niedziela, 18 grudnia 2016

O tym jak zostaje się Turczynką itp.

Kolejny tydzień za nami, a obiecałam sobie, że będę uważać z zaległościami.

W skrócie więc ostatnie 7 dni.

W niedzielę przyjechał do nam mój tato. Gdy stanął w drzwiach Laurze dosłownie zaświeciły się oczy. Natychmiast rzuciła mu się na szyję i nie odstępowała na krok. Dziadek był mega pozytywnie zaskoczony, a miłość dziadka i wnuczki rozkwitła na nowo. Po godzinie harców mój tato spływał potem, a Laurencja była wniebowzięta :) Zasnęła w 3 minuty :D

Gdy obudziła się w nocy kazała natychmiast zaprowadzić się do dziadka. Na nic zdały się nasze tłumaczenia, że jest noc, że śpimy, że dziadek śpi. Trzeba było do dziadka iść i pokazać, że chrapie. Dopiero wtedy pozwoliła położyć się z powrotem spać.

W poniedziałek przy naszym wychodzeniu z mieszkania jednak się rozpłakała, ale tata opowiedział nam potem, że rozpacz trwała 2 minutki. Cały dzień szaleli, a skalę tych szaleństw mogę sobie tylko wyobrazić skoro Laura odmówiła południowej drzemki po raz pierwszy w swoim życiu! Tata mówił, że około 18 nagle zamknęła oczy na kanapie, ale wtedy już było za późno na takie spanie, więc obudził ją szybko głośną rozmową ;-) Laura dotrwała do naszego powrotu kilkanaście minut po 20. Oczywiście znowu padła w 3 minutki :)

A my? Cóż, fajnie było spędzić cały dzień w drodze i do tego z mężem. Prawie jak za dawnych czasów :-) Droga do Warszawy przyjemna, bo przez cały czas autostradą. Pomimo długiej trasy nie czuliśmy zmęczenia. Przez niemal całą drogę ćwiczyłam turecki hymn, bo podobno czasem proszę o odśpiewanie ;-) a ja nienawidzę być nieprzygotowana. Hymnu uczyłam się na studiach, ale kiedy to było... Jest mega trudny - w połowie słowa kończy się jedna linia melodyczna i zaczyna druga, zupełnie nie pasowało to moim europejskim uszom. Do W-wy przyjechaliśmy jednak za wcześnie, postanowiliśmy więc sprawdzić czy pewna gruzińska restauracja jest tak zajebista jak to pani Gessler twierdziła ;-) Okazało się, że smacznie, ale bez szału. Z pełnymi brzuchami jednak na spokojnie obraliśmy kierunek na ambasadę. Gdy przyjechaliśmy nikogo tam nie było, szybko jednak poczekalnia zapełniła się kolejnymi petentami. Niestety okazało się, że nie jesteśmy pierwsi w kolejce - większość nowoprzybyłych wróciło po dokumenty, po które wnioskowali rano. A wiec czekanie, czekanie, czekanie. Potem, gdy wreszcie przyszła nasza kolej zaczął się następny etap czekania - aż przygotują nasze dokumenty. Oczywiście udało im się podnieść mi adrenalinę informacją, że nie mamy tłumaczenia przysięgłego jednego z dokumentów, a wcześniej twierdzili, że jest niepotrzebne. Całe szczęście mieliśmy potwierdzenie w postaci maila od nich, co niezwłocznie pokazaliśmy ;-) Postanowili więc pójść nam na rękę - jednak turecka biurokracja choć podobnie uciążliwa jest bardziej przyjazna petentom ;-) W międzyczasie przewertowaliśmy wszystkie ulotki i wydania o Turcji dostępne w poczekalni. Przykre było odkrycie specjalnych ulotek informujących o tym jak i gdzie informować o atakach rasistowskich :-( Czekanie umilano nam tureckimi herbatkami. W końcu zjawił się konsul, rozmowa z nim trwała po 5 min ze mną i z H. Był bardzo pozytywnie zaskoczony moją znajomością tureckiego, zamiast więc mnie maglować zrobił nam szybki sprawdzian z historii naszej znajomości, a że na szczęście H. pamiętał datę naszego ślubu to raczej zdaliśmy na 5. Potem poinformowano nam, że wysyłają wszystkie papiery do Turcji, możemy więc spodziewać się decyzji za... jakieś 6-7 mcy (!!!). No, ale oni już nam gratulują. Hue, hue. To tyle by było z mojego obywatelstwa.

We wtorek musiałam już zawieźć Laurę do niani, bo tato miał pociąg około 11. Laura nie mogła się zdecydować czy iść ze mną czy lepiej zostać z dziadkiem w domu. Ostatecznie jednak zdecydowała zostać, czyli musiałam po raz pierwszy wyciągać ją z mieszkania na siłę i w płaczu wieźć do niani :-( Było mi mega ciężko ją tak zostawić choć wiem przecież, że na pewno szybko jej przeszło :-((

Środa, czwartek, piątek - to tak naprawdę jedna masa. Laura zaczęła mówić "Oja" na koleżankę Olę z grupy u niani, w domu mówi "cho" (chodź) i "ić" (idź). Mówi też "iś" (miś) i "ko" (kot). Nie nazywa, ale gdy my mówimy i po polsku i po turecku potrafi pokazać oczy, nos, uszy, usta i włosy.

W piątek przywiozłam ją od niani w dobrym humorze, a gdy przyszła kolej kąpieli nagle diabeł w nią wstąpił. Nie dość, że był wrzask o wszystko, kąpać sie nie chciała, ubierać się nie chciała to jeszcze zaczęła znowu łapać się z uszy... Profilaktycznie zakropliłam jej kropelkami, które na tą okoliczność dostałyśmy wcześniej od lekarza, ale i tak usypiałam ją chyba z 2 godziny, po czym i tak budziła się co 10 minut. A ja padnięta po pracy i piątkowym sprzątaniu mieszkania. Aaaa! W nocy było źle.... 

Laura ma brzydki nawyk bicia. Bije nas po twarzy, potrafi zadrapać, uszczypnąć. Tak nagle, bez powodu. Wcześniej krzyczałam, od dzisiaj staram się bez większych emocji mówić i tłumaczyć, ze tak nie wolno, że oj oj i nie pozwalać uderzyć. Oby to zadziałało. W czwartek nagle uderzyła mnie w nos wbijając przy tym pazury, tak że poleciała krew. To, że jest ała i że mamę boli nie robi na niej większego wrażenia... Wiem, ze to bunt i że minie, ale bożżżże jak czasami cieżko to znieść!

A tymczasem za tydzień Święta!!! Jejjj, jak to zleciało! Poniedziałek mam wolny i robię sobie dzień dla siebie, a co! Plany mam ambitne, bo muszę rano wyskoczyć na szybkie zakupy świąteczne, uzupełnić prezenty dla H. i dla Laury, mam już umówiony masaż i chciałabym jeszcze napić się kawy i w spokoju poczytać książkę z Bożym Narodzeniem w tle :-) Trzymajcie kciuki by się udało.





niedziela, 11 grudnia 2016

Zima, zima i 26.mc

Nie wiem jak to się stało, że mamy już grudzień. Tak naprawdę to czuję się jakby dopiero co lato się skończyło, a tymczasem w tv pokazują śnieg w Polsce (u nas niestety albo wcale nie ma albo natychmiast się topi), Święta zaglądają nam w oczy.

Z jednej strony sporo się u nas dzieje, z drugiej gdy pomyślę jak to wszystko opisać do głowy przychodzi mi jedna wielka nudna szara masa. 

