wtorek, 29 kwietnia 2014

On czy ona

Mojej matczynej intuicji przydałby się chyba jakiś trening...

Od początku ciąży podświadomie nastawiona byłam na synka. Nie wiem zupełnie skąd mi się to wzięło, bo z żadnych powodów i z żadnej strony nie czuję presji na konkretną płeć dziecka, ale chcąc nie chcąc myśląc o nim wyobrażałam sobie chłopca. A tymczasem... :-) tak, tak, wczoraj doktorek Ali stwierdził z całym przekonaniem, że nasz junior to dziewczynka :-D Cieszę się bardzo na córeczkę, choć jeszcze nie do końca oswoiłam się z tą wiadomością, jeszcze nie potrafię mówić "ona" :-)

Nie jestem rozczarowana. Tylko ogromnie zdziwiona...

Przeglądam nieśmiało dziewczyńskie ubranka, różowe śpioszki, bluzeczki w kropki, w serduszka, z falbankami, malutkie balerinki i jakoś nie mogę uwierzyć, że mogę je już kupić :-) Wyobrażam sobie jak będę czesać jej włoski, jak będziemy oglądać Kopciuszka, Śpiącą Królewnę i Gwiazdkę z Barbie. Myślę, że kupię jej kiedyś mini zestaw do pieczenia ciasta i tak jak ja w dzieciństwie nasza córeczka będzie wałkować ciasto swoim mini wałeczkiem i wykrawać różne formy. Będziemy malować sobie paznokcie. Będzie podkradać moje ubrania :-)

Córka. 

Nasza.

Moja.

H. przyjął wiadomość z błyskiem w oku. Dopiero po wyjściu z gabinetu, w połowie schodzenia ze schodów złapał mnie za rękę i z przejęciem powiedział "Będziemy mieć CÓRKĘ!". 

Ja jeszcze w to nie mogę uwierzyć. Dziwnie się z tym czuję. Radość i niedowierzanie. Czytam w sieci opowieści o tym, jak to dziewczynki na kolejnym USG okazywały się chłopcami i odwrotnie. Czy u nas jest taka możliwość? Czy mogę już sobie z cała pewnością powiedzieć, że noszę pod sercem dziewczynkę?

Do tego wszystkiego od przedwczoraj czuję w brzuchu lekkie smyranie. Zdarza się kilka razy dziennie i gdy się zacznie to całą serią. Zawsze skupione w jednym miejscu brzucha. Odczuwam to jakby ktoś od środka delikatnie smyrał mnie paluszkiem. W dodatku dzisiaj rano leżąc w łóżku poczułam nagle w brzuchu małe trzęsienie. Tak jakby mały szczeniaczek strząsnął wodę z mokrej sierści. Czy to już jest TO? Czy to... ona? 

Doktorek nawet podpisał zdjęcie - "dziewczynka"

I urosło nam się trochę przez ostatni miesiąc :-)

Rzut z boku

i z góry


piątek, 25 kwietnia 2014

Żegnaj wiosno!

Ufff... sugerując się swoim świetnym samopoczuciem wzięłam się za mycie okien, ale jednak przeceniłam chyba swoje możliwości. Po drzwiach balkonowych i jednym oknie sapię jak mops, dłuższa przerwa okazała się niezbędna. Czas więc na mały update na blogu :-)

Niespodziewanie pożegnaliśmy na dobre wiosnę. Zrobiło się naprawdę upalnie, wypad gdziekolwiek w pełnych butach to pewne samobójstwo. Nasza lokalna plaża w weekendy pęka w szwach, ja też coraz częściej myślę o morskich kąpielach. Albo basenowych :-) Muszę o tym pogadać z doktorkiem Alim. 

W taką pogodę pożeram niesamowite ilości owoców. Sezon truskawkowy w pełni. Jak się do nich dosiądę, spokojnie potrafię pochłonąć kilogram. H. się śmieje, że nasz junior albo będzie truskawki uwielbiał, albo nienawidził :-) Oprócz tego oszalałam na punkcie małych bananków. W Turcji uprawia się wiele odmian tych owoców, mnie najbardziej smakuję takie z ogródka jednej ciotki ;-) nie mam pojęcia co to za odmiana, ona niestety też nie, bo z pewnością szukałabym sadzonek. Bananki są naprawdę malutkie, a skórka trochę szarawa. Ale miąższ....mniam... aż mi ślinka leci na samą myśl o nim :) Miąższ jest bielutki i super miękki, taki bananowy puszek słodko-kwaskowy, którego można wręcz jeść jak loda. Same zobaczcie :-)



Poza tym straciłam całą ochotę na mięso. Ratujemy się wegetariańskimi daniami jak na przykład dolma. Dolma to po prostu nadziewane warzywa. Mogą to być papryki, pomidory, bakłażany. Wczoraj zrobiłam naszą ulubioną dolmę z cukinii. Danie to często gotowałam również w Polsce więc z przyjemnością podzielę się z Wami przepisem.


