piątek, 27 lutego 2015

Moje sekrety

Jakiś czas temu zostałam zaproszona przez Malwinę do zabawy polegającej na wyjawieniu kilku swoich sekretów. Malwinko, przepraszam, że tak długo zwlekałam z tym postem, ale oprócz całego zamieszania związanego z naszą przeprowadzką i kilkoma aktualnymi tematami, których nie chciałam przekładać, post o sekretach był dla mnie nie lada wyzwaniem! :) 

Ale do dzieła!

1. Jestem ryzykantem...

I w sumie to w sobie lubię :-) Chcę tu jednak sprostować - ja nie lubię ryzyka. Naprawdę. Jestem typem, który lubi mieć wszystko poukładane, zaplanowane, obmyślone i w dodatku nie cierpię niespodzianek. Ale gdy przychodzi do jakiegoś wyzwania - idę niemal w ciemno. Często lekceważąc niebezpieczeństwo. Samotna podróż autem w śnieżycę? - Jadę. Rejs po brunatno-błotnym jeziorku w czasie ulewy w zalanej powodzią Kambodży? - No pewnie! Wejście do klatki z tygrysem? - Bułka z masłem! Pogłaskanie dzikiej małpy, której ugryzienie bywa bardzo nieprzyjemne w skutkach? - A jakże! Na szczęście jak do tej pory udało mi się uniknąć większych obrażeń, przybyło mi natomiast całe mnóstwo przygód różnej treści ;-) oraz... wiele kłótni z H na koncie., który pod tym względem nie wykazuje żadnej skłonności do przeżywania przygód z dreszczykiem. Czasem jednak udaje mi się go namówić i potem mamy o czym rozmawiać przez kolejny rok!

Po wylądowaniu w Kambodży. Ja - zachwycona, H. - z przerażoną miną i wyrzutami pt. "gdzieś ty mnie przywiozła".

Stwierdziłam, że skoro lokalesi zachowują się normalnie to znaczy, że nie ma się czego bać :-]

No i takie widoki miałyby mnie ominąć? No way!

Na dzień dobry dostałam opieprz od opiekuna tygryska, że zbliżam się niebezpiecznie blisko paszczy :-D
Małpa już nie miała właściciela więc mogłam z nią robić co chciałam ;-)


2. Jestem turkologiem i autorem pewnego słownika :-)

Wiem, że to brzmi kosmicznie, ale wierzcie, wcale takie nie jest :-] Turecki uważam za język prostszy od angielskiego. Jego nauka zajęła mi zdecydowanie mniej czasu i choć język ten jest tak bardzo różny od znanych nam języków europejskich, jest mi niesamowicie bliski - tak bliski, że często najlepiej potrafię się wyrazić właśnie w nim, a nie w języku angielskim czy nawet polskim. Przygoda ze słownikiem była z kolei trochę przypadkowa i z racji, że nie lubię się chwalić, nie wspomniałam o tym dokonaniu nikomu na studiach :-)



3. Mam kiepski kontakt ze swoją jedyną siostrą

I strasznie mi z tego powodu przykro, bo bardzo ją kocham i przez całe lata błagałam rodziców by zdecydowali się na drugie dziecko. Niestety z racji na to, że od wielu lat mieszkam daleko od rodzinnego domu, trudno jest mi tą relację poprawić. Siostra jest młodsza ode mnie o całe 12 lat i choć staram się być "na czasie" to coraz trudniej odnajduję z nią wspólne tematy. Oczywiście sytuację nie ułatwia niezwykle skomplikowany charakter mojej siostry i choć zawsze staram się wykazać maksimum wyrozumiałości i doskonałej pamięci, aby nie zapomnieć jak to "wół cielęciem był", zdarza się, że zwyczajnie się na nią wściekam. Poza tym zazdrosnym okiem patrzę na to jak świetnie H. dogaduje się ze swoją siostrą - żeby było zabawniej - młodszą o całe 15 lat!




