czwartek, 29 maja 2014

Z cyklu "Drogie Mamy Radźcie!"

Ostatnio mnie tu nie było, a mam sporo do opowiedzenia. Przede wszystkim w miniony weekend byliśmy na weselu u znajomych. Z pewnością Wam je opiszę, bo to jak wyglądają tureckie wesela jest naprawdę ciekawe :) Mam trochę zdjęć, muszę je pościągać od męża, posegregować i wtedy sklecę jakiś sensowny post. Napiszę tylko, że wesele okazało się dla mnie tak wyczerpujące, że dochodziłam po nim  do siebie przez całe 2 dni :)

Poza tym jestem zdecydowana jechać do Polski w czerwcu. Niedługo zaczynam polowanie na bilety. Wykorzystując okazję, zamierzam zrealizować część zakupów wyprawkowych właśnie w kraju. Niestety wiele rzeczy jest wciąż w Turcji niedostępnych, takich jak np. podkłady na łóżko czy poporodowe (sic!) lub szalenie drogich, jak chociażby laktator. I tutaj właśnie chciałabym prosić Was, drogie Mamy, o radę w jego wyborze. Przyznam, że zupełnie nie wiem jak się do tego zabrać. Przeczytałam już tyle opinii, ale im bardziej w las, tym wiem mniej :-] 

Prosiłam też o radę moją mamę, ale okazuje się, że należy ona do pokolenia bezlaktatorowego, bo na hasło "laktator" zareagowała wielkim zdziwieniem pod tytułem "po co ci to" i obrzydzeniem, że będę się doić. Co prawda nie przewiduję żadnej rozłąki z dzieckiem, z racji, że pracuję w domu nie muszę tak naprawdę w ogóle z niego wychodzić, a już na pewno nie bez dziecka. Wolę jednak mieć go w razie czego, gdyby jednak świat stanął do góry nogami i musiałabym wyjść bez córeczki. Poza tym wydaje mi się, że okaże się pomocny przy wszelkich problemach związanych z laktacją takich jak nawał czy zastój. Przyznam, że gdybym mieszkała w Polsce, wstrzymałabym się z jego zakupem aż do narodzin maleńkiej lub nawet do momentu, w którym okazałby się niezbędny. Niestety jednak ceny laktatorów w Turcji są dwu- lub nawet trzykrotnie wyższe niż w Polsce, a wybór jest zdecydowanie mniejszy. Wolę więc wykorzystać okazję odwiedzin w kraju i kupić go teraz. 

Przede wszystkim moje rozterki dotyczą pytania: manualny czy elektryczny? 

Najchętniej kupiłabym elektryczny z możliwością manualnego odciągania, ale ceny są trochę zaporowe. To znaczy szarpnęłabym się na taki sprzęt, gdybym miała przed sobą perspektywę codziennego wychodzenia do pracy i częstych rozłąk z dzieckiem, ale jak na razie nic takiego nie planuję. Myślałam, by kupić taki używany, ale mam niemałe obawy czy to oby na pewno higieniczne. Co prawda wszystko się wyparza, ale znak zapytania w mojej głowie pozostaje. Jedne mamy chwalą elektryczne i złorzeczą na manualne strasząc, że po krótkim czasie ręka odpada, inne z kolei twierdzą, że manualne w zupełności wystarczają. 

Największym problemem jest to, że nie mam pojęcia jaka będzie moja laktacja i jakie będę miała potrzeby. Zonk! Zonk! Zooonk!

Ostatnio przychylam się nieśmiało do zakupu laktatora ręcznego Avent Isis Via. O tego:

Zdjęcie pochodzi ze strony: http://www.babyclub.pl

Przeczytałam całą masę pozytywnych opinii na temat tego produktu. Cena jak najbardziej do przyjęcia. Martwię się jedynie samym systemem odciągania, czyli za pomocą uchwytu z tyłu laktatora. Zastanawiam się czy czasem laktator z pompką nie byłby wygodniejszy, np. taki z Babyono:

http://polskiesklepydzieciece.eu/

Za Aventem przemawia u mnie fakt, że w razie czego mogę bez większych problemów dokupić jakąś część w Turcji. 

Pozostaje jednak pytania czy oby na pewno manualny? Myślę, że gdyby pojawił się u nas problem z manualnym to pierwszą okazję do zakupu elektronicznego będę miała w grudniu, 2 miesiące po rozpoczęciu karmienia, gdy przyjedziemy do Polski na Boże Narodzenie... Trudno mi jednak teraz ocenić, czy to długi czy krótki czas z niedopasowanym laktatorem :)

Drogie Mamy, proszę, pomóżcie! Co Wy używacie/używałyście? Jakie są Wasze doświadczenia?




czwartek, 22 maja 2014

Jest lepiej

Wczoraj mój dół sięgnął rozmiarów giganta. 