Cukinie należy przeciąć na połówki i wydrążyć dość mocno. Cukiniowe kielichy należy posolić i posypać zmieloną miętą. Do tego przygotowuje się farsz: drobno posiekana cebulka, obrany ze skórki i drobno pokrojony duży pomidor, dużo koperku, czubata łycha przecieru pomidorowego, pokrojona drobniutko kostka rosołowa, surowy ryż - tyle ile trzeba. Do tego "glubnąć" od serca oliwy z oliwek, dodać sól, zmieloną miętę i czerwoną paprykę. Wszystko trzeba ugnieść ręką, a potem nadziać tym cukinie zostawiając ok. 2cm od górnej krawędzi - ryż mocno pęcznieje. Cukinie trzeba ustawić pionowo w garnku i najlepiej by było ich tyle, żeby idealnie dopasowały się do objętości garnka i ściśle przylegały do siebie - wtedy nie będą się przewracały w czasie gotowania. Ja czasami gdy nie chcę gotować ich zbyt dużo, blokuję je nieobranymi ziemniakami (oczywiście porządnie umytymi). Cukinie należy zalać wodą mniej więcej tak by wystawały ok.2cm nad wodą. Gotujemy pod przykrywką około godziny na wolnym ogniu - aż ryż będzie miękki. Oczywiście ten w środku cukinii mięknie znacznie później niż na górze cukinii :-) Cukinie super smakują z jogurtem naturalnym. W ten sam sposób można przygotować dolmę na przykład z papryki choć uważam, że ta z cukinii jest smaczniejsza.



Poza tym muszę się Wam pochwalić moimi kwiatkami! Na bazarze nakupowałam ich kilka, niestety niezbyt oryginalnych, ale co tam, grunt, że są i cieszą oko. Zachęcona naprawdę niskimi cenami, zamierzam dokupić ich jeszcze w kolejną sobotę. Czekam teraz aż się rozrosną, tak jak obiecywał nam sprzedawca ;-)






I proszę pań! Moja 4-metrowa dżungla ROŚNIE!!!!!!!!! Nie wiem czy to jakieś magiczne nasiona, bo na opakowaniu napisane jest, że wzrost należy przewidywać około miesiąca po posadzeniu! He he he!


No, to lecę dokończyć okna ;-)


środa, 23 kwietnia 2014

Wielkanoc po turecku

Święta, święta i po świętach. Nasze obchody wypadły oczywiście bardzo skromnie. W sobotę upiekłam babkę cytrynowo-kawową z nowego przepisu, a w niedzielę rano wyskoczyliśmy na umówione śniadanie do restauracji. To był naprawdę bardzo dobry pomysł, bo samo śniadanie - pomimo, że typowo tureckie - było przepyszne, całkiem ładnie (jak na tureckie warunki ;-)) podane i przede wszystkim skonsumowane w przeuroczym miejscu. Jeżeli będzie nam dane spędzać Wielkanoc w Turcji, zamierzam tą tradycję podtrzymywać. Nigdy więcej prób pichcenia wielkanocnych potraw z zastępczych składników - samo ich szukanie jest już nie lada wyzwaniem, ich ceny z racji, że to produkty importowane, powalają, a ostateczny efekt i tak nigdy nie jest taki sam jak w Polsce. To wszystko tylko rozdrapuje moje stęsknione serce.

Pogoda w weekend była przepiękna. Ubraliśmy się trochę 'lepiej' i pognaliśmy do restauracji. Nasza miejscowość położona jest nad morzem, ale w sumie to nawet nie morze jest tu największą atrakcją tylko rzeka, która wypływa z pobliskich gór i wpływa do morza. Rzeka jest całkiem pokaźnych rozmiarów, pływają nawet po niej turystyczne stateczki. Woda jest oczywiście lodowata - latem można się w niej super ochłodzić - i krystalicznie czysta. Lokalni nazywają ją "żywym akwarium".





Wzdłuż rzeki działa kilka urokliwych restauracji, w których bardzo lubię jeść śniadanie. Zabieramy tam też moich rodziców podczas każdej ich wizyty na pyszną rybkę. Stoliki ustawione są nad samą wodą, więc można pałaszować pyszne śniadanko oraz obserwować przepływające okonie morskie, kaczki i gęsi. Wszystkie te stworzenia są tak przyzwyczajone do ludzi, że jedzą niemal z ręki. Z racji na to, że nasza okolica jest objęta ochroną, w rzece nie wolno łowić ryb. Nietykalne też jest wszelkie ptactwo.



Turcy uwielbiają biesiadować, więc posiłki często trwają tu godzinami. Pamiętam, że na początku nie mogłam się do tego przyzwyczaić i od przesiadywania przy stole aż mnie bolał tyłek. A oni wciąż tylko dolewają kolejne filiżanki herbatki.

Tradycyjne tureckie śniadanie składa się z oliwek, pomidorka, ogórka, kilku rodzajów serca (w tym bardzo smacznych serów kozich - i nie, one naprawdę nie muszą śmierdzieć capem!), dżemów, miodu, pekmezu z tahiną (pekmez to bardzo zdrowy półprodukt z obróbki winogron, smakiem i wyglądem przypomina syrop klonowy a tahina to pasta sezamowa; wymieszane razem tworzą ekologiczną nutellę ;-)), pasta z pomidorów i czerwonej papryki oraz jajka w różnej postaci. Turcy bardzo lubią jajka sadzone na przysmażanej wołowej kiełbasie lub menemen, które my akurat mieliśmy na naszym stole. Menemen to rodzaj jajecznicy z zieloną papryką i dużą ilością pomidorów - pychotka. Oprócz tych klasyków dodaje się jeszcze lokalne przysmaki. U nas popularne są tzw. sigara böreği, czyli biały serek z pietruszką zawinięty w ciasto yufka (przypominające mocno ciasto filo) w kształt papierosa. Wiem, że to wszystko brzmi banalnie prosto, ale wierzcie mi, w smaku jest fenomenalne. Do tego podano nam chlebek z domowego wypieku, tzw. bazlamę - to biały chleb drożdżowy w postaci dużych płaskich placków. I oczywiście hektolitry tureckiej herbaty. Ta przynoszona jest w specjalnym czajniku z podwójnym dnem na podgrzewaczu.