4. Marzę o podróży dookoła świata

Uwielbiam podróże, małe, duże, zaplanowane i spontaniczne, na bogato w 5* hotelu i te backpackerskie z maksymalnym oszczędzaniem na noclegach i dojazdach po to by jak najwięcej zobaczyć. Oczywiście zdaję sobie sprawę, że z wizją podróży dookoła świata mogłam się pożegnać w chwili, w której zostałam mamą, ale z wyjazdów do miesiąca czasu nie zamierzam rezygnować. Oczywiście jeszcze nie teraz, ale gdy Laura podrośnie to kto to wie, gdzie nas poniesie. Apetyt mam w każdym razie spory. Marzy mi się wyprawa do Ameryki Południowej, nie pogardziłabym też Tybetem. Z pewnością na niektóre wyjazdy zabiorę też córeczkę i gdy ona sobie teraz słodko śpi, ja podczytuję blogi o podróżach z dziećmi :-)



5. Uwielbiam jeść i gotować

Co też niestety po mnie widać :-D Ale dla przyjemności jedzenia, mogę zrezygnować z tytułu najgorętszej laski w okolicy! :-P Uwielbiam eksperymentować w kuchni, próbować nowe smaki, nawet gdy wiem, że nie należą do najlepszych. Pod względem jedzenia życie w Turcji niezwykle mi pasuje, bo 1) tureckie jedzenie jest po prostu bajeczne, 2) Turcy uwielbiają biesiadować i nie mają najmniejszych wyrzutów sumienia zamawiając ogromną porcję baklawy o godzinie 23 i 3) regionalne jedzenie jest tu bardzo popularne, a dzięki temu, że Turcja to jednak spory kraj, jego różnorodność jest naprawdę do pozazdroszczenia. Co więcej, Turcy nie widzą nic dziwnego w weekendowej podróży samolotem na drugi koniec kraju po to by zjeść tamtejszy kebap czy spróbować lokalnego deseru. Bardzo mi się to tutaj podoba i z wielką przyjemnością się w tym zakresie asymiluję :)

Pyszności z Adany, do której wyskoczyliśmy na weekend
Taaakie tosty jada się w Turcji :-D (dla ścisłości: to nie od nich brzuch tak mi urósł)

6. Zostanę licencjonowanym płetwonurkiem!

Tak sobie obiecałam, bo nurkować po prostu uwielbiam! Pod wodą czuję się jak w innym świecie, to naprawdę nie do opisania... Myślę jednak, że i tutaj odzywają się moje ryzykanckie skłonności... Niestety jak dotąd nie miałam czasu zaliczyć kursu nurkowania i zawsze odkładam go na bliżej nieokreśloną przyszłość po to, by później znaleźć się w jakimś kolejnym raju dla płetwonurków i przypomnieć sobie, że niestety mogę sobie ponurkować tylko za rączkę z instruktorem lub ewentualnie posnurkować z fajeczką i tyłkiem na powierzchni :-]





Zapraszam wszystkich chętnych do zabawy :-)

PS. Laura po raz pierwszy przewróciła się dzisiaj z brzuszka na plecki :)

PPS. Wynajęliśmy mieszkanie - ufff...


poniedziałek, 23 lutego 2015

Zaczynamy odliczanie

Piszecie mi jak zaskoczone jesteście obrotem spraw u nas i wiecie co? Ja też tak się czuję :) Ale wierzę, że takie spontaniczne decyzje często okazują się bardzo dobre i choć kolejna przeprowadzka oznacza dla nas ponownie urządzanie się praktycznie od nowa, a to wszystko z niespełna 5-miesięcznym niemowlakiem, IDĘ NA TO. Kto się boi żelaza, ten nie wsiada do pociągu - jak mówi tureckie przysłowie, a ja choć wad mam pewnie sporo, to tchórzem nigdy nie byłam.