Dobrze zrobił mi wpis na blogu, zbicie dwóch talerzy i szklanki oraz poryczenie sobie pod prysznicem. Jednak najlepiej zadziałało przytulenie przez męża. H. cichaczem poczytał jednak trochę na martwiące mnie tematy, bo przyszedł do mnie z planem rozwiązania sytuacji :) Kocham go za takie logiczne myślenie. Przyznaję, że ja w chwilach słabości popadam zupełnie w rozpacz, podczas gdy on skupia się na znalezieniu rozwiązania. Pocieszył mnie, że w Turcji wiele da się załatwić rozmową i że on już przekona doktorka, by mógł bez przeszkód być obok mnie w czasie porodu. A o szyjkę będziemy się dopominać, to też obiecał. Nabrałam trochę wiary i jest mi lepiej. 

Co wcale nie zmienia mojego rozczarowania lekarzem. Niestety nie mam chyba co liczyć na lepszego, bo po moich poszukiwaniach w tureckim internecie widzę, że to problem raczej ogólnokrajowy. Przypuszczam, że winne są w dużym stopniu same kobiety, które wręcz nie chcą być dokładnie badane. Większość dyskusji na tureckich forach kobiecych jest o tym, jak bardzo wstydzą się wszelkich badań i porodu. Szanuję ich zdanie, ale zupełnie nie mogę pojąć jak lekarze mogą podporządkowywać rodzaje badań pod widzimisię takich wstydliwych bab. Bo chociażby ta cholerna szyjka... przecież to sprawa ogromnie ważna, nie pojmuję jak można ją ignorować byle tylko nie wykonywać USG dopochwowego. To wszystko sprawia, że ja sama zaczynam się krępować dopominając się wyraźnie tego typu badań. Staram się jednak pamiętać, że to dla dobra naszej córeczki i że ginekolog to w końcu lekarz. Do tej pory jakoś nigdy się tym nie przejmowałam. Ginekolog pozostawał dla mnie osobą bezpłciową, kompletnie aseksualną, ale tutaj takie starodawne myślenie skutecznie przypomina mi, że jednak się myliłam. 

Bardzo, bardzo liczę na to, że drugie dziecko nie będę już musiała rodzić w Turcji. 

H. widząc moje zrezygnowanie gotowy był wysłać mnie na poród do Polski. Brzmi wspaniale, ale niestety nie zapewniłoby mi to spokoju ani komfortu, bo co z tego, że ja byłabym pod lepszą opieką skoro nie byłoby ze mną męża... Poród w Polsce oznaczałby dla nas mniej więcej 3-miesięczną rozłąkę i to w momencie, w którym naprawdę ważna jest dla mnie jego obecność. Zupełnie nie biorę więc tego pod uwagę. 

Dziękuję Bogu, że jak dotąd moja ciąża przebiega wręcz wzorcowo, nasza kruszynka się pięknie rozwija i nie mamy żadnych problemów. Boję się jednak na myśl co by było, gdyby... I to właśnie nie daje mi spokoju. Staram się nie martwić na zapas, ale ciężko pozostać obojętnym po usłyszeniu takich wywodów od lekarza prowadzącego. 

Córeczka też mnie pociesza. Od dobrego tygodnia bardzo wyraźnie czuję jej ruchy. I nie jest to już delikatne smyranie, tylko wiercąca się rybka :) Nie wiem czy to kopniaki, czy malutka przewraca się z boku na bok czy właśnie wykonuje fikołka, ale od jej akrobacji brzuch delikatnie faluje i wreszcie H. może również ją poczuć. Zdecydowanie upodobała sobie prawą część brzucha, tuż przy pępku. Piękne są te chwile, gdy H. przykłada swoją dłoń i gdy widzę w jego oczach nieopisaną radość i niedowierzanie. Kocham ich oboje ponad życie i już nie mogę się doczekać, gdy będziemy w trójkę.



środa, 21 maja 2014

Półmetek

Jesteśmy na półmetku ciąży, a nawet i za :-) 21 t.c. właśnie trwa więc połowa już za nami. Przyznam, że zleciało jak w oka mgnieniu. Ciąża to piękny czas, ale ja przez wrodzoną niecierpliwość nie mogę się doczekać jej zakończenia. Dla mnie cały ten rok to właściwie czekanie na jego zakończenie. Na narodziny naszego dziecka, na pierwsze dni razem, na wyjazd do Polski i naprawdę magiczne Boże Narodzenie.