Fajnie było tak spędzić poranek - niezły pomysł na przełamanie rutyny. H. zrobił sobie wolne przedpołudnie i spędził ten czas ze mną. A w domu czekała na nas pyszna babka cytrynowo-kawowa.  Sielanka! Oczywiście miałam mały kryzys po rozmowie z rodzicami i babcią. Naszło mnie nawet na wielkanocną mszę i otworzyłam słynną stronę, na której można obejrzeć transmisje na żywo mszy w języku polskim z wielu miast w Polsce. Trafiłam akurat na mszę z Sanktuarium Matki Boskiej na Jasnej Górze, a dokładniej na początek kazania, które potem było szeroko krytykowane w mediach ;-) dokładniej o tym, że ateizm to właściwie satanizm :-] jak się pewnie domyślacie, szybko się stamtąd ewakuowałam.

Pozwolę sobie zauważyć, że święta w kraju muzułmańskim mają jedną zaletę: absolutnie nie czuję się przejedzona. Brzuchol trochę mi się powiększył przez ostatni miesiąc, ale to mnie akurat tylko cieszy. Powiem wam nawet, że jedna osoba niewtajemniczona już nawet zauważyła mój odmienny stan :-)) Niedługo wrzucę tu jakieś fotki.




sobota, 19 kwietnia 2014

o Wielkanocy

Niełatwo jest spędzać święta za granicą. W szczególności w kraju, w którym dane święto nie istnieje. W moim rodzinnym domu każde święto to wielkie wydarzenie. Uwielbiam tą świąteczną atmosferę. Sprzątanie, dekorowanie domu, spędzanie kilku dni w kuchni. Świąteczna gorączka sięga zenitu przed Bożym Narodzeniem. Klimat tych świąt jest u nas tak magiczny, że gdy sobie o nim teraz pomyślę, ze wzruszenia aż łzy napływają mi do oczu :-) Wielkanoc też jest wyjątkowa. Dekoracje z kurczaków i pisanek są dla mnie kwintesencją wiosny. Do tego zapach świeżutkiej szynki i widok kolorowych kwiatów w ogrodzie i na tarasie, które mój tata co roku z troską dogląda. Powtarzające się co roku śmiechy podczas mniej i bardziej udanych prób wykonania baranka z masła, a potem prześciganie się w podsumowaniach do czego jest podobny :-) malowanie jajek, chociaż nasza kolekcja pisanek jest już bardzo pokaźna. Do tej czynności angażowany był również mój mąż - muzułmanin, który strasznie to polubił :-) Dekorowanie mazurka - to było zawsze moje zadanie. Przygotowywanie koszyczka z święconką i marudzenie mojej siostry, że oto znowu musi zasuwać z nią do kościoła :-) Wreszcie wieczorne winko z mamą, gdy po całym dniu spędzonym w kuchni padałyśmy ze zmęczenia. W niedzielę rano trzeba było wcześnie wstać, żeby pięknie nakryć do stołu - odświętny obrus i porcelana i oczywiście dekoracje. W międzyczasie farbowanie na szybko jajek ugotowanych na twardo tuż przed podaniem ich na stół. Tak, te jedzone na śniadanie u nas też są kolorowe :-) Do wielkanocnego stołu zasiadamy zawsze w odświętnym stroju, do czego mój mąż długo nie mógł się przyzwyczaić - jak to, w domu ma paradować w garniturze? Ano na kilka godzin ;-) Śniadanie rozpoczynało się od przemowy mojego taty i podzielenia się jajkiem. A potem próbowanie naszych smakołyków, sałatki, kurczak w sosie curry, kurczak nadziewany, szynka, biała kiełbacha, okrawanie z kolejnych części ciała maślanego baranka i herbata plus szampan do popicia :-) Po śniadaniu wszyscy wychodziliśmy do ogrodu na poszukiwanie drobnych prezentów poukrywanych przez Zajączka w krzakach. Tymi zajączkami był najczęściej mój tata i H. wymykający się troszkę wcześniej od świątecznego stołu. Prezenty zawsze były dla wszystkich od najmłodszego do najstarszego. Jako dziecko dostawałam słodycze, albo jakieś drobne zabawki. Dorośli dostawali "dorosłe" prezenty - na przykład butelkę ulubionego alkoholu. Następnie z prezentami wracaliśmy do domu, ci, którzy nie szli do kościoła, mieli już przyzwolenie na przebranie się w coś wygodniejszego :-) cały dzień spędzaliśmy rodzinnie, dojadając coś z świątecznego stołu, spacerując, popijając szampana. Obchodziliśmy też Śmingus Dyngus ;-) każdy z nas przygotowywał się w kwestii broni dużo wcześniej, choć teraz już wiemy z H. że sklepowe karabinki wodne wypadają bardzo słabo przy butelce po płynie do mycia okien :-D Przekonała się o tym również moja teściowa, gdy kiedyś podczas ich wizyty w Polsce wypadła Wielkanoc. H. starał się ich uprzedzić, że w świąteczny poniedziałek od samego rana lejemy się wodą, ale i tak dali się zaskoczyć :-) na szczęście mają poczucie humoru i przyjęli wszystko z uśmiechem na twarzy. 

W tym roku mija druga Wielkanoc, którą spędzam w Turcji. W zeszłym roku miałam dużo zapału i chciałam przygotować świąteczne śniadanie. Niestety bardzo dużo potraw wielkanocnych to dania z wieprzowiny - szynka, kiełbasa, czyli w Turcji kompletnie nieosiągalne. Wzięłam się w takim razie za sałatkę jarzynową i szybko napotkałam kolejne schody: turecka pietruszka składa się z samej natki (korzeń to same nitki, brakuje białej marchewki!), a majonez jest okropnie słodki. Sałatka ostatecznie powstała, ale nie była taka smaczna jak polska i jej większość wylądowała w koszu. Teście z racji, że do swoich świąt też nie przywiązuję większej wagi, nie posiadają nawet pełnej zastawy. Każdy talerz i widelec z innej parafii. Z takich składników nie sposób pięknie nakryć do stołu. W końcu gdy zasiedliśmy do stołu, zabrakło teścia zajętego czymś ważnym i siostry H., która nie mogła zwlec się z łóżka. 