W ostatnim czasie 
- zaliczyłam zapalenie spojówek. Boże, ile ja się namęczyłam. W dodatku, gdy dopiero choroba się rozwijała i myślałam, że to tylko jakiś zatkany kanalik łzowy zapobiegawczo poszłam do lekarza, jak się później okazało konowała. Nie dość, że przepisał mi lekarstwa, których nigdzie nie mogłam dostać to jeszcze nawet nie zapytał mnie czy czasem nie pracuję przed komputerem, a co za tym idzie czy nie mam ochoty na L4. Ja sama nie zapytałam, bo wtedy nie bolało mnie jeszcze tak bardzo. Dopiero, gdy wróciłam do pracy i obwieściłam kolegom i koleżankom moją diagnozę wszyscy spojrzeli na mnie z grozą w oczach, bo to podobno okropnie zaraźliwe - nie wiem, pierwszy raz miałam. Suma sumarum, nikogo nie zaraziłam, a co się namęczyłam przed kompem przez 2 dni to moje. Dobrze, że potem był weekend i jakoś mi przeszło...

- Laura jeszcze bardziej rozkręciła się z gadaniem. Mówi teraz więcej po polsku, ale myślę, że to tylko chwilowe. Do laurowego słowniczka co chwilę dołączają nowe słówka. Mamy "cho - chodź", "ma - masz", wreszcie "tak" ;), "kuje - dziękuję", a dzisiaj nawet coś jakby "bałwan" :)

- Przeżyliśmy dosłowny kołowrotek naszych priorytetów w związku z nową sytuacją w mojej pracy. Cóż, długa historia, którą niekoniecznie chcę tutaj opisywać, ale suma sumarum wszystko ponownie stanęło pod znakiem zapytania, a przede wszystkim nasz pobyt we Wrocławiu... Oczywiście w związku z tym o zakupie mieszkania możemy na razie zapomnieć, nie wiem nawet co zrobić jeśli Laura jednak dostanie się w najbliższym czasie do jakiegoś żłobka, do którego wpisałam ją na listę rezerwową...  Początkowo to był dla mnie szok, potrzebowałam trochę czasu, żeby się z tą myślą oswoić. H. dał mi niesamowite wsparcie, dzięki któremu łatwiej to przyjęłam, ale kolorowo nie było. Oczywiście może być też inaczej, lepiej, ale jednak bardziej prawdopodobna wydaje się ta druga opcja... Także ten... kto wie, może nawet do Krakowa wrócimy, bo W-wa jakoś tak daleka nam się wydaje...

- Byliśmy na balu mikołajkowym, a tym samym Laurencja na pierwszym w swoim życiu. Imprezę organizował pracodawca H. - uroki pracy w korpo ;-) W każdym razie bardzo się postarali, było mnóstwo atrakcji, milion balonów walających się dosłownie wszędzie, dmuchańce, domki, bujawki, a w końcu kącik Mikołaja, Królowa Śniegu w roli prowadzącej, a w końcu sam Mikołaj i prezent dla każdego smyka, które rodzice wybierali wcześniej z listy. Miejsce też było magiczne, aczkolwiek w tej całej gonitwie nie przyjrzałam się bliżej co to właściwie był za budynek. Wejście przypominało teatr, nawet czerwona kotara się znalazła. Pięknie oświetlone, normalnie atmosfera jak z bajki. Tuż przed pojawieniem się Mikołaja pani prowadząca "połączyła się z nim" by dopytać gdzie dokładnie jest. Mikołaj odpowiedział, że jest już na dachu i lada chwila będzie u nas i wierzcie mi - nawet 10-latki zadzierały głowy do góry by popatrzeć na dach :D Gdy przypomnę sobie moje bale mikołajkowe w brzydkich salach, z biednymi komunistycznymi dekoracjami i brzydkim Mikołajem w okropnej masce i to jakie emocje we mnie wywoływały, jaką magię w tym wszystkim widziałam, to naprawdę nie jestem w stanie pojąć co teraz przeżywają "obecne" dzieci :-) Najlepszą odpowiedzią była zresztą Laurencja sama w sobie - po prostu a m o k. Nasza córcia na widok tylu atrakcji absolutnie zdziczała, przez cały pobyt tam mieliśmy z nią totalny brak łączności. Biegała, skakała, rzucała balonami, nagle obierała kurs w innym kierunku, a my szybko za nią lawirując między balonami, dzieciarnią i biegającymi za nimi rodzicami. Zabawy grupowe organizowane przez panią prowadzącą raczej jej nie interesowały. W ogóle inne dzieci mało ją interesowały. Totalnie oszalała na punkcie balonów, potem dmuchańców i plastikowych domków - dokładnie w tej kolejności. A my po 30minutach już ledwo żyliśmy. Wciąż w półskłonie goniąc za dzieckiem, oślepieni pulsującymi świątecznymi światełkami, ogłuszeni dziecięcym nawoływaniem tuż do mikrofonu "Mikołaaajjuuuu!!!", zirytowani ciągłym "na dmuchańca-ściągaj buty, z dmuchańca-zakładaj buty, do basenu z piłeczkami-ściągaj buty, z basenu-zakładaj buty" że przyznam, ledwo wytrzymaliśmy do wręczania prezentów. Poza tym Laura wystąpiła w stroju Myszki Minnie, który tak nasze dziecko naelektryzował, że nie dość, że włosy Laury sterczały jak jakaś aureola, to przy każdym jej dotknięciu byliśmy rażeni prądem :D Do odbierania prezentów dzieci były wywoływane, już więc oczami wyobraźni widzieliśmy jak rzucam się do dmuchańca wśród dzieciarnię by szybko wyjąć swoją mizerię i zanieść ją do Mikołaja zanim wszyscy zaczną się niecierpliwić. A jak było? Gdy zaczęło się wyczytywanie Laura wkroczyła na etap II swojego zdziczenia i na próbę np. wyciągnięcia jej z plastikowego samochodu reagowała dzikim wrzaskiem. Pięknie, nieprawdaż? Suma sumarum gdy padło koślawe Laura Kari-ija i nasze nazwisko również z błędem Laurencja tkwiła właśnie w samym środku materiałowego tunelu, do którego ja - matka ze swoimi gabarytami na pewno bym nie wlazła :-] H. musiał szybko zwinąć tunel z jednej strony, a ja chapłam Młodą i już bez butów pognałam do Mikołaja. Ten na Laurencji nie zrobił większego wrażenia. Zapewniłam za Młodą, że tak, była grzeczna (Boże, wybacz!), schwyciłam torbę z prezentem i szybko w długą. Laura była już tak zdziczała, że gdy tylko postawiłam ją na podłogę, żeby obejrzeć prezent, ta natychmiast uciekła w balony. No i wtedy właśnie szybko podjęliśmy decyzję o ewakuacji. Laura najpierw niby trochę oponowała, ale potem już w szatni grzecznie zaczęła współpracować, by w samochodzie totalnie zamilknąć, a w domu unieruchomić się na kanapie, co do naszej hiperaktywnej córci było całkowicie niepodobne. A my z niedowierzaniem przekonaliśmy się, że jednak da się ją zmęczyć :)

A teraz aktualizacja, bo ten post piszę już 2. tydzień.

Aktualnie jesteśmy na etapie kolejnej choroby. Tą akurat przywlekł H, potem przeszło na Laurę, a dzisiaj także na mnie. W czwartek gdy przyjechałam po Laurę ta jak zwykle spacerowała z nianią przed jej domem. Niby wszystko ok, ale już w samochodzie zauważyłam, że moje dziecko jest podejrzanie ciche - nie wiem jak niania nie mogła zauważyć, że Laura ma gorączkę. W domu ponad 38 i tak przez całą noc. Nie pozostało nic innego jak wziąć L4 i pobawić się w domową pielęgniarkę. A miałam urwać się wcześniej z pracy i załatwić świąteczne prezenty.... :-////

Teraz już Laurze i H. jest lepiej, ja natomiast czuję jak totalnie się ZNOWU rozkładam. Tegoroczna zima daje nam mocno po d....

Tymczasem jutro przyjeżdża do nas mój tato by w poniedziałek zająć się Laurencją, gdy my pojedziemy do W-wy złożyć oficjalnie dokumenty i odbyć rozmowę z konsulem w sprawie mojego tureckiego obywatelstwa. Trzymajcie kciuki, właśnie sobie przypominam turecki hymn, a zaznaczyć trzeba, że do łatwych to on nie należy, oj nie!