Na razie dni mijają mi na obmyślaniu logistycznej strony przeprowadzki. Jeszcze się nie pakuję, choć chętnie bym zaczęła ;-) Z listy zadań do wykonania odhaczyliśmy do tej pory zakup biletów - i tak 8 marca (taki sobie prezent na dzień kobiet lajsnęłam, a co!) moja stopa postanie na polskiej ziemi. I to na dłużej, hue hue! Zakup biletów nie był taką prostą sprawą, bo nie mieliśmy najmniejszej ochoty powtarzać trasę przez Berlin. Postawiliśmy więc na jeden samolot i dłuższą trasę autem. Tym sposobem zakupiliśmy bilety na charter z Antalyii, do której mamy około 4h jazdy samochodem, ale za to polecimy prosto do Poznania. Tak naprawdę to bilety mamy w dwie strony i żeby było śmieszniej to z Polski do Turcji i z powrotem :) Inaczej się nie dało, ale przewoźnik zapewnił, że nie będzie problemu, gdy zrezygnujemy z pierwszego przelotu.

A poza tym z grubszych rzeczy musimy jeszcze:

- wynająć tureckie mieszkanie

- sprzedać samochód

Przyznam, że przy tych dwóch zadaniach wizja pakowania walizek wydaje mi się kaszką z mleczkiem :-] Tym bardziej, że mamy tu teściów więc rzeczy, których nie potrzebujemy natychmiast, możemy ze spokojem zostawić do zabrania przy okazji późniejszych odwiedzin. Ale spokojnie, jakoś to ogarniemy.


Ehh będziemy tęsknili za tymi widokami. Ale miejsce, do którego się przeprowadzamy też jest piękne!



W międzyczasie żegnamy się pomału z Turcją. H. niemal codziennie wieczorem herbatkuje z rodzicami. Ja z kolei z większym sentymentem rozglądam się dookoła podczas spacerów, z większą przyjemnością podjadam tureckie przysmaki.


Ostanio hitem u nas jest pide z chwastami :) Tak, tak, z chwastami. Nasza tutejsza babcia jest specem od tych spraw, chodzi z koszem w góry i zbiera przeróżne zioła, które ja nazywam po prostu chwastami, bo wierzcie mi na słowo, za takie właśnie w Polsce uchodzą. A jakie pyszne te chwasty! Teraz już inaczej spoglądam na to, co porasta nasze polskie pobocza :D W Turcji jada się nawet pokrzywę - dodaje się ją do sałatek i zup. Ja osobiście nie przepadam, bo ma szorstkie liście, ale podobno jest niesamowicie zdrowa. Pide z kolei to rodzaj tureckich placków pszennych, zamiennik pizzy, który nadziewa się różnymi rzeczami, ale najczęściej mięsem mielonym, czasem z jajkiem lub żółtym serem.


Pide z mięsem można zjeść w większości tureckich restauracji. Te z ziołami jednak chyba tylko na wsi, w restauracjach w każdym razie nigdy się nie spotkałam. Pide nikt nie robi tutaj w domu. Przygotowuje się tylko nadzienie, następnie zanosi do pobliskiej piekarni i tam za niewielką opłatą przyrządzają na zamówienie takie pyszności. Smak świeżych ziół na cienkim chlebku - po prostu wspaniały :-)


Tymczasem Laura dwa dni temu zauważyła, że ma stopy. Wykorzystuje teraz każdą okazję by je złapać, a że te fikają w najlepsze na wszystkie strony, nie jest to takie proste zadanie :D


Wraz z tym odkryciem doszła nam jeszcze jedna umiejętność. Otóż panna Laurencja śmieje się w głos! Ścigamy się więc teraz z H. w małpowaniu przed córką, bo rozśmieszają Ją rzeczy zupełnie przeróżne, nigdy więc nie wiadomo co załapie. Na razie największym pewnikiem jest samolocik, ale też wczoraj na przykład był opieprz od matki za zwalenie kupy po kąpieli :D



środa, 18 lutego 2015

Nie uwierzycie, ale...