Dlatego w tym roku powiedziałam dość. Nie robię żadnej sałatki, nikogo nie zapraszam. Dzisiaj upiekę wielkanocną babkę, żeby było coś słodkiego na ząb, a jutro rano zapraszam męża na świąteczne śniadanie do restauracji. Element świąteczny, odstąpienie od rutyny będzie, ale nic poza tym. Gdy pojawi się nasze dziecko i gdy troszkę podrośnie, rozszerzę tureckie świętowanie Wielkanocy o udekorowanie mieszkania i prezenty. No, chyba że uda nam się odwiedzić dziadków w Polsce :-)

Nie rozpaczam, nie jest źle. Bożego Narodzenia bym tutaj nie przeżyła, serce by mi pękło, ale z Wielkanocą na obczyźnie jakoś dam sobie radę. Chociaż gdy wczoraj rozmawiałam z mamą na skypie i ta musiała szybko kończyć, bo tyyyle pracy czekało na nią w kuchni zapragnęłam znaleźć się tam z nimi. Może za rok? :-)

Kochani! 
Życzę Wam spokojnych Świąt Wielkanocnych!
Dużo zdrowia, radości i spełnienia marzeń! 
Niech wiosna napełni Was nadzieją i przyniesie zmiany na lepsze.
Gdy usiądziecie do świątecznego stołu, popatrzcie na swoich najbliższych i doceńcie to, 
że są, że możecie spędzać te święta z nimi. 
Niech wszystkie kłótnie i nieporozumienia pójdą w niepamięć,
a Wy cieszcie się ciepłą, rodzinną atmosferą.



piątek, 18 kwietnia 2014

Pojazd wybrany

Wybrany i nawet kupiony. A wszystko trochę na wariata, ale inaczej się nie dało. Zdaję sobie sprawę, że wielu Wam może się wydawać, że za bardzo się spieszę z tym wszystkim. Ok, z ubrankami trochę szaleję - przyznaję ;-) ale z racji, że mieszkamy w Turcji i w dodatku na "prawie-wsi", żeby ogarnąć wszystko logistycznie jestem zmuszona zrobić niektóre zakupy znacznie wcześniej. Datę porodu mamy wyznaczoną na 4 października co oznacza, że równie dobrze junior może nas zaskoczyć pod koniec września. Pracujemy w turystyce więc całe lato będziemy mieli wycięte z życiorysu. Ja mam w tym roku taryfę ulgową, ale mąż będzie zajęty od rana do nocy. Dalsze wypady na zakupy będą możliwe dopiero we wrześniu, a wtedy to ja już pewnie będę na ostatnich nogach nie bardzo w kondycji na zakupowy szał. Poza tym parę akcesoriów zamierzam ściągnąć z Polandii, bo w Turcji zwyczajnie ich nie ma, albo te co są bardzo mi się nie podobają :-] 

Taka jest właśnie sytuacja z wózkiem. Te tureckie są po prostu mega ohydne. Przede wszystkim nie dotarł tu jeszcze wynalazek jakim jest gondolka. Nie wierzycie? Ja też nie wierzyłam. Dzieci wożone są w spacerówkach i to niekoniecznie z rozkładanym na płasko siedzeniem. Wiem, zgroza. Ogólnie zauważyłam, że Turcy z takimi zupełnie malutkimi niemowlaczkami raczej w ogóle nie wychodzą na zewnątrz (to dlatego, że wszyscy się tutaj boją by dziecko nie zmarzło i się nie przeziębiło, nawet jeśli temperatura sięga 40stopni), a jeśli już, to dzieci wożone są w ... fotelikach samochodowych. No istny dramat. Nikt się tutaj nie zastanawia jaki to ma wpływ na kręgosłup dziecka i jego rozwój. Poza tym wózki tureckich producentów są mega niepraktyczne i kiepskie jakościowo. I wszystkie, naprawdę wszystkie, mają malutkie koła. W naszej okolicy nawierzchnia bywa różna. Są dziurawe chodniki, w miarę równe drogi, kostki brukowe, utwardzony żwirek i tzw. kocie łby. Obserwuję matki na spacerach z dzieckiem i widzę jak dziecko się telepie i jak matka się męczy. Turczynki poprzez spacer z dzieckiem rozumieją głównie wypad do spożywczaka - spacer takim gratem po prostu nie może być przyjemnością. 

Biorąc pod uwagę to wszystko, wniosek nasunął się tylko jeden: wózek trzeba będzie ściągnąć z Polski.

Nasz pojazd musi spełnić trzy podstawowe warunki: 1) dawać radę na wspomnianych nawierzchniach, 2) być naprawdę lekkim, bo czekają nas częste podróże lotnicze i nie tylko, 3) być ładnym ;-) Czyli wyznacznik nr 1 - duże koła. Te akurat ma już większość wózków dostępnych na polskim rynku. Pytanie czy piankowe czy pompowane? Wszędzie słyszy się, że pompowane lepsze. Wierzę w to z całego serca. Niestety te pompowane są znacznie cięższe i jeżeli się przebiją - klapa, bo w Turcji raczej nie mam co liczyć na pomoc serwisu, a już widzę mojego męża zajmującego się przebitą oponą - pauza w spacerach na co najmniej 2 miesiące ;-] Z racji braku serwisu, ważna jest też dla nas ogólna jakość wózka. Najlepiej by nie było z nim żadnych problemów :) 

