle nie chciała leżeć na łóżku. H. ją nosił i tak właściwie to zasnęła, ale... no właśnie - nie o to chodziło! Znaczy się nie chcę, by zasypiała noszona na ręcach, przecież to nie tak ma być... gdy H. odłożył ją do łóżeczka od razu się przebudziła i zaczęła dziki ryk. Poszłam do niej mając nadzieję, że jest już tak wymęczona, że gdy położę się obok niej to od razu zaśnie, ale doopa. Bez cycka się nie obyło. I tak też było wczoraj i będzie pewnie dzisiaj. Nie wiem co robić. Próbować dalej czy może to jeszcze nie jest nasz moment? Nie chcę jej robić traumy... mam nadzieję, że uda nam się odstawić za obupólną zgodą.

W żłobku Laura daje sobie radę. Mamy jednak pierwszego chłopca - troublemakera. Gdy niedawno odprowadzałam Laurę do niani, ta otworzyła nam drzwi w asyście małego Antka. A Laura na to uczepiła się mojej nogi i nie chciała wejść do środka. Niania z lekkim zażenowaniem powiedziała mi, że Laura się go boi. Oczywiście zaczęłam drążyć temat. Mały Antek podobno stosuje końskie zaloty - próbuje Laurę "przytulić" i inne takie i ma problem z niezdarnością. Małemu pomachałam groźnie palcem, ale jak to dalej wygląda trudno powiedzieć. Laura od tamtego razu nie stawała murem w progu żłobkowych drzwi, niania nic nie wspominała nowego więc mam nadzieję, że delikwent sobie odpuścił.

Poza tym jest ok, chociaż jej uśmiech gdy widzi mnie gdy po nią przyjeżdżam mówi mi, że musi jednak tęsknić i myśleć trochę o mnie. 

Z czym jeszcze zmagamy się oprócz powyższych?

Ano Laurencja znowu wróciła do zjadania syfów z podłogi, w tym moich włosów. A już o tym zapomniała! Nauczyliśmy ją takie znaleziska wyrzucać do kosza, co bardzo jej się podoba, ale wciąż często pożarcie ich jest dla niej większą pokusą. Ręce mi opadają.

Poza tym nabrała brzydkiego nawyku wylewania zawartości szklanki zamiennie z wypluwaniem. Specjalnie. Marudzi, bo chce się czegoś napić, a gdy dostaje szklankę do ręki natychmiast wylewa zawartość albo sobie spektakularnie ulewa. Jakby była ciekawa jak płyn będzie spływał na podłogę. 

Więcej jej grzechów chwilowo nie pamiętam. Jest słooodka. A z jaką troską zajmuje się Agnieszką, naszą lalką-bobaskiem. Lula ją mówiąc aaaaa i daje buziaka. Niestety wózek, do którego sama też lubiła wchodzić, musieliśmy wczoraj skonfiskować, bo Laura zaliczyła wywrotkę. I tak wózek jest niesamowicie solidny, bo pomimo jej akrobacji przewrócił się po raz pierwszy. Ale H. się wkurzył i wózek schował. Za jakiś czas wyciągniemy.

A, i jeszcze jedzenie. Z tym gorzej, ale zwalam to trochę na upały. Przede wszystkim mamy dziecko wegetariankę. Mięsa nie ruszy i nawet najbardziej zmielone wyczuje jak radar. Zupy podobno ze smakiem zjada u niani, w domu w weekendy odmawia. Musi byc ryż, makaron albo frytki. Także ten... za bardzo się nie rozwijam kulinarnie. Przy tym wszystkim największym hitem jest jogurt, taki zwykły, naturalny. Laura to jogurtożerca, jak jej tatuś. Widać od razu te tureckie korzenie... Zjada naprawdę duże porcje i nigdy nie odmawia :))





Jedną z ulubionych zabaw Laury jest ostatnio grzebanie w kamieniach. Moje dziecko potrafi ponad godzinę przebierać, wybierać, przesypywać, przekładać, oglądać... :) Całe szczęście mamy blisko park, a tam sporo kamieni ;-)