Przeprowadzamy się do Polski :D :D :D :D :D :D :D :D :D :D :D :D 

I to już za 2,5 tygodnia :)

Moją głowę rozsadza milion myśli pt. jak się spakować, co wydać, co wyrzucić, co sprzedać, dlatego też mało mnie ostatnio w blogosferze. W dodatku wyskoczyło mi zlecenie, od kogoś, komu po prostu nie mogłam odmówić i przez to w czasie drzemek Laury (oczywiście na moich kopytach, a jakże), przytulam szybko laptopa i klepię medyczne tłumaczenie... więc same rozumiecie - lekko nie jest. Wieczorami jestem ledwo żywa.

Szczegóły co i jak wkrótce :) Na razie napiszę tylko, żebyście trzymały kciuki, bo szczęście jeszcze nam się przyda :)






środa, 11 lutego 2015

Śpij kochanie...

Dziewczyny, jakie macie metody na usypianie niemowlaka??? 

Jeszcze w ciąży wyobrażałam sobie, że taką kilkumiesięczną Laurę będę czule bujać w ramionach, śpiewać Jej do uszka kołysanki i Mała padnie przy cycku, a potem da się elegancko odłożyć do łóżeczka. W drugiej wersji Laura miała usypiać w łóżeczku (o naiwności!), ale teraz już wiem, że naoglądałam się chyba zbyt dużo filmów familijnych i kolorowych magazynów dla mam... Jeszcze żeby było śmiesznie, przyznam się tutaj, że Laura miała przesypiać całe noce w swoim łóżeczku, a na hasło spania w naszym łóżku uśmiechałam się do rozmówcy z politowaniem... 

Nom, to powiedzmy, że życie mocno zweryfikowało moje wyobrażenia. Ale po kolei. 


Od samego początku starałam się wprowadzić jakieś rytuały związane z usypianiem. Oczywiście o rytuałach można było zacząć mówić  dopiero od kiedy Laura skończyła 2 i pół miesiąca i przestała wyć jak potępieniec w kąpieli, bo wcześniej to całe dnie z Nią były ostrą jazdą bez trzymanki. Potem dało się Ją jakoś przetrzymać bez spania, zabawić przed kąpielą, potem kąpiel, cycek i spanko.

Ten rytuał utrzymujemy do dziś. Co jakiś czas zmienia się natomiast metoda usypiania.



Najlepiej szło nam na początku :D Kilkudniowa Laura spała non-stop i było Jej zupełnie bez różnicy gdzie, u kogo, w jakiej pozycji i otoczeniu. Można było Ją całować, przenosić, poprawiać, oglądać przy Niej normalnie telewizję, rozmawiać głośnym głosem, ba, nawet gilgotać Ją po stópkach, potrząsać rączki, a i tak się nie wybudziła. Jak żałuję, że w całej tej pogoni za bilirubiną nie zdążyliśmy się tym czasem porządnie nacieszyć!



Potem zaczęły się kolki i tym samym nadszedł istny armagedon. Nie działało nic - ani rączki, ani cycek, ani głaskanie. No, jeszcze najskuteczniejsze było noszenie, ale z naszego Orzeszka zaczął się już wtedy robić mały klopsik i coraz trudniej było nam wytrzymać taki maraton z obciążeniem. Gdy nasze plecy zostały już kompletnie zmasakrowane, zaczęliśmy się rozglądać za innymi metodami. No i jedna wydawała się oczywista. Bujanie na nogach. H. od razu ją zaproponował, bo to w Turcji tak popularna metoda usypiania, że można by nazwać ją bez zastanowienia narodową :-] Na czym polega? Ano, wyciąga się nogi przed siebie, kładzie poduchę, na to dzieciaczka i jazda prawo-lewo. 