Z takimi wyznacznikami moi rodzice rozpoczęli poszukiwania. Na początku nie było to łatwe, bo podobały im się wszystkie :)) ja w międzyczasie prowadziłam poszukiwania w internecie. I tak doszłam do wniosku, że nie chcę wózka polskiego producenta, bo ci mają kiepskie usługi serwisowe. W grudniu miałam niemiłe doświadczenie z niby renomowaną polską firmą Wittchen (nawet nazwa jakby zachodnia), która zlała mnie kompletnie przy próbie reklamacji "super wytrzymałej" walizki, która pękła przy pierwszej podróży samolotem. Bardzo mi to zapadło w pamięć i mocno zniechęciłam się do polskich firm. Po przeczytaniu setek opinii doświadczonych mam, zawęziłam wybór do dwóch producentów: Mutsy i X-lander. Wiadomo, że nie ma produktu doskonałego. Ale porównując ilość negatywnych opinii, te wózki mają ich zdecydowanie najmniej. Dodam też, że nie zamierzaliśmy wydać na ten zakup miliony, a całkiem sporo modeli tych firm jest jeszcze w dość przystępnych cenach.

W międzyczasie poszukiwań, obmyślałam stronę logistyczną całej operacji. Rodzice z siostrą chcą nas odwiedzić latem więc mieliby okazję przywieźć wózek. Choć lot charterem ze standardowym bagażem dla 3 osób plus gondolką, spacerówką i fotelikiem (moja mama uparła się by załatwić od razu wszystkie części) od samego początku brzmiał bardzo abstrakcyjnie. Poczta też odpada, bo z racji na wartość musielibyśmy zapłacić cło. Niedawno dostałam cynk, że nasz znajomy Turek planuje podróż samochodem z Polski do Turcji. I właśnie na taką okazję czekałam :)) po rozmowie z nim mój zapał jednak trochę ochłonął, bo kolega jeszcze do końca nie był zdecydowany w kwestii wyjazdu. Zdradził nam jednak tajemnicę, że w poniedziałek (tak, ten) w tą samą trasę wyjeżdża jego znajomy i że ma miejsce w aucie. No! To teraz trzeba na gwałt kupić wózek :-D

Rodzice pognali do hurtowni wózków i wrócili z Mutsy Evo Urban Nomad. O takim:

Zdjęcie z http://www.babyentiener.nl
Wózek posiada wszystkie bajery, których nie będę już tutaj opisywała i jest w zestawie z fotelikiem Maxi Cosi Citi. Wizualnie bardzo mi się podoba, jest mega lekki i jeśli wierzyć dziadkom - prowadzi się super ;-) Na koła ostatecznie zdecydowałam się piankowe. Jeżeli nie zdadzą egzaminu, w grudniu przy okazji pobytu w Polsce będę miała możliwość je wymienić na pompowane. Nastawiona byłam na kolor granatowy, ale rodzice zachwycili się tym modelem z limitowanej kolekcji Urban Nomad ze skórzaną rączką. Uwielbiam naturalną skórę, na pewno będzie przyjemniejsza w dotyku niż pianka (i może junior nie będzie jej pogryzał w wersji spacerowej ;)). To, na co mamy narzekają w tym modelu to niezbyt duża gondolka i budka w wersji spacerowej. Mam jednak nadzieję, że nie urodzę giganta, a budka wg mojej mamy wcale nie jest taka mała i da się ją jeszcze rozłożyć po rozpięciu zamka. 

Wczoraj przez skypa oglądaliśmy szczęśliwych dziadków paradujących z wózkiem dookoła stołu :-D Dumnie oświadczyli, że jest to ich pierwszy prezent dla wnuka/czki :)) 

W przyszłym tygodniu wózek powinien do nas dotrzeć, choć oczywiście logistycznie nie jest to taka prosta sprawa, bo znajomy, który będzie go wiózł jedzie do Ankary, która leży od nas 600km :-) Ale co najważniejsze - nasz mutsy będzie już w Turcji :-D Z Ankary albo odbierze go inny znajomy, albo po prostu wyślemy po niego kuriera.

Już nie mogę się go doczekać! Mam nadzieję, że w realu wygląda tak samo :-)


czwartek, 17 kwietnia 2014

Nasze łupy

Wczoraj wykorzystałam odpowiedni moment i zapędziłam H. do złożenia łóżeczka od ciotki. Wreszcie pozbyłam się tego klocka z sypialni. Demontaż łóżeczka poszedł H. piorunem. Sam chyba zdziwiony prostotą zadania, zaproponował że od razu złoży to nowe z Ikei. Mnie dwa razy nie trzeba mówić! I tym sposobem w naszej sypialni stanął Hensvik. Wygląda według mnie wspaniale. Przede wszystkim łóżeczko jest lekkie, a biały kolor tylko tą lekkość podkreśla. Cieszę się, że się na nie uparłam, bo teraz po ustawieniu go w naszej niewielkiej sypialni widzę różnicę. Oczywiście nie mogłam już wytrzymać i od razu ubrałam pościel. W końcu i tak trzeba będzie wszystko prać, a na razie niech pocieszy moje oko ;-) Oto one:

Z tej strony łóżeczko zamierzam ozdobić niewielkim rysunkiem. Myślę o Bambim ;-) tak, jestem dzieckiem wychowanym na Disneyu :-))



Przy okazji postanowiłam też sfotografować moje dotychczasowe zakupy. Okazało się, że to dobry pomysł, bo przynajmniej miałam okazję się trochę ogarnąć w tym co już mam. Przyznam, że sama się trochę zdziwiłam ilością ubranek ;-) a kolejne zamówione już są w drodze... ;-))