Dzisiaj byliśmy na badaniu połówkowym. Z doktorkiem Alim umówieni byliśmy na 10:10 więc spokojnie wstałam sobie o 8, ogarnęłam siebie i śniadanie i o 9 obudziłam H. Siedząc przy śniadaniu przypomniałam H. startegię dzisiejszej wizyty - tak jak doktorek Ali nam tłumaczył: najpierw do niego po dokumenty, potem na USG na wydział radiologii i potem z powrotem do niego. Wtedy H. rzucił niezobowiązujące "a my nie byliśmy czasem umówieni z radiologiem na 9 coś tam?" Yyyyyyyy! Cholerka, wtedy mnie olśniło, ale przeszukałam całą teczkę naszych ciążowych dokumentów i nie znalazłam żadnej notatki od radiologa. Po śniadaniu pognaliśmy więc szybko do szpitala. Oczywiście zdążyłam się nieźle zdenerwować pomimo prób uspokojenia mnie przez H. Nie lubię się spóźniać i już, nic na to nie poradzę. Do szpitala weszliśmy wejściem bliżej radiologii więc od razu zapytaliśmy o godzinę naszej wizyty - faktycznie 9:30 co pielęgniarka skwitowała "Właśnie minęła. Pędem po dokumenty". Łatwo mówić. Radiologię z ginekologią dzielą 3 piętra, a jakoś jak dotąd nie obczailiśmy nigdzie windy. H. to może i by sobie pędem poleciał co nawet mu zaproponowałam, ale skwapliwie przypomniał mi, że przy płatności za wizytę pobierają moje odciski palców :D (tak, tak, to tutaj takie zabezpieczenie na wypadek pacjentów korzystających z cudzego ubezpieczenia). Gdy zasapana zatrzymałam się na schodach, H. uspokoił mnie mówiąc "Spokojnie. Przecież jesteśmy w Turcji. Tutaj wszyscy się spóźniają. Myślisz, że nas nie przyjmą, gdy spóźniamy się 15min. podczas gdy oni każą nam czekać na umówioną wizytę po prawie 3h?". Heheh, miał rację! Resztę trasy przeszłam normalnym tempem :)

W gabinecie radiologa pierwsze co usłyszałam to była Metallica :D Radiolog okazał się sympatycznym gościem z kitką i bez fartucha (no dobra, trochę się czepiam). Wypytałam go przy okazji o USG 4D, bo w jego gabinecie wisiał wielki plakat z reklamą. Poradził by zgłosić się po 25 t.c. Wymierzył dokładnie nasze maleństwo, które okazało się w czasie od ostatniej wizyty prawie podwoić swój ciężar i osiągnąć tym samym wagę 380g :-) Lekarz zapytał czy znamy płeć, odpowiedziałam, że znamy, ale na jaką on je ocenia :) Facet się zaśmiał i zażartował, że ptaszek już z tego nie wyrośnie :D

Po tym badaniu pognaliśmy na standardową kontrolę do doktorka Aliego. Pielęgniarka uprzednio tradycyjnie mnie zważyła i zmierzyła mi ciśnienie. Gdyby kolejność była inna to ciśnienie miałabym chyba ciut niższe. W ciągu 3tyg. przytyłam 2kg, cholera, to na pewno przez towarzyszący mi ostatnio apetyt na domowe ciasteczka, szlag! Niestety idą w odstawkę. 

Doktorek Ali również zrobił mi USG, co trochę mnie zdziwiło, no ale skoro proponuje... Wyjaśnił, że wszystkie wymiary są poprawne i wskazują dokładnie 21 t.c. Zapytałam czy maleństwo nadal jest dziewczynką - twierdzi, że tak :))) Nasza córeczka podczas badania słodko ssała kciuk, a potem drapała się jedną rączką po głowie. Widać było nawet otwarte oko :) Kiedy doktorek chciał już skończyć badanie, zapytałam czy na USG widzi też szyjkę macicy i czy mógłby sprawdzić jej długość, bo jak dotąd nic na ten temat nie mówił. Sprawdził. Szyjkę ocenił na mniej więcej 4cm więc wszystko jest ok, ale mocno zaniepokoił mnie swoim wywodem na ten temat. Według doktorka długość szyjki można precyzyjniej ocenić poprzez badanie dopochwowe - ja na to, że ok, wiem, i kiedy zamierza je zrobić :D A doktorek, że on nie robi tego badania, bo z szyjką I TAK NIE MOŻNA NIC ZROBIĆ, a jeżeli zacznie się za szybko skracać, to tylko mnie wystraszy. Przyznam, że na taką głupotę znowu poczułam jak mi skrzydła podcinają... Doktorek twierdzi, że jak będzie się działo coś nie tak to będę to czuła i wtedy powinnam mu powiedzieć. Nosz kurde, jestem co prawda w pierwszej ciąży, ale czytam sporo i jak dotąd nie słyszałam by można odczuć skracanie szyjki... Próbowałam go przekonać, że lepiej chyba zapobiegać niż potem walczyć z przedwczesnym porodem, a on na to, że przecież i tak nic się na to nie poradzi. Nie jestem lekarzem, nie wiem dokładnie co się robi ze skracającą się szyjką, ale czytam przecież również na samych blogach a to o pobycie w szpitalu z tego powodu, a to o lekarstwach, a to o zakładaniu szwu. Poczułam się na to trochę bezsilna, doktorek chyba zobaczył rezygnację w moich oczach, bo szybko dodał, że jeśli bardzo chcę takie badanie, to on bez problemu może je zrobić. Będę go truła o tą szyjkę na każdej wizycie, niech sprawdza. Jeśli będzie się działo coś nie tak, to chociaż będę wiedziała, że powinnam więcej leżeć niż spacerować, do czego wciąż mnie namawia. 