H. w zaprzęgu

Będąc jeszcze w ciąży zarzekałam się, że nie będziemy w ten sposób bujać Małej. Widziałam wielokrotnie jak to Turcy robią i nigdy mi się nie podobało, że dzieciom główka lata w jedną i drugą stronę, poza tym Turcy oglądają w tym czasie najczęściej telewizję, czyli nie ma mowy o jakimś wyciszeniu czy dobrej atmosferze. Słyszałam nawet, że niektórzy nie chcac wylaczyc światła, zakrywają dziecku twarz jakąś szmatą. No dramat. 

Ale gdy Laura męczona kolkami wyła w niebogłosy i naprawdę nic na Nią nie działało, a gdy tylko kładłam Ją sobie na rękach, wiecie, tak jak nosi się niemowlaczki, ta od razu dostawała spazmów, przyznam, że byłam gotowa spróbować wszystkiego. Tak więc, gdy H. zaproponował bujanko na nogach przystałam bez większego zastanowienia. No i bardzo dobrze, bo to wtedy uratowało nam życie. Laura zaczęła zasypiać w ten sposób. Kładziemy Ją dodatkowo na rozwiązanym rożku, bo dzięki niemu łatwo Ją potem przenieść do łóżeczka (w założeniu, hue hue) sposobem na bociana ;-)



Tak też usypiamy Ją do dziś. Oczywiście nie walimy dzieckiem w prawo i w lewo, tylko delikatnie Ją bujamy. Światło zgaszone, buzia odkryta, telewizor włączony, ale mocno wyciszony. Najczęściej Laura sama się wycisza, znajduje sobie jakiś punkt, w który zaczyna się wpatrywać i po chwili takiej hipnozy zasypia. Czasem trzeba Jej jednak przytrzymać rączki, bo ma problem z uspokojeniem się. Gdy było ciężko, dodawaliśmy jeszcze do tego white noise i Laura dość szybko odlatywała w objęcia Morfeusza. Metoda spodobała mi się jeszcze z jednego powodu - mama ma gimnastykę, a co!



Jest tylko jedno ale.

Laura w ciągu dnia nie pozwala się odnieść do łóżeczka. Budzi się po kilkunastu minutach. Wiem, że powinniśmy mimo to odkładać Ją za każdym razem, bo zalegając na naszych nogach niczego się nie nauczy. Ale bujanie Jej jest dość sporym wysiłkiem (umówmy się - takim małym Orzeszkiem to Ona już nie jest), więc po takiej sesyjce ledwo czujemy kończyny. Wolimy więc by wyspała się już na naszych nogach i potem obudziła się w lepszym humorze. Poza tym, gdyby zaczęła się wiercić, można Ją jeszcze szybko "dobujać". W łóżeczku rzecz jasna takiej możliwości już nie ma. Czasem też wykorzystuję samolubnie (w myśl zasady "tonący brzytwy się chwyta) ten moment na załatwienie paru "dorosłych" spraw, jak na przykład zapłacenie rachunków, wykonanie tłumaczenia... ;-) No i tym sposobem strzelamy sobie w kolano.


Próbowaliśmy też usypiania w wózku. U nas w mieszkaniu nie mamy co prawda takiej możliwości ze względu na małą powierzchnię (wózek i tak stacjonuje cały czas w bagażniku samochodu - nie miałabym siły dźwigać go na drugie piętro...), ale będąc w grudniu u dziadków spróbowaliśmy i tą metodę. Niestety doooopa. Co prawda usypia w nim dość chętnie. Ale trzeba wozić, inaczej efekt jest taki sam jak po odłożeniu do łóżeczka :-] Maniaczka ruchu nam się trafiła.