Moje ulubione zdjęcie z naszej świątecznej sesji




A tu już na balu mikołajkowym. Jedno z nielicznych normalnych zdjeć, do których udało mi się złapać dziecko.



niedziela, 20 listopada 2016

Coraz trudniej...

... tak, coraz trudniej jest mi znaleźć czas na blogowanie. A do opowiadania mam mnóstwo laurowych historii, tylko niestety, niespisywane natychmiast ulatują w niepamięć...

Przejdę więc od razu do spraw bieżących, bo gdy pomyślę o kolejnym odrabianiu zaległości to wszystkiego mi się odechciewa ;-)

Laura rozkręca się z gadaniem. Teraz jej ulubioną zabawą jest zadawanie nam po milion razy dziennie pytania "cio to?". I tak ja powtarzam po polsku - lampa, telewizor, cycek, ciastko, a H. powtarza po turecku. Na razie potakuje na nasze wywody, ale jeszcze nie kwapi się męczyć z powtarzaniem. Czasem coś tam bąknie ni stąd ni z owąd jak ostatnio do tureckiego dziadka podczas rozmowy na skypie wypaliła "DEDE!!!" i podbiegła do kamery z otwartymi ramionami :) ale to jeszcze raczej rzadkość.Częściej przyjmuje nasze nauki w milczeniu potakując tylko głową. 

A, no i pies, czyli "bibi" został przemianowany na "łała" czyli moje dziecko zaczyna kumać słowa dźwiękonaśladowcze.

Co poza tym? Ostatnio ciężki okres mieliśmy. Wiecie jak spędziliśmy weekend listopadowy? 

My z Laurą rozpoczęłyśmy go już hucznie w piątek po południu gdy w aucie tuż przed zjazdem do garażu (dzięki Bogu!) Laura się porzygała. Boże, ile ja się wtedy strachu najadłam. Zdarzyło się to w takim momencie, że nie mogłam się zatrzymać od razu i wypiąć ją z fotelika, na awaryjnych światłach dojechałam do domu modląc się by się nie zachłysnęła w międzyczasie.

A potem poszło lawinowo - jedno rzyganko, drugie, trzecie. Cała noc z rzygankiem w tle. Pościel zmieniałam pierdyliard razy. Zaraz następnego dnia niania potwierdziła nasze najgorsze obawy - jelitówka, pozostałe dzieciaczki też się ponoć pochorowały. Straszne to było widzieć moje dziecko, tak zazwyczaj żywe, padnięte totalnie i bez jakiejkolwiek energii i siły leżące spokojnie w łóżeczku i zasypiające gdzie popadnie. 

A gdy Laurze się zaczęło poprawiać, padłam ja. Potem H. Reakcja łańcuchowa. Masakra.

Po jelitówce przyszedł męczący katar i bolące gardło. I tak do dzisiaj.

Weekend minął nam spokojnie, w domu, na nieskończonych przytlaskach i buziakach dla naszej 2-latki. Słodycz sama w sobie. Jutro poniedziałek i zaczyna się kolejny 5-dniowy wir, a ja już za Nią tęsknię.

Cudowną córeczkę mam, wiecie?

Wczoraj byliśmy na świątecznej sesji. Mieliśmy w tym roku odpuścić, bo ta zeszłoroczna porządnie nas wystraszyła. Do dziś pamiętam laurowy wkurw na sztuczny śnieg, jej dzikość, zirytowanie i poczucie totalnego wyczerpania po ponad 3 godzinach pozowania. Ostatecznie jednak dałam się ponieść chwili i zamówiłam nam sesję tym razem w studio, nie u nas w domu i dokładnie umówiłam się z panią fotogram by sesja nie trwała dłużej niż godzinę. Zmieściliśmy się w 45minutach. Laura fajnie współpracowała, kładła misie spać, dmuchała piórka - zabawa przednia. Już nie mogę doczekać się efektów :-)



wtorek, 1 listopada 2016

Na szybko

Macie rację - mało mnie tu, zdecydowanie za mało i jestem tego świadoma. Ale mój obecny świat tak pędzi, tak zasuwa, że nie nadążam. Wiem, że to taka moja wada, że staram się w niczym nie odpuszczać, w niczym co dotyczy moich najbliższych i przez to z tego wolnego czasu, który mi pozostaje, dla mnie nie ma już nic. 

Od ostatniego posta minęło tyle czasu, że już nawet nie pamiętam co było po kolei. Jak myślę sobie o tym czasie to jedyne co przychodzi mi do głowy to jeden wielki młyn - praca, korki, pichcenie na szybko obiadów, wieczory z Laurą, kolejne poranki, pośpiech, pośpiech i jeszcze raz pośpiech z jesienią i coraz gorszą pogodą w tle.

Może lepiej przeskoczę od razu do spraw bieżących.

Jesteśmy u moich rodziców. H. zdesperowany naciskami swojego pracodawcy by wykorzystał wreszcie pozostały mu urlop (a trzymał go na wyjazd do Turcji, tyle że do tego potrzebuje karty pobytu w Polsce, a tu procedura trwa i trwa już 7 mcy), wziął sobie cały ten tydzień, a ja poniedziałek i środę - jutro i tak stwierdziliśmy, że jest to na tyle długie "wolne", że warto się do dziadków przejechać. Nie pamiętam już kiedy ostatnio było mi dane spędzić to święto w rodzinnym domu. Oczywiście z Laurą wszystko jest inaczej.

Przyjechaliśmy w sobotę rano. Laurencja wyczuła chyba co się kręci i obudziła się już o 5 rano. Po szybkiej naradzie zdecydowaliśmy wykorzystać tą wczesną pobudkę i wyjechać z Wrocka zanim wszystkie korki rozkręcą się na dobre. Tu na miejscu Laura szaleje. Tyle osób pod ręką, no i dziadek... Dziadek wielka miłość. Ich głupiznom nie ma końca. Do tego pieski, ciocia, babcia i my, gdzieś na szarym końcu. Oczywiście staramy się łapać z H. te wolne chwile, ale w tym całym rozgardiaszu jak zwykle nie ma ich zbyt wiele. Fajnie jest mieć inne osoby, które w dowolnej chwili można poprosić o chwilę  uwagi na Laurę by np. ze spokojem iść do kibelka, z drugiej strony jednak większa powierzchnia mieszkania i przede wszystkim fakt istnienia schodów, po których Laura co prawda wchodzi coraz lepiej, ale nigdy nie wiadomo, sprawia, że wciąż za nią biegamy. Nie to co 60mkw we Wrocławiu na jednym poziomie - z pozycji kanapy ogarniamy prawie całe mieszkanie więc Laura biega samopas na totalnym luzie. Tu wciąż coś - Laura rusza w kierunku schodów, my za nią, chce jej się pić - biegnij na dół do kuchni i tak w koło. Udało mi się z tego wyskrobać wizytę u fryzjera i szybkie kino z mężem i siostrą ;-)

Poza tym Laurze uaktywniło się jakieś mega wzmorzone cyckowanie, którego przyznaję z ręką na sercu mam coraz bardziej dość. To już nie tylko rano i w nocy. Teraz, gdy Laura ma mnie cały dzień potrafi co 30min przyjść, rozwalić mi się na kolanach i ciągnąć za dekolt. A ja czuję się coraz bardziej umęczona. Do tego dodajcie sobie wiadomo-jakie spojrzenia pozostałych domowników i możecie sobie wyobrazić jak się czuję. Właśnie przed chwilą H. zapytał (chyba bardziej retorycznie) co bym powiedziała na to, że on tu zostanie z Laurą do weekendu, a ja wrócę sobie do nich w piątek. Wiecie, tak na poczet odstawiania od piersi. Odpowiedziałam, że nie widzę problemu, tyle że ma się zastanowić czy na pewno chce tego co go czeka. I usłyszałam, że chyba nie chce :-D Nom. Uwielbiam te wszystkie złote rady nie mające do naszej sytuacji absolutnie żadnego odniesienia. Prawda jest taka, że w tym całym odstawianiu jestem sama jak palec i tak się właśnie czuję.