Nokaut czekał mnie jednak w momencie, gdy zapytałam o pływanie w morzu i basenie. Doktorek odpowiedział, że w morzu jak najbardziej, w basenie z kolei nie poleca. Zasugerowałam, że może jakieś tabletki dopochwowe by mi zapisał, co by zabezpieczyły mnie przed infekcją. Doktorek znowu się rozgadał, że on nie poleca żadnych tabletek, bo psują tylko ph pochwy, a i tak nie zapewnią mi całkowitej ochrony. A ja właśnie mam większą ochotę na basen niż na morze, do którego wypad trzeba organizować z wiecznie zajętym H. i włazić do morza po kamlotach. Od zawsze preferuję baseny. Woda jest słodka, mogę się popluskać trzymając brzegu... Poza tym basen mam pod nosem (u sąsiada w ogrodzie) i już prawie H. mi obiecał, że uzgodni z nim bym mogła na niego chodzić. W weekend jedziemy na wesele do znajomych i wybierając hotel kierowaliśmy się właśnie tym, czy ma basen i jaki duży. Już marzyłam o kąpieli. I szlag mnie trafił na myśl, że w Polsce lekarze wręcz zachęcają do basenów, profilaktycznie przepisują tabletki i dziewczyny mogą się cieszyć kąpielami przez całą ciążę, a ja tutaj gdy za chwilę będzie 45stopni mam się wstrzymywać, bo doktorek straszy infekcją. Infekcję przecież mogę dostać również w ogóle nie włażąc ani do basenu ani do morza! Jak dostanę, to niech leczy... Ja sama może bym się tym aż tak nie przejęła, bo tak naprawdę to żadnemu lekarzowi nie ufam w 100%, zawsze wybieram taką diagnozę, z którą sama się zgadzam. Pomyślałam sobie, że zrobię wszystko by udało mi się wyjechać wkrótce do Polski i tam poproszę mojego ginekologa o przepisanie takich tabletek. Już prawie się pocieszyłam i po wyjściu z gabinetu podzieliłam się tą optymistyczną wersją z H., gdy nagle przyszło mi się zmierzyć z niespodziewanym atakiem z jego strony. Że powinnam słuchać lekarza, że po co się wykłócam (!), że zawsze wiem wszystko lepiej, a to przecież też jego dziecko... Przyznam, że poczułam się okropnie, kocham nasze maleństwo nad życie już teraz, nigdy w życiu nie zrobiłabym jej świadomie krzywdy. Ale nie chcę przesadzać, mam swój rozum, szukam odpowiedzi na pytania i to nie tylko u jednego lekarza. H. chyba zbyt mocno wystraszył się hasłem "infekcja", bo zachowuje się tak jakby kąpiel w basenie oznaczała dla mnie zagrożenie śmiertelną chorobą. I najgorsze jest to, że nawet trudno z nim dyskutować, bo on nie czyta tyle co ja, nie wertuje internetu w poszukiwaniu ciążowych informacji i jedyny lekarz ginekolog, z którym w całym swoim życiu rozmawiał to doktorek Ali.......

Na deser H. zapytał o poród rodzinny. Dzięki mu za to, bo ja byłam już tak zrezygnowana w tym momencie, że zupełnie o tym zapomniałam. Do tej pory wydawało mi się to oczywiste, że są i można w ten sposób powitać dziecko na świecie. Ostatnio jednak koleżanka Polka mieszkająca w Turcji rodziła w innym mieście. Miałam więc informacje z pierwszej ręki. Dziewczyna co prawda miała poród z przygodami, bo poród sn jakoś ją przerósł i już w trakcie błagała o cesarkę. Powiedziała, że zupełnie nie chciała przeć i ostatecznie lekarka wraz z położną wręcz wyciskały z niej dziecko. Ale do brzegu. Dziewczyna wyznała mi, że jej mąż został wyproszony z sali porodowej. W prywatnym szpitalu. Gdyby nas coś takiego spotkało wyzwałabym cały personel od najgorszych. Wolałam więc się upewnić, że nas w ten sposób nie zaskoczą. Doktorek powiedział tak: "O porodzie będę wam jeszcze mówił, ale skoro pytacie to w pierwszej fazie możecie być razem, zresztą i tak będziecie w normalnym pokoju (?!), ale potem w kulminacyjnym momencie tata będzie musiał wyjść i wchodzić będzie mógł tylko na chwilę". Że jak??? Że będzie mógł wchodzić i wychodzić? Czyli pewnie w praktyce w ogóle nie wchodzić. I tak właściwie to dlaczego? Powiedziałam, że będziemy jeszcze o tym rozmawiać, bo jest to dla mnie bardzo ważne. Nie miałam już siły na kolejną dyskusję. I myślę sobie teraz... jak by to było cudownie być teraz w Polsce, gdzie od samego początku jasne jest, że nikt męża z sali nie wyprosi, gdzie można przyjść na porodówkę z planem porodu (o czymś takim w ogóle tutaj nikt nic nie słyszał i pewnie długo jeszcze nie usłyszy), gdzie można się domagać kontaktu skóra do skóry i ochrony krocza (koleżance z innego miasta nacięto krocze beż jakiegokolwiek pytania lub ostrzeżenia), gdzie są poradnie laktacyjne i szkoły rodzenia. Wiem, że nigdzie nie jest idealnie. Że porody w Polsce też bywają okropne, że personel bywa podły, że dokarmiają dziecko mm itd. itd. Ale ja teraz będąc daleko tęsknię za takimi... standardami, które tutaj są brane jedynie za moje wymysły. Może głupio robię czytając tyle o ciąży, szukając informacji, przeglądając Wasze blogi i czytając historie Waszych porodów. Pewnie gdybym wiedziała tyle, co przeciętna ciężarna Turczynka byłoby mi znacznie łatwiej - zero stresu, ślepe zaufanie do lekarza, balans zysków i strat zawsze na zero, bo skoro się o czymś nie wie to się potem nie żałuje, że się tego nie miało. 