Kilka dni temu zawzięłam się jednak i o tej pory niemal zawsze odkładam Ją do łóżeczka. I tak śpi - raz 10 minut, potem 15... Potem robimy przerwę około godzinki i znowu rundka z bujankiem. Trochę nam się rozpieprza plan dnia, ale coś za coś. Boję się, że za chwilę H. pójdzie do pracy, a ja zostanę udupiona z Laurą do tego stopnia, że zupełnie nic nie będę mogła w domu zrobić. No, chyba że włączę Jej bajeczkę ;-)



Choć być może nasz problem rozwiąże sama... Laura. Otóż od kilku dni bojkotuje nasze wieczorne bujanko. W ciągu dnia elegancko zasypia i po kilku bujnięciach zaczyna mrużyć oczy. A wieczorem, gdy chcemy już odłożyć Ją na nocne spanko, gdy tylko poczuje ruch prawo-lewo dostaje dzikich spazmów. Usypianie trwa często z dwie godziny, nogi nam odpadają, gardło sobie zdzieramy (szumy i kołysanki w użyciu), a głowa pęka od Jej wrzasku. Trzeba Ją niestety porządnie bujnąć by się przestała chociaż prężyć. Wtedy odnajduje sobie punkt, w który się wpatruje i po chwili zasypia.


Dziewczyny, jak usypiacie swoje dzieci? Kiedy zaczęły one usypiać bez większego wysiłku z Waszej strony, tj. bujania, kołysania, itp.? Bo ja za chwilę naprawdę nie dam rady leżeć ponad godzinę pod takim klopsem i to w dodatku po bujaniu. 


niedziela, 8 lutego 2015

Bozüyük, czyli zwiedzamy Turcję

Nazbierało mi się ostatnio postów do opublikowania... Mam już nawet kilka gotowych, ale muszę je trochę dawkować ;-) W planach jest post o spaniu, o mnie po porodzie, zostałam też zaproszona przez Malwinę do wyjawienia Wam kilku sekretów o sobie, ba, mam nawet zaległy Liebster z grudnia! Ale spokojnie, wszystko po kolei. Nie chcę wprowadzać wielkiego bałaganu, więc dzisiaj nadrabiam zaległości jeszcze sprzed wyjazdu H. do Stambułu.

Zaliczyliśmy krótką wycieczkę, która okazała się super pomysłem. Wszystko wyszło oczywiście spontanicznie, gdy rano dostałam smsa od siostry H. (tak, tej młodej cioci ;)) z propozycją czy nie mielibyśmy ochoty na śniadanie w Bozüyük. W przeciwieństwie do nazwy miejscowości hasło "śniadanie" natychmiast podziałało na moją wyobraźnię. W skórcie - tureckie śniadania są super! To, o czym myślę, że możemy Turkom pozazdrościć, to z pewnością kultura celebrowania posiłków. Z pewnością jest to pewna cecha wspólna wszystkich narodów Morza Śródziemnego, że podczas posiłku jest maniana i nikt nie patrzy na zegarek :-) Turcy nie są w tym temacie wyjątkiem.

Klasyka tureckiego śniadanka to warzywka, sery, oliwki, miód, dżemy i jajka. Można by pomyśleć, że jak w Polsce. A jednak niezupełnie! Przede wszystkim tutaj nikt nie robi kanapek. Chlebek się urywa i przekąsza pomiędzy kawałkiem ogórka a kostką serka. Śniadanie zaczyna się od bakalii - migdałów, orzechów włoskich maczanych w miodku, daktyli i suchych fig. Jajka najczęściej występują w odsłonie smażonej, często z domowej roboty pikantną kiełbachą wołową. Zawsze jest kilka rodzajów białego sera, od tłustych po chude i w różnej postaci - w kostce, plasterkach, pokruszone, posypane przyprawami i zalane oliwą. Często można też spotkać pastę z pomidorów i czerwonej papryki lub słodką miazgę z orzechów laskowych. Oliwki do wyboru - zielone i czarne w różnych wersjach, zawsze pływające w oliwie, w której można sobie umoczyć chlebek. A chlebek... musi koniecznie być świeży, najlepiej jeszcze ciepły. I pomyśleć, że w Polsce u moich rodziców, którzy mieszkają w niewielkim miasteczku, nie do dostania jest świeży chleb w niedzielę rano! W tureckich restauracjach często podawany jest wiejski chlebek zwany bazlama, który wygląda jak płaski placek i wypiekany jest na metalowych płytach na ogniu. Do tego tradycyjnie dzbanek gorącej tureckiej herbatki. Voila! Cieknie Wam już ślinka? Powinna! :-) 

