środa, 25 maja 2016

Ostatnie dni

Az trudno w to uwierzyc, ale juz jutro wracamy do Polski. H. wyraznie przygnebiony, ja z mieszanymi uczuciami, tylko Laura fika nieswiadoma. Moje mieszane uczucia spowodowane sa jednak tylko obawa przed nowym, ktore czeka nas nieuchronnie juz w srode. Laura po raz pierwszy u niani na 8 godzin z drzemka wlacznie, ja w pracy. Do tego sprawdzian na szybkie wyjscie z domu rano. Boje sie jak sobie z tym poradzimy i ten strach kompletnie zajmuje mi teraz glowe.

Ale nie o tym chcialam. Chcialam napisac krotkie podsumowanie naszego pobytu w Turcji.

Powtorze sie po raz kolejny, ze zaskoczyla nas troche pogoda. Od wczoraj znow zmiana i choc jest wciaz cieplo, to niebo zasnute jest warstwa chmur i wieje chlodny wiatr. Do tego wszystkiego dom moich tesciow to istna lodowka. Bywaly dni (jak wczoraj) ze na dworze calkiem ok bylo mi w szortach, a u nich w domu cala w gesiej skorce marzylam o dlugich spodniach, skarpetkach i bluzie. Gdziekolwiek sie nie przemieszczamy biore dla Laury zapasowe zestawy ubraniowe na wypadek gdyby nagle zrobilo sie zimno/cieplo. Troche to upierdliwe, ale inaczej nie da rady.

Laura ladnie juz wspolpracuje z babcia, ale i tak najwieksza sympatia darzy swoja ciocie, siostre H. Szkoda tylko, ze dla cioci to jeszcze nie sa wakacje, a ze szkoly wraca naprawde bardzo pozno. Mimo to udalo nam sie kika razy zostawic dziecko rodzinie i zwiac na krotki wypad we dwoje ;) Wczoraj zaliczylismy krociutki wypad na lody z koziego mleka. To specjalnosc turecka, ktora goraco polecam. Takie lody sa super delikatne, kremowe i lekko ciagnace. Mniam! Az zaluje, ze nie mam zadnego zdjecia, no ale za pyszne byly by myslec wtedy o robieniu zdjec! :)

ucieczka starych nad rzeczke

rowerkami na piwko ;)

swoja droga polecam to wlasnie Bomonti filtresiz, a nie zaden tam Efes - slabe siuski ;)

Nie zawsze jednak wybywamy sami. Laura bardzo czesto nam towarzyszy w wieczornych spacerach. Pakujemy ja wtedy do wozka, dajemy w lapke przekaske i wio przed siebie. Kilka dni temu spontanicznie wieczorem pojechalismy do Marmaris. Troche sie balismy, bo  bylo juz naprawde pozno, ale Laura pozno obudzila sie z drzemki i ostatecznie bardzo ladnie zniosla caly wyjazd. A musialybyscie widziec jej tance, jakie odprawiala w drodze przy dzwieku tureckiej muzyki z radia. Sposob tancowania znowu sie naszej corci zmienil. Teraz Laurencja, jak na prawdziwa Turczynke przystalo, angazuje raczki. Ah, te fantazyjne powolne ruchy, te ruchy kuperkiem, po prostu bomba :D Musze ja przyczaic z kamera.


wieczorny spacer na plazy



W Marmaris dopadla mnie kompletna melancholia. Zaliczylismy ta sama trase spacerowa, ktora tak czesto pokonywalismy, gdy jeszcze bylam w ciazy. Kawke wypilismy w ulubionej kawiarni, do ktorej po raz pierwszy przyjechalismy z Laura, gdy ta miala zaledwie tydzien :) Wtedy z lekka spinka co bedzie jak sie obudzi, teraz na luzie. Laura zajela sie zabawa cukrem w papierkach, potem zabawiana przez kelnera poszla glaskac okoliczne koty.

Innym razem pojechalismy odwiedzic rodzine kuzyna H., ktorego coreczka jest mlodsza od Laury o 7 miesiecy. Mala Eslem byla zachwycona Laura, Laura Eslem juz niekoniecznie :) Nie ma to jednak jak starsze kolezanki. Niby sie razem bawily, ale to nie to samo. Laura jednak dosc szybko sie znudzila i zaczela bawic sama po swojemu. Na koniec cos jej nie podpasowalo i miala 'wisielczy' humor do konca wizyty, a na pozegnanie zamachnela sie nawet dwa razy w strone Eslem, gdy ta nie chciala puscic laurowego rekawa :D Coz, narazie milosci miedzy nimi nie bedzie :D Poza tym jej kiepski humor przypieczetowal... kanarek, ktorego nasza przebojowa corka tak sie wystraszyla, ze nic juz nie moglo uratowac sytuacji.