Moje pierwsze łupy:

Nie mogąc zdecydować się na kolor...

kupiłam obydwa ;-)



Ogólnie staram się kupować ciuszki unisexy. Nie jest to jednak takie łatwe. W Turcji dominuje podział na błękitne i różowe. Siłą rzeczy kupuję błękitne. Błękitne ubranko dziewczynka też ubierze, a chłopiec różowe śpioszki z falbanką już niekoniecznie :-]




Wszystkie ubranka kupuję przez internet. Sprzedaż internetowa jest tutaj super rozwinięta i dzięki temu zwrot czy wymiana jest zupełnie bezpłatna. Nie płaci się również za kuriera, który taki towar odbiera bezpośrednio z Twojego domu. Dodatkowo w sklepie, w którym ja robię zakupy, dostawa też jest darmowa. Takie zakupy mają mnóstwo plusów, bo ubrania są bardzo dobre jakościowo, są naprawdę tanie, mam dostęp do produktów znanych firm z poziomu domowej kanapy. Jedynym minusem jest wybór rozmiaru. Pomimo, że większość ubranek ma na metce podany dedykowany wzrost, na stronie internetowej sklepu są jedynie przedziały wiekowe. I tak pierwszym jest 0-3miesiące, sporadycznie pojawia się hasło "noworodek". Przedział 0-3mc odpowiada najczęściej 56cm, ale zdarzyło mi się dwa razy naciąć i doszły do mnie ubranka na ... 50cm :-] Nie zwróciłam ich, bo były naprawdę tanie, a być może wykorzystam je zaraz na początku. Oto one:



W drugą stronę też zdarzył się poślizg. Śpioszki z tego samego przedziału 0-3mc a są naprawdę długaśne w porównaniu do pozostałych:



O większości jednak mogę ze spokojem powiedzieć, że jest trafiona. 

ciepłe porteczki w sam raz na podróż do grudniowej Polski :)




Ogólnie nastawiam się głównie na śpioszki bawełniane i welurkowe plus body i spodenki. Na liście wyprawkowej dla dziecka na stronie internetowej szpitala, w którym będę rodzić, jest też wspomniany taki zestaw jak powyżej z wykrzyknikami. Osobiście kaftaniki w ogóle do mnie nie przemawiają, bo już sobie wyobrażam jak będą się podwijały, ale żeby nie było opieprzu w szpitalu - kupiłam. Tureckie sklepy uwielbiają zestawy. Trudno mi kupić zwykłe śpiochy bez dołączonych do nich rękawiczek i czapeczki. W zestawach wyprawkowych  standardowo jest też śliniak (?!). Żartuję sobie, że brakuje w nich jeszcze talerzyka i łyżeczki :->

I ostatnie łupy:



Podkład do przebierania

Tak, uwielbiam Kubusia Puchatka :)) strasznie mnie rozczula. Mam też na oku kubusiową pościel. Właśnie na nią poluję :)

Nie mam jeszcze za bardzo wyobrażenia jak będę ubierała juniora. Może się on urodzić pod koniec września albo w pierwszych dwóch tygodniach października. W tym czasie pogoda w Turcji jest jak w Polsce w maju. Absolutnie nie chcę przegrzewać dziecka, nastawiam się bardziej na zimny chów. Ja w taką pogodę ubieram najczęściej cienkie przewiewne spodnie i bluzkę z krótkim rękawem. Wychodząc z założenia, że dziecku należy zakładać jedną warstwę więcej, wychodzą... bawełniane śpiochy albo body z długim rękawem plus spodenki? Pewnie będą też cieplejsze dni więc przydadzą się też bodziaki z krótkim rękawem. Patrząc na te zdjęcia, widzę, że tych kompletnie mi brakuje. No i, drogie Mamy, jak ubieracie swoje pociechy w domu jesienią/zimą? W naszym mieszkaniu jest ok. 20stopni, bardzo nie lubię gdy w domu jest gorąco. Czy zawsze pod śpiochy należy ubierać bodziaka z krótkim rękawem? 

Za wszelkie rady thank you from the mountain!

wtorek, 15 kwietnia 2014

Uparciuch!

Z naszego juniorka jest mega uparciuch. Chyba wdał się w dziadka z Polski, choć H. twierdzi, że bliżej mu do mamusi ;-) I tym razem nie dowiedzieliśmy się czy mamy mówić do brzuszka w rodzaju męskim czy żeńskim. Kolejna szansa za dwa tygodnie. Junior oprócz dupki pokazał nam dokładnie wszystkie części swojego ciała. No żartowniś! W pewnym momencie odwrócił nawet w stronę sondy buźkę, tak że widzieliśmy dokładnie oczy i nochalek (oby ten też był za mamusią ;-)) Ogólnie bardzo ładnie się rozwija i wszystko wygląda ok. 

Na kolejną wizytę doktorek Ali zarządził wykonanie testu potrójnego. Doktorek wspomniał o wyeliminowaniu problemów ortopedycznych, choć teraz czytam w necie, że test potrójny jest głównie nastawiony na wady cewy nerwowej i zaleca się je głównie kobietom, u których wyniki badania przezierności wyszły nie do końca dobre. U nas niby są ok. No cóż, cokolwiek to jest mam nadzieję, że u nas wyjdzie wynik negatywny. Nie wiem czy jest to badanie obowiązkowe w Turcji, nie spytałam. Może nas trochę naciąga, sama już nie wiem. Ale w sumie nawet jeżeli tak jest, to chyba nie rezygnowałabym z takiego badania... Oj te matczyne dylematy...