A z bardziej pozytywnych spraw??? Ciocie drogie, Laurencja GADA. Gada jak nakręcona, wciąż po swojemu, ale coraz bardziej zrozumiale. Powtarza to co jej mówimy i ciekawa jest słów. Pokazuje paluchem na różne przedmioty i chce byśmy je nazywali. No przełom, mówię Wam. Do "nie" dołączyło "jest", "mama" nie myli się już z "babą" (tur. tata), mamy "psa", "ko" (końcówka imienia psa cioci), jest i sama "ciocia" i dużo dużo więcej. No i wszystko skubana rozumie, po polsku i po turecku. Nie ma problemu z komuniakatami typu "idź do pokoju i przynieś chusteczkę". Zadziwia nas na każdym kroku.



sobota, 8 października 2016

24mc raz jeszcze czyli bilans i reszta

Wreszcie mam czas by coś napisać i zdradzić więcej szczegółów z laurencjowego życia. Wiecie jak znalazłam ju temu sposobność? Ano rozchorowałam się. Tak nagle zupełnie. W poniedziałek, gdy usiadłam w pracy za biurkiem nagle poczułam jak ogarnia mnie totalny niedowład, normalnie flak, zero energii, zero siły, okropnie bolące gardło i ziiiimmmmnnnoooo! A ja to raczej zmarzlak nie jestem. Myślałam, że to jakieś chwilowe przemęczenie więc uzgodniłam, że we wtorek będę pracować z domu (całe szczęście, że mam taką możliwość). W domu we wtorek, gdy po zawiezieniu Laury do niani odpaliłam komputer nagle gorączka skoczyła mi do 38. No dramat... W ruch poszedł Fervex i inne specyfiki. W środę był już tylko stan podgorączkowy, ale gardło to była istna tragedia. Bolało mnie tak, że nic nie mogłam przełykać, nawet ślinę wypluwałam do kubka :( Skończyło się na tym, że H. jak zwykle postawił mnie do pionu, że mam dzwonić po lekarza. Wczoraj więc usłyszałam wyrok: angina ropna, bleeeeh... Od wczoraj jestem więc na L4, dzisiaj wreszcie odzyskałam ciut siły. 

W takich chwilach myślę sobie jak to dobrze, że jeszcze karmię Laurę, bo odpukać, Małej na razie nic nie jest. W końcu jako pierwsza dostała przeciwciała. H. niestety właśnie zaczął narzekać na okropny ból głowy...

Ale do brzegu.

Laura skończyła 2 lata i znowu bardzo się zmieniła. 

Oczywiście bunt trwa dalej, ale bywają też i te słoneczne dni ;-) Przede wszystkim zauważyliśmy, że gdy Laura zje ładnie obiad w domu, szanse na dobry humor na resztę dnia znacznie wzrastają. Taaak... już od dłuższego czasu obserwuję, że Laura wraca od niani głodna. Już w samochodzie zaczynają się lamenty, gdy mam coś pod ręką, to szybko zjada i chce więcej, w domu od razu próbuje wspiąć się na krzesełko do karmienia i wściekła jest, że żarcie niegotowe. Do tego niania, choć codziennie pytana potwierdza, że wszystko ok - ładnie śpi, ładnie je - to ni stąd ni zowąd obniżyła nam stawkę żywieniową o prawie 50%, za co oczywiście jestem jej bardzo wdzięczna, ale chyba domyślam się co za tym stoi. Laura po prostu musi u niej jadać naprawdę mało! W sumie to wszystko pasuje - jeśli trzymają się swojego planu dnia, to pierwsze danie, czyli zupę, zjadają jeszcze przed drzemką, czyli około 11. Zupy Laura generalnie lubi, więc myślę, że ją zjada... Po drzemce jest drugie danie, a że Laura je tylko ryż/makaron/frytki to pewnie tylko podziubie to co jej podadzą. Nic dziwnego, że gdy ją odbieram o 16:00 jest już na maksa wygłodzona. 

Pomimo tego w domu nie zawsze zje obiad. Martwi mnie to, bo wkraczamy wtedy w błędne koło: Laura jest zła, bo jest głodna - daję jej obiad, którego nie zje, bo jest zła - jest dalej głodna, czyli jest dalej zła. Ehhh... czasem mam ochotę wyskoczyć przez okno, w szczególności gdy samopoczucie nie najlepsze. Tak właśnie było w poniedziałek, gdy moja choroba się zaczęła. Laura płakała non stop, nie chciała nic jeść, nawet frytek, ostatecznie poszła spać na głodniaka o 19.

Kiedy jednak uda mi się namówić ją na posiłek, dziecko tryska humorem do samego końca dnia. Ostatnio mam wrażenie, że i ją znudził wciąż makaron i ryż. We wtorek H. klepał nadgodziny, więc gdy odebrałam Laurę od niani od razu usiadłyśmy do obiadu. Pomyślałam, że zrobimy coś inaczej i ustawiłam na dywanie jej stoliczek z krzesełkiem i nakryłam dla nas obu. Na obiad był pilaw w wersji z kukurydzą i kotlecik z kurczaka. Laurze dałam oczywiście sam ryż. Mnie już wtedy gardło okropnie bolało więc ledwo przełykałam twarde kawałki, a Laura tymczasem zerknęła na mój talerz i siup zwędziła mi kurczaka z talerza :-) Musicie sobie wyobrazić, jakie to na mnie wrażenie zrobiło, bo Laura odmawia mięsa w każdej postaci, nawet najbardziej zmielonej. Nie zjadła go może w zawrotnej ilości, ale najważniejsze, że spróbowała i polubiła, bo sięgała po niego jeszcze kilka razy. 

Nasza pediatra, która przeprowadzała bilans Laury stwierdziła, że osoby z grupą krwi B bardzo lubią nabiał. No i to by się zgadzało, bo Laura wciąż uwielbia jogurt. Poza tym radziła nam podawać rybę co najmniej raz w tygodniu. Buahahhahahah. Z rezygnacją na twarzach powiedzieliśmy, że nawet mięsa nie rusza. Tym mięsem to ja się akurat tak nie przejmuję, bo sama jako dziecko też za nim nie przepadałam. Ryb nie jadłam w ogóle do bodajże 10 roku życia. Jednak fajnie byłoby, gdyby Laura chciała popróbować coś nowego, bo naprawdę upierdliwe jest gotowanie codziennie tego samego.

Skoro jestem już przy bilansie - byliśmy na nim w poniedziałek. Boszsz, w ten dzień wszystko szło na opak. Ja już czułam sie fatalnie. Wizytę mieliśmy wyznaczoną na 17:15, czyli totalnie na styk. Liczyłam na to, że niania podwiezie Laurę na naszą ulicę jak to kilka razy w tygodniu robi gdy pasuje jej odbiór jej dzieci ze szkoły. Niestety zadzwoniła, że muszę podjechać do niej do domu. A na trasie do jej domu są zawsze takie megakorki, że głowa mała. Pogoda deszczowa, Laura w beznadziejnym humorze. Lamenty zaczęły się już w aucie. Do domu zlądowałyśmy chyba o 16:45. Szybko podgrzałam jedzenie dla niej, które przezornie już ugotowałam dzień wcześniej. A Laura zamieszała w nim dwa razy łyżką i "nie", a potek ryyyk... Boże, jak ja się umęczyłam. Całe szczęście, H. wrócił z pracy akurat gdy szykowałyśmy się do wyjścia, bo ja nie miałam już nawet siły wziąć ją na ręce. U lekarza oczywiście moje dziecko zmieniło się w aniołka. Druga sprawa, że nasza pani doktor jest naprawdę świetna, ma super podejście do dzieci. Żadnego otwierania buzi na siłę, trzymania za czoło, itp. Pani doktor zagaduje dziecko i wszystko negocjuje, Laura również fajnie współpracowała i nawet buzię otworzyła bez problemu. Nasza córcia rozwija się prawidłowo, ma 84cm (no, ale my też jesteśmy trochę kurduple) i waży 11.3kg (a ja nosząc ją mam wrażenie, że dwa razy tyle), co z całej tej centylowej magii stawia ją na 50. 