Mam doła. 

Buziolek naszej córeczki na osłodę

czwartek, 15 maja 2014

O łzach

Jeszcze przed ciążą sporo się naczytałam o wariujących hormonach przyszłych mam. Przez te lektury nastawiłam się trochę na ciągłe zmiany nastroju, ostrzegłam również męża, żeby w razie czego z decyzją o rozwodzie wstrzymał się do rozwiązania ;-) Tymczasem nie jest tak źle! Wkurzam się z podobnym tempem jak to było do tej pory. Efekt w drugą stronę jest porównywalny - wybuchów euforii również nie odnotowałam. Jedyne co zauważam to jest to, że łatwo doprowadzić mnie do płaczu :-) 

Ogólnie nie jestem zbyt mocno płaczliwa, choć są pewne sytuacje, w których płaczę standardowo. Przede wszystkim podczas oglądania niektórych filmów. Nawet po raz -ędziesiąty. I tutaj możecie się ze mnie śmiać, ale płaczę ZAWSZE na Titanicu i to nie tylko wtedy, gdy Leo idzie na dno. Płaczę też na końcowej scenie Tańczącego z wilkami, gdy Kevin odjeżdża z ukochaną na koniu, a jego kumpel-Indianin krzyczy ze skały "Do you see that I am your friend? Can you see that you will always be my friend?!" (w tym filmie płaczę też na kilku innych scenach - m.in. strzelania do wilka :-() Ryczę jak wół od początku do samego końca na filmie PS. Kocham Cię. Powstrzymuję się, ale jest mi ciężko, gdy umiera Mufasa z Króla lwa :-] 

Ostatnio mam ciężki okres, bo pogoda z super słonecznej i wręcz gorącej znów zmieniła się w burzową szaro-burą. Na spacer więc nie wychodzę, bo nie wiadomo kiedy spodziewać się ulewy. Zalegam więc na kanapie przed TV, a tam jak na złość leci cały repertuar takich moich osobistych wyciskaczy łez. Do tego czytam książkę (nie, to nie jest dramat tylko thriller, ale to nie szkodzi), której bohaterką jest młoda wdowa tęskniąca za zmarłym mężem i pomimo, że chyba nie takie było zamierzenie autorki - wzdycham ciężko i wycieram ukradkiem łzy przy każdym niemal posiedzeniu nad lekturą.

A od 2 dni mam w TV istny armagedon. Wybuch w kopalni w Somie, tutaj u nas w Turcji. Zdaje się, że relacja z katastrofy jest teraz nadawana na cały świat. W Turcji ogłoszono 3-dniową żałobę narodową. Ponad 280 górników straciło życie, a jeszcze około 120 jest 2km pod ziemią i szanse na ich uratowanie można pomału uznawać za zerowe. Ramówka na tureckich kanałach została w większości kompletnie wstrzymana na rzecz ciągłej transmisji z miejsca wypadku. Samo zdarzenie jest okropnie tragiczne, tylu (często bardzo młodych) ludzi straciło życie, pokazywane są niesamowicie ciężkie warunki pracy górników to jeszcze dokładane jest do tego tureckie umiłowanie do dramatyzowania. Turcy uwielbiają rozpaczać i jest to widoczne chociażby w każdym wydaniu wiadomości. Sceny z wypadków np. samochodowych są kilkakrotnie powtarzane, co bardziej krwawe miejsca wskazuje się czerwonymi pulsującymi strzałkami. Przy większych wypadkach powstają nawet specjalne spoty pokazujące zdjęcia z miejsca zdarzenia z przygnębiającą muzyką i rozpaczliwymi pytaniami typu "dlaczego"...

Nie inaczej dzieje się teraz. W telewizji non stop pokazywany jest tłum rodzin i przyjaciół górników koczujących przed kopalnią i szpitalem. W szczególności kamera kierowana jest na matki i żony górników, które w rozpaczy dostają różnych ataków, mdleją, wykrzykują imiona swoich bliskich, są niesione/podtrzymywane przez bliskich. Przeprowadza się wywiady z takimi osobami - na przykład z młodziutką dziewczyną, która opowiada, że czeka na wiadomość o swoim 25-letnim mężu. Ma 2-letnie dziecko i jest w 5. miesiącu ciąży. Programy studyjne udostępniły specjalne infolinie, na którą może zadzwonić każdy, kto publicznie chce wyrazić swój ból i wielu Turków z tej możliwości korzysta by popłakać sobie wspólnie na antenie.