Turcy potrafią kończyć śniadanie w porze obiadu i nikogo to tutaj nie dziwi. Uwielbiam to choć czasem aż tyłek boli od długiego siedzenia przy stole. Na tureckie śniadanko nikt nie musi mnie namawiać - zawsze jestem chętna! Tak też było i tym razem, więc po krótkiej organizacji byliśmy już w drodze do Bozüyük. Nazwa miejscowości zupełnie nic mi nie mówiła, a wydawało mi się, że znam już wszystkie atrakcje turystyczne wokół komina. Z racji jednak, że do miejscowości tej mieliśmy do pokonania jakieś 50km jasnym było, że coś tam musi być, że jedziemy taki kawał drogi na śniadanie. 

Siostra H. niewiele więcej potrafiła nam powiedzieć niż to, że wieś ta zasłynęła w ostatnim czasie z racji na... krajowy serial "Güzel köylü" (tr. "Piękna wieśniaczka"), którego akcja właśnie tam się dzieje :-) Heheh, jakie to tureckie :-) Muszę tu też kiedyś popełnić post o tureckich serialach, bo jest to niesamowicie ciekawy temat :-D 

Ale do brzegu. Wjeżdżając do wsi nic specjalnego nie zauważyliśmy. Wręcz przeciwnie - powitały nas kosmiczne dziury w drodze. Ale gdy tylko wjechaliśmy do centrum, zrozumieliśmy na czym polega ewenement tego miejsca. W skrócie - Bozüyük jest piękne! W całym centrum wsi zachowała się stara zabudowa z czasów, w których mieszkali tu jeszcze Grecy (do początku XXw). Dookoła pełno jest wąskich uliczek wyłożonych "kocimi łbami" i pnących się gdzieś ostro w górę. Wszędzie pełno zabytkowych domów z kamienia i drewna. Niestety większość jest zaniedbana i opuszczona, ale zdarzają się i takie z donicami pełnymi kwiatów w oknach. Faktycznie jest to idealne miejsce do kręcenia filmu.

Restauracja, w której jedliśmy śniadanko (Pınarbaşı Restaurant - zapisuję by pamiętać na przyszłość) położona była niezwykle malowniczo nad rzeką. Wystrój był oczywiście bardzo wiejski :-) W środku niezwykle przytulnie, ludzi niewiele, cicho, spokojnie, słychać było trzask dochodzący z rozpalonego kominka. Super!

Laurze też musiało się spodobać, bo w ogóle nie marudziła. Mogłam ze spokojem zjeść śniadanie, a Ona rozglądała się dookoła. Mieliśmy jeszcze ochotę na spacer, ale akurat zaczął padać deszcz. Laura zresztą zaraz po odpaleniu silnika w samochodzie elegancko zasnęła - normalnie anioł, nie dziecko   :-)

Prawda, że dobrze wygląda? :-)



Przedstawiam Wam moją teściową :-)))


Drewniany sufit typowy dla naszego regionu Muğli



Przed restauracją
Żałuję, że nie porobiłam więcej zdjęć, żeby Wam tutaj pokazać, ale jestem pewna, że zdjęcia zrobione w taką deszczową pogodę nie oddałyby piękna tego miejsca. Zamierzamy zresztą i tak wrócić tam jeszcze nie raz, więc pewnie będzie ku temu okazja! Tymczasem, wszystkich, którzy planują wakacje w Bodrum lub Marmaris gorąco polecam wypad do Bozüyük - można zobaczyć kawałek Turcji "od kuchni" :-)

Tutaj troszkę zdjęć znalezionych w internecie:








czwartek, 5 lutego 2015

Home Alone dzień 3

Dzisiaj był wielki dzień! 