A co z naszych domowych spostrzeżeń?

Laura po prostu tryska energią, jest niesamowicie ruchliwa. Jej ostatnią ulubioną zabawą jest urzędowanie na oparciu kanapy i, olaboga, skakanie z niej, całe szczęście przy asekuracji mamy i taty. Tak, ryzykantem to ona nie jest. Staje na oparciu, a potem wyciąga rączkę do mamy i drugą do taty. Dopiero wtedy szykuje się do skoku. 

Uwielbia się stroić. Gdy przynoszę jej do domu coś nowego natychmiast chce to ubrać :-) no i tak jak mama uwielbia buty ;-) zakłada nowe buciki, przechadza się kilka razy po domu, a potem staje, jedną nóżkę podpiera palcami o podłogę i przekomicznie ogląda się do tyłu jak bucik wygląda z tyłu/boku :-)

Rozkręca się z gadaniem. Stara się powtarzać słowa i zabiera się nawet za "do widzenia" :-) O to gadanie wypytwała nas też pani doktor i po raz kolejny muszę ją pochwalić za podejście, że nie robiła z igły widły, gdy przyznałam, że bardzo mało. Myślę, że teraz z mową będzie z górki, bo zauważyliśmy też, że Laura bardzo lubi śpiewać :-) hiciorami ostatniego miesiąca jest wejściówka z Wissper z MiniMini i z Małych Odkrywców. Przy tych drugich Laura kręci kuperkiem nawet, gdy akurat zakładam jej pampka.

No a z pamkowaniem to ten... mam wrażenie, że gdybym była z nią w domu to Laura byłaby już odpieluchowana. Widzę, że u niani zużywa już znacznie mniej pampersów, ale wciąż jeszcze je potrzebuje. Kupy już od dawna nie robi do pieluszki. Na siku też woła, ale gdy ściągam jej pieluszkę najczęściej już jest po ptakach.

Bardzo mądra i rezolutna z niej dziewczynka :-)

Pierwsza konsumpcja lodów.
Gdy patrzę teraz na te sandałki i letnie ubranka, aż nie mogę uwierzyć, że było to niecały miesiąc temu!



sobota, 1 października 2016

2. urodziny OMG!

I tak oto Laurencja jest już oficjalnie 2-latkiem!

Przedwczoraj nasza solenizantka obchodziła swoje święto, a ja co chwilę podciągałam ze wzruszenia nosem :-)

Już od rana co chwilę sobie myślałam "ahh 2 lata temu o tej porze zwijałam się w bólach", "o tej porze wyjeżdżaliśmy z porodówki" itp :-)

Laura rano tryskała dobrym humorem, po południu jednak nie było już tak różowo. Musieliśmy naprawdę bardzo się starać by nie pokłócić się z dzieckiem w dniu jej urodzin...

Ale gdy w końcu dała się namówić na jedzenie (bo najpierw był wkurw, że głodna, potem, że dostała do jedzenia nie to co chciała) i przyszedł czas na prezent, dziecko było wniebowzięte.

Kupiliśmy Laurze kuchenkę, przy której szalała jeszcze po kąpieli :-) Dziecko dostało kawał urodzinowego tortu i było przeszczęśliwe. 

Na razie impreza była kameralna, tylko w naszym gronie, ale na pewno zorganizujemy jeszcze powtórkę urodzin z dziadkami, ciocią, prababcią...

W poniedziałek idziemy na bilans 2-latka, będzie więc okazja do postu i ponadrabiania zaległości blogowych ;-)

Szczepienie w każdym razie zaliczone i Laura po raz kolejny okazała się bohaterką - w ogóle nie płakała :)))

...




Bączku nasz kochany, jesteś naszym słoneczkiem, naszym największym szczęściem. Bądź zawsze szczęśliwa i pamiętaj jak bardzo Cię kochamy. 

Mama & Tata

sobota, 24 września 2016

Mamy jesień

Jak w temacie - a wraz z nią jakiś taki melancholijny nastrój, który nam wszystkim się udziela.

Aż nie mogę uwierzyć, że jeszcze 2 tygodnie temu kąpaliśmy się w zewnętrznym basenie i odpalaliśmy klimatyzację w pokoju...

Jest chłodno, jest deszczowo. 

Odpukać w niemalowe, w taką pogodę troszkę lepiej sypiamy. Laura oczywiście budzi się jak zwykle, ale przytulona do cycusia szybciutko zasypia z powrotem. W nocy jest już naprawdę zimno i Laura pozwala się nawet przykryć kołdrą :)

Jak już jesteśmy przy tym zasypianiu to mamy nową zmianę... Laura zaczęła nałogowo podgryzać cycusia. Hę... przy pełnym uzębieniu mojego dziecka możecie sobie wyobrazić jaką adrenalinę czuję za każdym razem gdy przystawiam ją do piersi... Najgorzej jest wieczorem przy zasypianiu - właśnie wtedy gdy wydawałoby się, że Laura prawie śpi lubi sobie sieknąć, a ja chcąc nie chcąc uciekam z cyckiem, moje dziecko na to wybucha płaczem i ze spania nici... Ostatecznie wołam do pomocy H. i tym sposobem od dwóch dni mam bonusowe 30 minut dla siebie przed tv gdy tata usypia córkę ;-)

Tak, wiem, czas już kończyć, ale powiedzieć to jedno, a zrobić drugie :S

Z jesiennych klimatów mamy już zaliczone zbieranie kasztanów i buszowanie w kolorowych liściach. Poza tym dynia czeka na kuchennym blacie. Szkoda tylko, że z wszystkich domowników to ja najbardziej się na nią cieszę.

Z najnowszych niuwsów... mamy nowy wypadek Laurencji. Ehhh mówię Wam, coraz trudniej jest ją okiełznać. Moje dziecko to żywioł. Wieczorem, gdy padamy ze zmęczenia na twarz Laura normalnie chodzi po suficie. Wspina się na oparcie narożnika i skaaacze jak kamikadze. Dochodzę do wniosku, że nasze dziecko za bardzo nam ufa. Co prawda skacze tylko wtedy, gdy jesteśmy obok, ale już nie pofatyguje się by upewnić się, że na nią patrzymy. Wychodzi z założenia, że skoro mama siedzi obok to na pewno ją złapie. Mówię Wam, czujność na najwyższych obrotach.

Ale do brzegu. Bodajże w środę, gdy tylko odebrałam Laurę od niani zaczęły się awantury w samochodzie - wiecie, nasz chleb powszedni - codzienność z buntującym się dwulatkiem. Pasy zapnie ONA, a najlepiej to NIE zapnie, fotelik PARZY itp. Gdy wreszcie dotarłyśmy z garażu do mieszkania (ja z milionem toreb, Laura stająca co 2 metry i becząca "łaaaa" i wyciągająca rączki bym wreszcie wyciągnęła swoje zapasowe 2 ręce i raczyła ją w końcu wziąć), zostawiłam tylko torby i myśląc, że zrobię dziecku przyjemność krótkim spacerkiem obrałam kierunek do apteki, gdzie nieogarnięty kurier zostawił dla mnie przesyłkę. Niosłam Laurę płaczącą na rękach, a gdy wreszcie się uspokoiła postawiłam na chodniku. Kurde... zrobiła chyba z dwa kroki i jak nie grzmotnęła na chodnik... widziałam wszystko jak w zwolnionym tempie i tylko widoku jej rączek zostawionych daleko z tyłu nie mogę zapomnieć. Gdy ją pozbierałam oczywiście był płaaaacz, a ja szybko oceniałam straty - nos zdarty, skóra pod nosem też i do tego kreeew.... Laura miała krwotok z nosa więc szybko pobiegłam z nią do apteki i tam opatrywałam dziecko :S kolejny pierwszy raz. O dziwo, lament długo nie trwał. A aptece był kącik dla dzieci, do którego zapłakana Laura od razu wystartowała więc gdy ona bawiła się zabawkami ja wycierałam jej krew. Nos jednak szybko przestał krwawić, a pani farmaceuta ku mojej bardzo średniej radości (przed obiadem byłyśmy!) dała Małej lizaka na pociechę więc Laura była chyba nawet szczęśliwa. W każdym razie, gdy H. wrócił do domu na widok córki nogi się pod nim ugięły...