Ja po prostu nie mogę na to patrzeć. Co pewien czas włączamy jeden z kanałów informacyjnych by dowiedzieć się, czy kogoś nowego uratowano, czy zwiększono oficjalną liczbę ofiar. Zaraz po tym muszę zmienić kanał, bo to już nawet nie płacz, ale prawdziwy szloch wydziera się z mojej piersi. Uciekam więc do kanałów zagranicznych, a tam - moje klasyczne wyciskacze łez. Był już Tańczący, był też Titanic.

O  mamo, ratunku. Nie mam już nawet ochoty na komedię.

Jutro ostatni dzień państwowej żałoby, ale żałoba w sercach wszystkich Turków trwać będzie o wiele dłużej



poniedziałek, 12 maja 2014

Dzień Matki

Wczoraj był w Turcji obchodzony Dzień Matki. Przyznam, że nie przepadam za tutejszym stylem obchodzenia tego dnia. Święto jest bardzo mocno skomercjalizowane i już niemal miesiąc przed nim zaczęliśmy być bombardowani wszędobylskimi reklamami prezentów na tą okazję. Proponowane prezenty wydały mi się okropnie przesadzone - m.in. brylantowa biżuteria. O wiele bardziej przemawia do mnie polskie podejście - kwiatek i szczere życzenia. Niestety, współczesny rynek wykorzystuje każdą okazję do zarobienia pieniędzy więc nie obwiniam zbyt mocno Turków.

Dopilnowałam by mąż był w miarę przygotowany na to święto. Pojechaliśmy wcześniej na zakupy i kupiliśmy mały prezencik dla teściowej, z którego wiedziałam, że będzie się cieszyć, a potem zapowiedzieliśmy się u teściów na wieczór. Prezent okazał się trafiony, a wieczór minął nam na popijaniu herbatki.

Przy okazji mnie również złożono po raz pierwszy życzenia z okazji tego święta. Przemiłe było to uczucie, gdy wyobraziłam sobie, że niedługo faktycznie będę mogła nazywać siebie mamą. Nasze maleństwo rośnie ostatnio w zawrotnym tempie o czym świadczy szybko powiększający się brzuszek. Patrzę na poprzednie brzuszkowe zdjęcie i nie mogę uwierzyć, że tak urósł w niecałe 2 tygodnie!


Właśnie zaczęłam 20t.c. Waga pokazuje +3kg od wagi wyjściowej. Jestem z siebie zadowolona, bałam się, że przytyję znacznie więcej do połowy ciąży tym bardziej, że ostatnio wciąż mam ochotę na lody i słodkie. Niezła to zmiana od 2-3 miesiąca, gdy marzyłam głównie o bigosie, kiszonej kapuście i świńskiej wędzonej szynce :-D

Nasz maluszek nie rusza się zbyt wiele, ale na razie się tym nie martwię. Wizyta u pielęgniarki bardzo mnie uspokoiła i nie wyczekuję już tak tych ruchów. Tłumaczę sobie, że dziecko przecież też musi spać, a poza tym chyba jest wyjątkowo spokojne. Przypominam sobie, że nawet na badaniach USG niespecjalnie się ruszało. Chyba więc taki jej charakter (choć nie mam pojęcia po kim, bo chyba nie po mamie-choleryku i tacie-nerwusie). Oby ten spokój ducha nie minął jej po narodzinach ;-) Poza tym ostatnio przez deszczową pogodę ja sama ledwo miałam siłę wstać z łóżka, więc nasze maleństwo chyba też było wyjątkowo senne. W przyszłym tygodniu mamy badanie połówkowe i już nie mogę się doczekać, aż znowu zobaczę nasze cudo :-) Zdążyłam się przyzwyczaić do wizyt co 2 tygodnie i teraz 3-tygodniowa przerwa strasznie mi się dłuży. Muszę sobie zapisać, by podpytać doktorka o USG 4D.

Więcej grzechów nie pamiętam. A teraz lecę upiec maślane ciasteczka :-D


piątek, 9 maja 2014

Wszędzie dobrze tam gdzie nas nie ma

Stęskniłam się za Polską. Od ostatniej wizyty mija dokładnie 5 miesięcy i coraz częściej sprawdzam bilety lotnicze. Wczoraj jednak tęsknota uderzyła we mnie podwójnie, gdy mąż powiedział mi, że dostał bardzo fajną propozycję pracy z Krakowa.

Że też on zawsze tak kusi los!

Do Turcji też przeprowadziliśmy się od tak sobie. H. ma nawyk rozsyłania swojego CV bez względu na to czy jest zadowolony z obecnej pracy czy nie. I tym sposobem  co pewien czas zdarzają się tak atrakcyjne oferty, że wywracają nasze życie do góry nogami, nawet jeśli ostatecznie się na nie nie decydujemy. Dni mijają na gdybaniu, rozważaniu, analizowaniu. Bo taki to już jest ten los złośliwy - jak człowiek chce i szuka to nic nie ma, a jak próbuje się tak od niechcenia, to propozycje sypią się jak z rękawa. I tym sposobem najpierw z wielkopolskiego rzuciło nas do Warszawy, potem do Stambułu, a teraz na południe Turcji. 