Dostaliśmy trzy fotki, ale patrząc na nie jestem trochę zawiedziona. Podczas badania maluszek kilka razy ułożył się naprawdę pięknie! I tak jak wspomniałam, pokazał nam też całą buźkę. Ba! Stanął nawet na głowie! :-) Niestety żadna z tych akrobacji nie została uwieczniona na zdjęciu, wszystkie są jakieś takie rozlane, trudno się domyśleć co gdzie i jak. Może następnym razem się uda :-)

Za mną pierwsze ogrodnicze doświadczenie :-) Po badaniu skoczyliśmy jeszcze do supermarketu, w którym odkryłam nowo otwarty dział ogrodniczy. Oczywiście zanurkowałam w nim na dłuższą chwilę. Nie potrafiłam przejść obojętnie obok nasionek i kupiłam dwa rodzaje kwiatków. Szukałam takich, które w miarę szybko wzrosną (choć opis na opakowaniu nie brzmi optymistycznie) :-) mimo to postanowiłam spróbować. Dwie dodatkowe donice ustawię na tylnym balkonie, na którym jedynie suszę pranie, więc dwie "puste" donice nie będą straszyć. Dzisiaj z zapałem zabrałam się do sadzenia dzieląc się tym entuzjazmem z mężem, gdy ten znalazł na opakowaniach informację o docelowej wysokości roślin zapisany drobnym maczkiem, którego oczywiście nie zauważyłam. I tak jeden z kwiatków ma urosnąć do... UWAGA UWAGA.. 4 metrów!!! :-D :-D :-D sama się z siebie śmieję. No, ale posadziłam. Zobaczymy co z tego będzie, może las tropikalny ;-)

Mój ogród już wkrótce ;-)

niedziela, 13 kwietnia 2014

Melduję się z powrotem

Tak, melduję się z powrotem w domu. Fajnie jest się tak od czasu do czasu przewietrzyć, ale miło też do domu wrócić. Czuję teraz nowy przypływ energii na kolejne ... miesiące? tygodnie? - zobaczymy ;-) Zgodnie z zapowiedzą obraliśmy kierunek na pierwsze duże miasto w naszym regionie, czyli Izmir. Z naszej wioski to trasa ok. 200km w jedną stronę, czyli biorąc pod uwagę tureckie drogi, rzut beretem. Tak, tak. W zachodniej Turcji drogi są po prostu zajebiste i długo jeszcze chyba przyjdzie nam czekać na takie w Polsce. Standardowo wszystkie drogi międzymiastowe są tutaj dwupasmowe i co by tu mówić, wyglądają jak nasze autostrady :-] Tureckie autostrady z kolei to trasy przynajmniej trzypasmowe. Taka jazda jest naprawdę samą przyjemnością. Ogólnie bardzo lubię tą trasę, bo widoki mijane po drodze zmieniają się jak w kalejdoskopie. Niestety nie udało mi się zrobić zbyt wielu zdjęć, bo nie miałam sumienia prosić H. o zatrzymywanie się co chwilę, a podczas jazdy trudno uchwycić ujęcie, które nie będzie rozmazane. 

Zwykła trasa międzymiastowa

Wiosną jeszcze jest zielono

Uwielbiam te formacje skalne - wielkie grzyby

Skały jakby rozsypane przez olbrzyma





widok na tamę wodną

turecka autostrada

a tu taki humorek drogowy ;-)

Izmir jak zwykle zachwycił mnie już swoim ogromem. Co prawda po mieszkaniu w 17 milionowym Stambule, 3.5 milionowy Izmir powinien wydawać się kruszynką, ale gdy jadąc jakimś mostem spoglądam na lewo i prawo i widzę tylko pustynię zabudowań aż po sam horyzont - robi to na mnie wrażenie. 

Zgodnie stwierdziliśmy, że na pierwszy ogień trzeba wziąć Ikeę i tak też zrobiliśmy. Przeprawa przez cały sklep jest nie lada wyzwaniem, choć H. starał się dopasowywać tempo do mojego coraz wolniejszego dreptania. Dział dziecięcy czekał nas akurat na samej końcówce pierwszego poziomu. Jednak gdy tylko zobaczyłam dzieciowe akcesoria, od razu wróciły mi siły :-D Dorwaliśmy się do upatrzonego w internecie łóżeczka Hensvik - nie zawiodłam się co do jego wyglądu. Łóżeczko bardzo mi się spodobało i akurat było wystawione z pościelą w leśne zwierzątka, która od razu skradła moje serce. Jednak, żeby nie pospieszyć się z zakupem, rozejrzeliśmy się też za innymi łóżeczkami. Obejrzeliśmy to z szufladami - ładne, ale nie podobają mi się te uchwyty-dziury w szufladach i parę innych, które nie były dostępne w sklepie internetowym. Tak naprawdę wszystkie były ładne, aczkolwiek Hensvik wydał mi się super lekki, romantyczny dzięki zakończeniu szczytów i cenowo najatrakcyjniejszy. Gdy ta decyzja została już podjęta, rzuciłam się na poszukiwania pościeli w leśne zwierzątka. Jak na złość - nie została ani jedna. Szlag mnie trafił, bo kołderka w niemal każdym wystawowym łóżeczku była w nią ubrana. Do tego dobrany był ochraniacz na łóżeczko w biedronki - super pasujący i też w fajnej cenie. Trudno. Dalej chcieliśmy  kupić stolik do przebierania dzieciątka i owszem, znaleźliśmy taki, który by nam odpowiadał, ale nie w białym kolorze - a chcieliśmy, żeby pasowało kolorystycznie do łóżeczka. Niestety i tu czekał nas zawód. Dalej kupiliśmy jeszcze kilka innych pierdołków dla dziecka, które upatrzyłam sobie już wcześniej. Gdy w końcu dowlekliśmy się do magazynu i załadowaliśmy karton z łóżeczkiem, przekonaliśmy się, że materac, który ostatecznie wybraliśmy (a do którego nie byłam do końca przekonana) też już został wyprzedany. Szlag. Tuż przed kasami, poprosiłam H. o ostatnie 10min. i skoczyłam do kącika rzeczy przecenionych z myślą, że znajdę coś fajnego do kuchni. Niestety nie tym razem. Zmierzając już ku wyjściu, nagle dostrzegam "nasze" łóżeczko, z fajnym grubaśnym materacem i oczywiście pościelą w leśne zwierzątka :-) Szukam na etykiecie powód, dla którego się tu znalazło - produkt wystawowy. Cena o ok. 50zł wyższa od nowego łóżeczka, które już wozimy w kartonie na wózku. Myślę sobie - dziwne. Idę do H. i opowiadam, że chyba się obsługa pomyliła, że promocyjny produkt wyceniła drożej niż ten standardowy. H. patrzy na mnie i głośno myśli, że może to cena za cały zestaw: łóżeczko+materac+pościel+poduszka+kołdra. Dopytujemy obsługi i faktycznie okazuje się, że H. ma rację :-D w życiu bym na to nie wpadła, jakieś otępienie mnie dopadło. Po dokładnym obejrzeniu łóżeczka stwierdziliśmy, że nie ma absolutnie żadnej wady. Decyzja - bierzemy! I tak za 50zł dostaliśmy materac w cenia ok. 200zł, kołderkę plus poduszkę, prześcieradło i pościel, z której stratą już zdążyłam się pogodzić :-D Podczas gdy H. zajął się dopilnowywaniem rozkręcania łóżeczka, ja wróciłam się po ochraniacz w biedronki :-)) zakupy oceniam na mega udane i choć po takim maratonie nogi nam w tyłki wchodziły - warto było. 