No to tyle. We wtorek mamy zaległe szczepienia - DTP i Hib. Po bodajże pięciu telefonach do naszej przychodni w końcu udało mi się ustalić co przegapiłyśmy. Normalnie aż za Turcją zatęskniłam, gdy zawsze na tydzień przed terminem szczepienia dzwoniła do mnie pielęgniarka z przypomnieniem. Na szczepienie idziemy same i czuję lekką adrenalinę na myśl o tym jak ogarnę całkiem silną już Laurę przy trzech wkłuciach... Liczę na to, że bajki w telefonie zdziałają cuda. Trzymajcie kciuki ;-)









piątek, 16 września 2016

I po wakacjach...

No i koniec tego dobrego. Jak było? Cudownie, wspaniale, przepięknie!!!

Wypoczęliśmy, całe dni spędzaliśmy na zielonej trawce obserwując Laurencję wesoło brykającą w swoim zamku*.

*W hotelowym ogrodzie jedną z atrakcji był plastikowy zamek. Laura go uwielbiała. Niby nic specjalnego, a jednak bardzo przypadło jej do gustu. W krótkim czasie rozkminiła jak może sama wspinać się na zjeżdżalnię, a wtedy zabawa zaczęła się na dobre. Dla nas bajka - z bezpiecznej odległości obserwowaliśmy poczynania naszego szczęśliwego dziecka nie musząc podnosić czterech liter z leżaków ;-) 

Z wszystkich dzieci przebywających w hotelu (a było ich naprawdę sporo z racji, że hotel baby-friendly) Laura spędzała na tych ogrodowych atrakcjach najwięcej czasu. Jednym zdaniem - dogadalismy się tym razem z dzieckiem. Nam za bardzo nie chciało się łazić po górach z takim szkrabem, Ona najszczęśliwsza była na placu zabaw. Przewspaniale było obserwować to jaka jest szczęśliwa, uśmiechnięta, jak wesoło podskakuje i wtula się w nas. 

Chwile rozpaczy przeżywaliśmy tylko wtedy, gdy jedno z nas musiało się oddalić - Laura natychmiast żałośnie krzyczała "mama/baba" i wpadała w płacz albo gdy przychodziła pora posiłku. W ciągu całego pobytu udało nam się zjeść razem w trójkę zaledwie raz - zdesperowana nasypałam Laurze do miseczki różne rodzaje płatków, w tym kakaowe kuleczki a'la nesquick co bardzo jej się spodobało. Zajęła się więc eksploracją płatków łyżeczką i bez ;-) a my szybko pałaszowaliśmy śniadanie. Gorzej było gdy komuś kończyła sie kawa - Laura na widok oddalającej się mamy/taty nie była zadowolona ;-)

Poza tym... rośnie nam mała zazdrośnica. Tak, to słodkie maleństwo z loczkami aniołka potrafi też się wkurzyć na maksa i opieprzyć intruza, który śmie wejść/dotknąć/niebezpiecznie zbliżyć się do obiektu, ktory Ona uzna akurat za swój. Własny. Prywatny. 

Tym sposobem za każdym razem, gdy inne dziecko próbowało wejść do wspomnianego zamku przeżywaliśmy chwile grozy, bo Laura ani myślała odpuścić. Jednego chłopca tak wystraszyła, że do końca pobytu nie chciał się do niej zbliżyć. 

Wśród dzieci była jedna Zoja. Przychodziła na plac z mamą, ale mama zaraz wyciągała telefon i zaczyna telekonferencje, oczywiście służbowe, a my, pozostali rodzice musieliśmy ich słuchać. Na dziecko oczywiście za bardzo nie spoglądała. A Zoja to było zło wcielone. Złośnica. Wlazła Laurze do zamku i wszystko robiła jej na złość. Gdy Laura otwierała okienko, Zoja z trzaskiem zamykała, gdy Laura zamykała drzwi, ta z impetem je otwierała. No wojna. Moje delikatne upomnienia, że muszą się dogadać i żeby w części przypadków ustąpiła Laurze zbywała bezczelnym "nie-e". No już mi się chciało krzyknąć do jej mamy "ej, kobieto, chodź tu i ogarnij swe dziecię", gdy nagle Laura tak się rozdarła, że Zoję normalnie wryło. Mnie zresztą też. Wtem córka moja otworzyła zamkowe drzwi i pokazując na nie energicznie palcem krzyknęła "hyym!!!" No, i wszyscy zrozumieli. Zoja zgłupiała i pobiegła do mamy. Laurze przybiłam piąteczkę :-P

Cudownie było leżeć na zielonej trawce, biegać po niej na bosaka. Pluskać się w ogrodowym jacuzzi choć Laurze akurat najbardziej spodobało się (olaboga) skakanie do basenu. Tego dużego wewnątrz hotelu też. Kupiliśmy jej kółeczko z tą "wkładką" między nogi, ale nie chciała w nim siedzieć. Wolała u nas na rękach, ale nie na długo. Po pewnym czasie zaczęła odpychać nas od siebie, no bo ona sama przecież!!!! Żałowałam, że nie wyposażyliśmy się w pływaczki, ale wydawało mi się, że Laura jest na nie za mała... Potem jakimś sposobem wpadła na to, że fajnie jest skakać do basenu. Ale mama/tata nie ma asekurować, dotykać, łapać. No mówię Wam, kamikadze. Basen nie był co prawda głęboki, ale dla nas, nie dla Laury, która nawet w części dla bejbików miała wodę po szyję.

Co jeszcze co jeszcze...

A, na rowery się wybraliśmy. To był trochę fall-start bo po raptem godzinie wróciliśmy do hotelu. Laura co prawda siedziała w foteliku bardzo spokojnie, co utwierdziło mnie w przekonaniu, że możemy pomyśleć o rowerze plus krzesełku dla niej (bo ja bardzo lubię na rowerze jeździć :)). Gorzej było z nami. Okazało się, że najłatwiejsza trasa rowerowa to ta po stronie czeskiej, a my ze względu na H. nie mogliśmy przekroczyć granicy. No niby zielona i nikt nie sprawdza, ale mój odpowiedzialny mąż od razu zaczął gdybać, że gdyby się nie daj Boże zdarzył jakiś wypadek, cokolwiek, to mielibyśmy spore kłopoty no i po co... Jeździliśmy więc po okolicy, ale kurde... No niby te Izerskie to niskie góry, ale jednak dały nam tak w kość, że ledwo zipieliśmy. Same góry i pagóry, nawet w samym Świeradowie.

Do ostatniej chwili zastanawialiśmy się czy nie przedłużyć pobytu, ale ostatecznie zdecydowaliśmy się wracać do Wrocławia. Powrót do rzeczywistości był mega bolesny. Cała nasza trójka wpadła w jakąś taką powakacyjną deprechę. Dźwięk przejeżdżających non stop pod naszymi oknami samochodów działał dodatkowo przygnębiająco... Następnego dnia mieliśmy jeszcze z H. urlop, ale chciałam Laurę znowu "wdrożyć" w pobyty u niani więc troszkę później ją do niej zawieźliśmy, a sami rzuciliśmy się w wir załatwiania spraw "do załatwienia kiedyś tam". I tym sposobem zaliczyliśmy sąd - w końcu udało mi się po raz kolejny rozpocząć proces zdobywania dokumentów potrzebnych do złożenia wniosku o tureckie obywatelstwo, potem bank... Tak. Pobyt w Świeradowie i dobrodziejstwa natury, ogrodu uzmysłowiły nam to o czym pobąkujemy od dłuższego czasu - potrzebujemy domu. Z ogrodem. Nie, wciąż nie wiemy czy to we Wrocławiu zostaniemy na zawsze, ale czekać już nie chcemy. A więc znowu: właśnie teraz, mimo wszystko. Do poważniejszego działania przystąpimy pewnie wiosną, ale już teraz rozglądamy się za nowymi inwestycjami i sprawdzamy oferty kredytowe.