Niestety życie tutaj nie jest dokładnie tak kolorowe jak się spodziewaliśmy. Prowadzenie własnego biznesu ma dużo zalet, przede wszystkim jeśli chodzi o swobodę w dysponowaniu czasem, co w naszym przypadku jest niezwykle istotne. Wiadomo, że od czasu do czasu każdy z nas chce zobaczyć swoją rodzinę. Ja tradycyjnie co roku w grudniu. I nie chcę tam jechać tylko na parę dni, bo aż szkoda czasu i pieniędzy na podróż. W ten sposób przysługujący nam urlop minąłby tylko na odwiedzinach u rodziny. A gdzie nasze własne wypady? Awaryjne pojedyncze dni? Nie wiem, może mamy za duże wymagania, ale strasznie nas to zniechęca do podejmowania pracy w korporacjach. Przyjeżdżając tutaj mieliśmy wielkie marzenia, ale już teraz wiemy, że na realizację większości z nich będziemy musieli jeszcze kilka lat poczekać, a nawet nie wiemy czy w ogóle uda nam się kiedykolwiek na ich realizację pozwolić. Wszystko jest pomieszane z poplątanym. Wydaje mi się, że łatwiej nam było żyć z dala od rodziny, w szczególności tej tureckiej. Tutaj też się kłania inna mentalność. Turcy uwielbiają żyć stadnie, problem jednego członka to problem całej familii. A my nie mamy za bardzo ochoty zajmować się problemami innych ludzi. Przynajmniej ja nie mam i widzę, że H. też się tym męczy.

Poza tym, tęsknię za Polską. Za śniegiem. Za odgłosem sów letnim popołudniem. Za polskimi sklepami.  Za ofertami weekendowych wypadów za granicę za śmieszne pieniądze. Za polską kiełbaską na grillu! Czuję się trochę zmęczona tym ciągłym kombinowaniem jak coś ściągnąć z Polski, bo w Turcji tego nie ma lub cena przyprawia o zawrót głowy. Albo koniecznością pamiętania co przywieźć z kraju podczas następnej wizyty.

Kraków jest z pewnością pięknym miastem, szkoda tylko, że tak daleko położonym od miejscowości, w której mieszka moja rodzina. Absolutnie nie chciałabym mieszkać tam z nimi. Marzę raczej o bezpiecznej odległości 100km, tak jak to było w czasach studenckich :) Jednak dla tych wszystkich ułatwień, gotowa byłabym przystać również na Kraków.

Ale...

Jak tylko pomyślałam sobie o kolejnej przeprowadzce, o kasie, którą włożyliśmy w urządzanie obecnego mieszkania, o tym ile trudu kosztowałoby mnie spakowanie tego wszystkiego... Popatrzyłam na dziecięce łóżeczko, z którego zakupu dopiero co tak się cieszyłam i na wózek, który dopiero co ściągnęłam w trudach z Polski... Do tego (a pewnie przede wszystkim) największy sprawdzian naszej nowej lokalizacji dopiero przed nami - sezon letni właśnie się zaczyna. Dopiero pod koniec września będziemy wiedzieli ile zysku przyniesie hotel pod naszym kierownictwem i nowe inwestycje, które poczyniliśmy. Przeprowadzka w tej chwili do Polski byłaby trochę ucieczką bez spróbowania szans tutaj.

Decyzja więc wydawała się jasna, ale tym razem naprawdę ciężko było odmówić. Do tego doszły moje ciążowe hormony, które do tej pory trzymałam w ryzach, i burzowa pogoda, którą mamy od kilku dni i w rezultacie aż się popłakałam.

Chcę urodzić tutaj nasze dziecko, ale coraz bardziej uświadamiam sobie, że chyba wciąż nie znaleźliśmy naszego gniazda na stałe. Że w przyszłości, pewnie bliższej niż myślimy, czeka nas kolejna przeprowadzka. I dobrze, tej się właściwie nie boję. Mam tylko nadzieję, że w chwili, w której dane nam będzie podjąć decyzję, nasza sytuacja nam to ułatwi, czytaj: nie będziemy mieli nic do stracenia.

A gdybania i tak nie uniknę. Siedzę więc sobie teraz na naszym balkonie z pięknym widokiem na morze i rozmyślam, jak by to było jakby nas tu nie było :-]

wtorek, 6 maja 2014

Schiza nr 1

Nasze dziecię to naprawdę okropny leniuch. 