Na myśl o powrocie Taty nie przeszkadzała mi nawet godzina pobudki - 6:40 rano. No dobra, wiem, że jak na niemowlaka to całkiem ładny wynik, ale Laura zdążyła już mnie rozpieścić spaniem do 8 :-) Chwilę pooglądałyśmy poranne kreskówki i gdy Mała zasnęła, cichaczem zaniosłam Ją z powrotem do łóżka licząc na dłuższą drzemkę. 

Dupa. Laura obudziła się po 5 minutach. Zacisnęłam zęby i podeszłam do próby nr 2. Bujanko i myk do łóżka. Tu zaskoczyło. Laura spała prawie 2 godziny! Fakt, że połowę tego czasu przeleżała w letargu dossana do cycka, ale 2 godzinki w łóżku to CAŁE 120 MINUT!!! Normalnie wypas! Szkoda tylko, że nie mogłam już zasnąć... Ehh..jak słyszę o tym, że obsługując takie małe dziecko mama szybko uczy się zasypiać zawsze i wszędzie i wykorzystywać w tym celu każdą minutkę to zaczynam zgrzytać zębami. No g***o prawda w moim przypadku. Ale co sobie poleżałam w ciszy to moje ;-)

Po takiej poprawce do snu obydwie już byłyśmy w szampańskich humorach, tak że od razu strzeliłyśmy sobie selfie, które też szybciutko poleciało do Taty :-)



Humor poprawił nam się jeszcze bardziej, gdy zadzwoniła babcia zapraszając nas na śniadanie :-)

W drodze do babci

Zabawa z ciocią też jest ok ;-)

Popołudnie minęło nam już na odliczaniu minut do powrotu Taty. I w końcu jeeeest! Jak dobrze mieć w domu osobę dorosłą! I to przy całej mojej miłości do córki :-)

środa, 4 lutego 2015

Home Alone dzień 2

Oj, dzisiaj było trudniej. Noc minęła nam co prawda cudownie, bo Laura była dla mamy łaskawa i nie wisiała godzinami na cycku. Mogłam więc przespać się na plecach - normalnie wypas! 

Do południa było całkiem ok, poszłyśmy sobie na króciutki spacer wykorzystując moment, gdy wreszcie przestało padać. Około 13 zaczął się jednak kryzys i to podwójny - Laury i mój. Laura ewidentnie była śpiąca, ale gdy tylko zaczynałam kołysanie ta wpadała w dziki ryk. Mnie z kolei przybił trochę telefon od H., który właśnie skończył rozmowę w sprawie pracy... Naprawdę nie rozumiem jak ludzie mogą być tak niepoważni... Wydawałoby się, że porządna, międzynarodowa firma, a działa tak nieprofesjonalnie. W skrócie - na spotkaniu okazało się, że szukają kogoś na znacznie niższe stanowisko, na które H. normalnie wcale by nie aplikował. Jakieś wielkie nieporozumienie. Oczywiście wiąże się to też z niższą pensją. No do bani. Nie tylko zmarnowali czas H., ale też narazili nas na wydatki - przelot do Stambułu, taksówki itp. Szlag może człowieka trafić. 

Po takiej wiadomości zrobiło mi się mega przykro choć starałam się pocieszyć H. i brzmieć optymistycznie. No trudno, musimy szukać dalej. Niby robiłam wszystko by się zbytnio nie nakręcać, no ale niestety chyba mi nie wyszło :-/

Potem jakoś się pozbierałam, Laurze wrócił dobry humor, który trwał do... 21 :-] dosłownie przed momentem odniosłam Ją do łóżeczka. Od ciągłego kołysania nogi mi odpadają. O kręgosłupie nie wspomnę. Obawiałam się, że za chwilę zasnę szybciej od Niej. Dobrze, że jest już wieczór i że ten dzień się kończy. Padam ze zmęczenia.

w takim humorze budzimy się niemal codziennie :-)

Paluszki w dalszym ciągu są przepyszne. Garderoba często też.

Muszę tu też skrobnąć coś o Tuli, bo coraz bardziej się do niej przekonujemy.

Mój Orzeszek :-*