Potem kino. No kurde, ostatni raz byliśmy w grudniu :-) Bilety mieliśmy darmowe z H. pracy, dziecko zaopiekowane więc wio na film. A tam stwierdziliśmy, że jak na złość nic nie wydaje się dla nas ciekawe. Ostatecznie zdecydowaliśmy się na Ben-Hura z założeniem, że jak nam się nie spodoba to wyjdziemy, ale film oglądało się całkiem przyjemnie :-) 

Laurę odebraliśmy od niani wcześniej - podobno wszystko było ok, Laura ładnie jadła, spała, no cud miód orzeszki. Tiaa... ledwo dojechaliśmy do domu, zaczęło się lamentowanie. O wszystko ryk. Zero apetytu. W pewnym momencie, gdy siedzieliśmy przy stole H. zwrócił uwagę, że Laurze głowka opada. Tak marudziła, że w końcu nie wytrzymałam i podałam jej pierś choć od bardzo długiego czasu już nie cycamy w dzień. A tu nagle Laura dosłownie w 3 minuty odleciała... Ok, postanowiliśmy, że damy jej 40 minut i obudzimy, potem będziemy bawić się do upadłego. A tymczasem minęło 40 minut i Laura nawet nie drgnęła choć spała w salonie, przy dźwięku tv, przy świetle, przy nas rozmawiających. Gdy ją obudziliśmy był jeden wielki dramat. Płacz, płacz i jeszcze raz płacz. Szybko ją wykąpaliśmy i położyliśmy spać. Przygotowani byliśmy na jazdy w nocy, w najlepszym wypadku na bardzo wczesną pobudkę, a tymczasem Laura przespała... do 8!!! Od 18:00...

Dzisiaj jednak już funkcjonuje normalnie, a więc wracamy do codzienności. Dzisiaj byłam już w pracy ponadrabiać zaległości. Dobrze, że właśnie zaczął się weekend i znów możemy spędzić czas razem. Byle tylko pogoda dopisała (choć na to nie wskazuje), bo chcemy się wybrać na Festiwal Krasnoludków! 





Twierdza naszej córci










Nostalgia na balkonie :-) Ja też lubiłam tam siedzieć i wsłuchiwać się w odgłos górskiego sturmienia.

Wyczailiśmy nawet w okolicy całkiem niezłą grecką restaurację. Dania prawie jak tureckie więc mąż zadowolony ;-)

A tu już po powrocie czekając na windę do mieszkania... :-(((


poniedziałek, 12 września 2016

Laura w górach

Zległości mnóstwo, ale lecę z bieżącymi niuwsami, bo inaczej i te odejdą w niepamięć.

Tak, zaczął się wrzesień, wróciłyśmy do niani. Może bez wielkiego entuzjazmu, ale dajemy radę. 

Musieliśmy z H. zweryfikować nasze urlopowe plany, bo pozwolenia na pobyt niestety w dalszym ciągu brak :((( czyli nasz wyjazd za granicę gdziekolwiek okazał się tylko marzeniem. A już myśleliśmy o tym by z braku laku odwiedzić Turcję i spędzić tam zaczynające się dzisiaj Święto Ofiary... Niestety. Polska biurokracja skutecznie nam to uniemożliwiła. Swoją drogą oszalałabym chyba gdyby przez turecką biurokrację nie mogła przylecieć do Polski na Święta...

Byliśmy już o krok od kolejnego przesuwania naszych urlopów, ale ostatcznie H. stwierdził, że on jednak go chyba potrzebuje. Ok, w takim razie szybko zarezerowaliśmy jakiś nocleg, ale nasze rozterki się wcale nie skończyły. W środę laurowy nos zaczął wieczorem ciec, w czwartek mieliśmy już regularny glut, a w piątek ja zaczęłam kichać by w sobotę totalnie opaść z sił. Ale jak powiedziało się A to trzeba i rzec B. Poza tym drugi człon naszej docelowej miejscowości dodawał mi nadziei, że będzie dobrze. I tym oto sposobem od wczoraj urzędujemy w Świeradowie-Zdroju i jest cudnie! Hotel trafił nam się przepiękny i bardzo baby-friendly. Jest mnóstwo aktrakcji dla takiej drobizny jak Laurencja - place zabaw, basen kryty i podgrzewany na zewnątrz, sala zabaw, rowery, itp. Jest super, pogoda trafiła nam się jak z bajki. Tuż pod naszym balkonem przepływa górski strumyczek, miód cud orzeszki. 

Jedynym naszym zmartwieniem są posiłki, podczas których w Laurę wchodzi diabeł wcielony. Dziecko nasze wśród ludzi na widok jedzenia po prostu dostaje szaleju. Nie chce nic jeść, wydaje z siebie zwierzęce dźwięki, kradnie sztućce z innych stołów i wali nimi o podłogę. Jest wkurw, jest płacz, jest źle, bardzo źle. Jemy więc na zmianę :-( Szkoda, bo jedzonko też pyszne, ale nie dane nam jest się nim delektować. Z nieukrywaną zazdrością spoglądamy na rodziny z innymi maluchami grzecznie siedzącymi w swoich krzesełkach i ładnie otwierającymi paszczę. 

Jesteśmy tu do środy choć mamy ochotę pobyt przedłużyć... 

Bywajcie!







piątek, 9 września 2016

23!

Tak, tak, znowu z opóźnieniem, ale inaczej się nie dało. W pracy ostatnio istne urwanie głowy, w domu nie lepiej. Do odrobienia mam cały sierpień, który postaram się wkrótce streścić w jakimś przydługaśnym poście. Na razie jednak podsumowanie laurowych zmian, bo aż szkoda zostawić to na wieczne zapomnienie.

W 23. miesiącu swojego życia Laurencja z pełną parą weszła... w bunt dwulatka. Tak, drogie mamy, już wiem o co kaman. Już wiem co to znaczy odklejać swoje dziecko od ściany, na którą rzuca się z rozbiegu, już wiem jak to jest ratować dziecko od autodestrukcji, gdy to wali swoją piekną malutką główką o podłogę. Chwilami jest tak ekstremalnie ciężko, że naprawdę nie wiemy co robić. Niestety nie zawsze udaje nam się zachować spokój, choć obiecaliśmy sobie jeszcze wczoraj, że ten cel stawiamy sobie za nadrzędny. 

Oczywiście najlepsze jest to, że nasze dziecko przy innych jest oazą spokoju, wzorem zachowania itp. Ale gdy na horyzoncie pojawiamy się my... to bez kija nie podchodź. Mój tato, który opiekował się Laurą sam przez prawie 3 tygodnie nie mógł się nachwalić jakie grzeczne dziecko mamy. 

Co oprócz tego?

Przyznam, że przy buncie 2-latka reszta wydaje mi się pierdołami, ale ok, spisuję ku pamięci:

- laurowa noga urosła nagle o 3 rozmiary. Zupełnie mi ten skok nie wpasował się w harmonogram bucikowych zakupów, bo nagle wszystkie 20 stały się za małe, 21 zupełnie przeskoczyliśmy, a 22 jest już na styk, więc trzeba kupować 23. Na jesień buciki sfinansował dziadek i najpierw zbyt ufni radom pani sprzedawczyni wróciliśmy do domu z 22. Laura jak na panienkę przystało zaraz zabrała się za przymierzanie :) wtedy też do myślenia dało mi to z jaką trudnością wciskam jej stópkę w but. Na następnych zakupach musieliśmy jednak wymienić butki na 23. Ciężko się zdecydować, bo 22 jest jej dobre akurat-na-teraz, a 23 ciut za duże, no ale jesień dopiero się zaczyna, no nie?