Pozostały czas w Izmirze spędziliśmy na korzystaniu z dobrodziejstw dużego miasta. Było kino, była pizza, były lody z McDonald'sa do oporu. Gdy dojechaliśmy do hotelu byliśmy ledwo żywi. 

Izmir to miasto młodości mojego męża. Tutaj skończył liceum i mieszkał do czasu wyjazdu do Polski na studia. Odwiedziliśmy jego dawne kąty, przeszliśmy się jego dawnymi szlakami. Miasto ma niesamowitą atmosferę. Izmir to dawna Smyrna, w której jeszcze do początków XXw. mieszkało bardzo dużo Greków. Nazwa została zmieniona na Izmir, gdy miasto zdobyło Imperium Osmańskie, ale to akurat łagodnie traktowało cudzoziemców w swoich granicach. Potem, po przegranej I wojnie światowej i w wyniku wojny grecko-tureckiej miasto znowu weszło w posiadanie Grecji, aż do pojawienia się słynnego Atatürka - pierwszego prezydenta Turcji i, tak naprawdę, jej założyciela. To on poprowadził wojnę wyzwoleńczą i odzyskał Izmir. Wówczas też nastąpiła wymiana ludności grecko-tureckiej, czyli Grecy zamieszkujący Turcję zostali odesłani do Grecji, a Turcy z Grecji wrócili do Turcji. W mieście na każdym kroku można znaleźć greckie elementy i to pochodzące z różnych okresów rozpoczynając od starożytności. Mnie najbardziej jednak podobają się stare greckie domy, które bardzo różnią się architekturą od tureckiej zabudowy. W ogóle uwielbiam stare domy, takie z duszą, i zawsze mam ochotę zajrzeć do środka i wejść na piętro, wyobrazić sobie jak wyglądały w przeszłości, gdy tętniły życiem. 

jeden z greckich domów

I  tak spacerując, wypiliśmy niezliczoną ilość tureckiej herbatki, cappucino ze Starbucksa i delektowaliśmy się piękną pogodą. Przez cały nasz pobyt w Izmirze temperatura utrzymywała się wokół 25 stopni i biłam niebu pokłony, że coś mnie oświeciło i wzięłam sandały.

spokojny wtorkowy poranek

turecka herbatka

Izmir jest bardzo zadbanym miastem, drugim po Stambule największym w Turcji portem handlowym. Jest też ostoją tureckiego laicyzmu. To właśnie w Izmirze turecki rząd, w którym obecnie u władzy są konserwatyści, od wielu lat nie jest w stanie zyskać żadnego poparcia. Spacerując po tzw. Kordonie, czyli nadbrzeżu, wszędzie dostrzegaliśmy antyrządowe napisy - ślady jeszcze całkiem niedawnych protestów, o których wspominała chyba też polska telewizja. 
antyrządowe napisy na deptaku

napis mówi "morderca" - to o premierze
"Berkin Elvan jest nieśmiertelny" - o chłopcu, którego śmierć z rąk tureckiej policji stała się iskrą zapalną ostatnich protestów w całej Turcji

Lubię Izmir za tą nowoczesność i liberalizm. Taki Stambuł na przykład jest mega konserwatywny w ogólnym wydźwięku. W Izmirze kobiety w czadorze to rzadkość. Jest natomiast sporo mini i dużych dekoltów, co natychmiast wyłapał mój mąż ;-)


pomnik zwycięstwa w wojnie wyzwoleńczej

część miasta wchodzi półwyspem w morze

wędkowanie w centrum 3,5 milionowego miasta


Taki pobyt świetnie na nas wpłynął. Złapaliśmy trochę innego powietrza i zgodnie stwierdziliśmy, że takie wypady należy robić częściej, również później z juniorkiem. A jeśli o niego chodzi - jutro jedziemy znowu podejrzeć co u niego. Ciekawe czy tym razem pokaże nam swoją dupkę :-D