Fakt, że dopiero od niedawna czuję ruchy dziecka i nie mam jeszcze zbyt dużo doświadczenia w tym zakresie. Ostatnie wyraźne ruchy czułam w piątek wieczorem po podwójnej porcji rafaello (jeden kawałek nie wystarczył :)). W weekend tak naprawdę nie czułam nic. Czasem coś mnie połaskotało z którejś strony, ale patrząc na swój brzuch oceniałam, że to chyba niemożliwe by to było dziecko, bo tak jakoś za bardzo z boku/za wysoko... Byłam już nieźle wystraszona. Przeszukując internet w poszukiwaniu kolejnych informacji coraz bardziej się tylko nakręcałam. Otóż wujek Google wspomina głównie o minimalnej ilości ruchów NA GODZINĘ. H. próbował mnie uspokoić tłumacząc, że może maleństwo ułożyło się jakoś z tyłu tak, że nie czuję jak się rusza i że dopiero od niedawna czuję ruchy więc może jeszcze nie jestem na nie tak wrażliwa... Z jednej strony starałam się nie panikować, ale według wszystkich informacji w sieci powinnam czym prędzej pędzić do szpitala. Postanowiłam jednak trochę bardziej poczekać licząc, że wreszcie się ruszy, bo straszne to jest, ale chyba jeżeli coś niedobrego (odpukać!) miałoby się faktycznie zdarzyć, to chyba i tak na tym etapie ciąży nie dałoby się nic zrobić. I tak dotrwałam do poniedziałku. Byłam już zdecydowana na wizytę w naszej przychodzi, gdy poczułam jakby lekkie pojedyncze ruchy. Miałam nadzieję, że malutka dopiero się rozkręca, ale po tym znowu nastąpiło milczenie. Kurde! Analizując to uczucie po południu przestałam już nawet być pewna, że to co czułam to na pewno było nasze dziecko! Dzisiaj więc już dłużej się nie zastanawiałam, bo z każdą godziną coraz bardziej tylko się zamartwiałam. Pobiegłam do naszej pielęgniarki by posłuchać bicia serca. Kobiecina zdziwiła się na mój widok, ale wytłumaczyłam jej szybko w czym rzecz więc bez zadawania dodatkowych pytań szybko kazała mi się położyć na kozetce. Przejeżdża swoją sondą z prawej strony brzucha w stronę pępka - nic. Krąży wokół pępka - nic. Błądzi z lewej strony - nic. Ja już schodzę na zawał. Kobieta patrzy na mnie ze współczuciem i mówi, żeby się nie denerwować. Łatwo mówić! Wreszcie do moich uszu dochodzi rytmiczne pukanie. Uffffff.... Po wyjściu z przychodni z radości łzy mi napłynęły do oczu. Boże, co za ulga. Czy już do końca ciąży czeka mnie takie schizowanie???? Jeśli tak, to w chwili porodu będę siwiuteńka. 

Rany, córeńko, ruszaj się częściej, bo matka zejdzie na zawał!

piątek, 2 maja 2014

Leniuch

Dzisiaj mamy leniwy dzień. To znaczy ja i nasze dzieciątko, bo H. zasuwa w pracy od rana. 

Na zewnątrz niby ciepło, ale niebo zachmurzone, pogoda taka trochę szarobura polska... Przez ostatnie dwa dni wciąż przechodziły burze i to z takim deszczem, że nawet drzwi balkonowe zaczęły nam przeciekać w pewnym momencie. 

Chyba muszę odnotować kolejny etap sturczenia :)) bo taka szarobura pogoda to było to na co H. narzekał w Polsce najczęściej. Zawsze śmiałam się z niego, że jest wciąż śnięty, bez energii, a on złowieszczył, że "jak długo można nie widzieć słońca?!" Ano w Polsce dość długo :-D Teraz jednak zaczynam chyba podobnie reagować. Chociaż upałów nie znoszę, o czym już kiedyś pisałam. Spędzam więc dzień wylegując się przed telewizorem. Obejrzałyśmy już po raz setny "Tańczącego z wilkami" (ohh ten młodziutki Kevin Costner!) i kilka komedii, na których mi się ciut przysnęło. Nasze dziecię dzisiaj też się leni, bo prawie się nie rusza, przynajmniej nie odczuwam. Przez ostatnie kilka dni czułam tych ruchów już całkiem sporo, a apogeum było wczoraj. Do smyrania doszło pukanie, a nawet jakieś fikołki. Wczoraj mogłam się cieszyć nimi przez cały dzień, a dzisiaj cisza. Wsunęłam nawet kawałek placka Rafaello, ale oprócz ledwo wyczuwalnego jednego smyrnięcia, więcej efektów nie przyniósł. Trudno, dziecię dzisiaj nie w humorze. 

...Chociaż teraz, gdy już je czuję, chciałabym codziennie chociaż parę tych ruchów odnotować, żeby mieć pewność, że wszystko jest ok...

Z innych spraw, dwa dni temu doszedł do nas nasz Mutsy. Jak dla mnie jest zajebisty. Wygląda naprawdę pięknie, prowadzi się super. Składa się całkiem wygodnie, wszystkie adaptery, gondolka, spacerówka wchodzą gładko, bez żadnego oporu. Tylko klik i już po sprawie. Koła wyglądają całkiem porządnie. Na razie stoi w sypialni i cieszy nasze oczy. Na pewno będę pisać jak będzie się sprawował.

A poniżej moje ostatnie zdobycze. Kupowanie kwiatów uzależnia!