- Laura pięknie rysuje i bardzo to lubi. Poprawnie trzyma kredki i uwielbia rysować nimi po skórze :-) gdy zaczynamy zabawę pisakami tatuaż na rączce obowiązkowo musi być. Zanim zabierze się za rysowanie po nas kiwając wymownie głową pyta o pozwolenie :-)

-bez większego problemu potrafi założyć sobie butki. Oczywiście nie zawsze udaje jej się założyć but na właściwą nogę, ale potrafi wsunąć go na stopkę i zapiąć

- etap "ja sama" jest w pełnym rozkwicie. Niemal codziennie kłócimy się rano i po południu na trasie samochód-dom o to, która z nas otworzy/zakluczy drzwi, zapnie pasy w foteliku itp. Nie jest łatwo.

- nagle Laura zaczęła jeść łapkami. Sztućcami posługuje się całkiem sprawnie, ale po obróceniu kilku kęsów łyżką/widelcem Laura grzecznie oddaje narzędzia i zabiera się za jedzenia na sposób hinduski. Ręką je makaron, ryż, nawet jogurt. Bywa ciekawie ;-)

- jest o nas bardzo zazdrosna i nie lubi gdy się przytulamy.

- na pieski, kotki i ogólnie na większość rzeczy mówi "dzi". Kotki i pieski wzbudzają jej największe zainteresowanie. Pieski są "łała" a kotki "ko" ale te drugie tylko od wielkiego święta. Na codzień to po prostu "dzi".

- jest mistrzem obsługi telefonu i tabletu. To akurat wcale nas nie cieszy, ale bywają chwile gdy bez tych gadżetów ciężko przeżyć. Szybkość z jaką uczy się nowych rzeczy jest niesamowita. Laura potrafi sobie tablet włączyć, odblokować ekran, z kilkunastu ikonek na pulpicie wybrać menu i otworzyć youtube, a tam wybrać ulubione bajeczki. A jeszcze nie ma 2lat!!!!

- naukę nocnikowania trochę pokrzyżował nam powrót do żłobka. Poza tym dziadek chyba niezbyt często ją sadzał na nocniku, babci szło lepiej ;-) Nie mam jednak do nikogo pretensji, bo gdy Laura ma TEN humor absolutnie odmawia wszystkiego, w tym siedzenia na nocniku. Tak czy inaczej gdy wracamy do domu ubieram ją w majteczki, ale niestety nie woła już tak ładnie jak to było niedawno. Przed kupą owszem daje znać, ale siku najczęściej leci po nogach, jeśli sami nie przypilnujemy.

- w dalszym ciągu żyje o makaronie, ryżu i jogurcie.

- ma już naprawdę długie włoski, ale za nic nie pozwala sobie wpiąć spinki czy związać kitki. Włosy niemiłosiernie wpadały jej do oczu więc ostatecznie obcięłam jej grzywkę (choć wcale tego nie chciałam). Dla zabawy przynosi mi gumkę i każe robić sobie kitkę, ale zaraz po tym ją ściąga.

- nieustannie poluje na moje okulary, co doprowadza mnie do szału!!!

- uwielbia bawić się piłeczką i legowym konikiem brykając  wesoło "i-haa!" :-)

Resztę zostawiam na później, bo tyle rzeczy do opisania, a ten post piszę już czwarty dzień.





czwartek, 25 sierpnia 2016

Koniec lata :(((

Melduję, że żyjemy. Cieszymy się latem i obecnością dziadków na zmianę :) Laura szczęśliwa, że codziennie urozmaicamy jej plan dnia kilkugodzinnymi zabawami w parku, że do zabawy jest nas więcej i że nie musi wstawać z nami o 7. Tak, tak… obecność dziadków na miejscu to niekończące się zalety…
Z Laurencji zrobił się mały przytulaśnik. No wciąąąż się tuli, znienacka obejmuje mi nogę, przykleja łepek do ramienia, atakuje buziakiem, słodzizna mała :)

Najgorsze są tylko te poranne pożegnania. Najlepiej to chyba wychodzi, gdy uda nam się wyjść do pracy, gdy Laura jeszcze śpi. Podobno gdy się budzi woła mamę, ale szybko akceptuje stan rzeczy i zajmuje się bajkami i swoimi sprawami. Jednak gdy zaraz po obudzeniu widzi, że my już szykujemy się do wyjścia jest rozpacz. Bo ona chce poranne przytulaski, a my w pośpiechu. Bo chce iść z nami a tu nie można… Całe szczęście, ta jej rozpacz nie trwa podobno długo po naszym wyjściu, ale wiecie jak się wtedy czuję.

Sprawy nie ułatwia trochę mój tato, choć wiem dobrze, że ma dobre intencje. Gdy wracam do domu stara się mnie we wszystkim wyręczać, a mnie każe spędzać czas z córką “bo ona bardzo za tobą tęskni, gdy ją opuszczasz”. No wiem, ja też, ale ja jej nie opuszczam, do pracy tylko idę! Źle się z tym czuję, wiem, że wyrzuty sumienia są tutaj absurdalne, ale i tak lekkie odczuwam.

Pogoda daje nam tymczasem coraz bardziej znać, że lato się kończy, a zbliża jesień.

Oczywiście na wyprzedaże się mocno spóźniliśmy (a mówiłam!) i tym sposobem wczoraj wyposażyliśmy Laurencję w jesienne obuwie. Tym samym zauważyliśmy, że w bucikach, które do tej pory nosiła odkształciło się wgłębienie na duży paluszek czyli shit shit shit zakładaliśmy dziecku za małe buty. Swoją drogą trochę mnie zamurowało, gdy zdałam sobie sprawę, że laurowa nóżka nagle urosła prawie 3 rozmiary! Buciki jesienne załatwione, buciki do niani załatwione, ale te, które Laura nosi teraz najczęściej, czyli adidaski, wolałabym kupić jej wiosną, bo pewnie przez zimę znów jej stópka urośnie. Teraz mamy rozkminkę czy są jej za małe czy nie… Zdaje się, że w sam raz, ale jestem już przewrażliwiona.


Poza tym planujemy nasze wakacje. Tak tak jeszcze nie były nam dane. Ale ciężko nam to idzie, bo mamy mega pecha, że w maju H. skończyło się pozwolenie na pobyt i musiał złożyć wniosek o nowy. A musicie wiedzieć, że jest to droga krzyżowa, bo nie dość, że trzeba wykazać milion pięćset dokumentów, przeżyć wizytę straży granicznej i wypytywanie o nas naszych sąsiadów, których prawie nie znamy, to jeszcze średni czas oczekiwania to teraz 6 mcy!!!! A przez ten czas H. nie może wyjeżdżać z Polski i przez to właśnie jesteśmy uziemieni. Marzyły nam się Włochy albo Majorka, a ostatecznie nawet i Turcja, ale pozwolenia wciąż nie ma więc nasze plany na wakacje we wrześniu trzeba będzie chyba ponownie odłożyć…

Wrzesień... aż trudno mi uwierzyć, że już za tydzień zaczniemy z Laurą tą całą poranno-popołudniową gonitwę. Stanie w korku na trasie do/od niani, strach czy zdążę odebrać Laurę na czas, budzenie jej rano i wyciąganie na siłę z ciepłego łóżka... Aż brzuch mnie boli na samą myśl o tym :(



Tak umilamy naszemu Bączkowi czas w deszczowe dni. Myśleliśmy, że znudzi się po 5 min. a tymczasem Laurencja w pełnym skupieniu jeździła przez bite pół godziny i pewnie miała ochotę na więcej :) Tata też się wybawił, a co ;-)