Laura z mlodsza kuzynka


Czesc tureckiej familii

Co innego starsze dzieci. Wczoraj tesciowa zabrala Laure na spacer wokol domu. A mieszkaja tuz obok meczetu. Plac przed meczetem to z kolei miejsce zabaw okolicznych dzieci. Laura najwyrazniej bardzo stesknila sie za zabawa z rowiesnikami, bo na ich widok popedzila az sie za nia kurzylo. Dzieci byly w roznym wieku, ale glownie starsze dziewczynki i chlopiec w wieku Laury. Starsze dziewczynki od razu porwaly Laure, ale co mi sie podobalo, to ze od razu sie nia zaopiekowaly. Asekurowaly przy schodzeniu ze stopni, podawaly pilke, dbaly by nasz Orzeszek nie pozostawal z tylu. Laura byla zachwycona. Razem z dziecmi pobiegla nawet do srodka meczetu, bo ten imam zostawia otwarty i nie widzi problemy by dzieci w nim buszowaly. Podgladalismy ich przez otwarte okno :) Laura z usmiechem od ucha do ucha biegala po miekkich dywanach, az przyjemnie bylo patrzec.





Przy okazji fotka dla Was - ''ambona'' z ktorej imam wyglasza kazania i pieknie zdobiony mihrab, ktory wskazuje kierunek Mekki, czyli ten, w ktorym zwracaja sie podczas modlitwy muzulmanie na calym swiecie

Mezczyzni modla sie na dole, a kobiety za parawanem na gorze. Maja tez osobne wejscie i osobne miejsce do ablucji (rytualnego obmycia sie przed modlitwa).

Zabawa ma dziedzincu meczetu





Dzisiaj wieczorem czas juz spakowac walizki. Jutro w droge. Robimy jednak mala zmiane planow i zamiast do Wroclawia jedziemy do moich rodzicow na weekend. Mama bedzie miala prezent na Dzien Matki ;)


sobota, 21 maja 2016

Zapraszamy na sniadanie

Szybko donosze co u nas (wytrzymacie jeszcze troche bez polskiej klawiatury?). Pogoda... hmm po moim ostatnim poscie sie znacznie poprawila. Wreszcie przestalam marudzic, ze nie wzielam wiecej bluzek z dlugim rekawem choc sama przed soba przyznaje, ze nagle zrobil sie tu ze mnie okropny zmarzluch. Moim wrogiem nr 1 jest chlodny wiatr, a ten jak to nad morzem wieje tu ciagle :) Niby jest cieplo, wskakuje w szorty, a potem wystawiam sie na powiew wiatru i od razu mam gesia skore. Gdy widze tubylcow, ktorzy OLABOGA kapia sie tu w lodowatej gorskiej rzece, a potem cali mokrzy ida sobie spacerkiem smagani wiatrem to az mnie ciarki przechodza. Normalnie zazdroszcze Laurze jej tutejszej garderoby, bo oczywiscie pakujac nas wszystkich ubezpieczylam ja na wszelkie opcje pogodowe, a nas to juz niekoniecznie ;) Dzisiaj jednak rano przywital nas deszcz. Padac szybko przestalo, ale niebo jest zachmurzone i tak jakby za chwile mialo lujnac na calego :) W sumie to bym sie nawet ucieszyla, bo jest calkiem cieplo i duszno. A dzisiaj nie mam sie akurat zbyt dobrze, bo Laurencja przeciagnieta wczoraj troche przypadkowo do 21:30 urzadzila nam pobudke o 1 i tak fikala w lozku do bodajze 4... takze ten, wszyscy mamy humory, ze bez kija nie podchodz, z Laurencja na czele, a jakze. 

Ale, ale... Ja tu dzisiaj chcialam Wam opowiedziec glownie o dniu wczorajszym, bo byl troche inny niz wszystkie i jeszcze udalo nam sie zobaczyc nowe dla nas, a jakze piekne miejsce. Pomysl rzucila tesciowa, a byl on taki by pojechac na sniadanie do miejscowosci Yuvarlakçay oddalonej od nas o ok. 45 min jazdy samochodem. Tutaj musze zafundowac Wam krotką dygresje objasniajaca milosc Turkow do stolowania sie poza domem. Szczerze mowiac to im tego zazdroszcze. Turcy bardzo przykladaja sie do sniadan, zadna tam kanapka z kawa i jazda do roboty jak w Polsce. Tutaj sie biesiaduje, a nigdzie to biesiadowanie nie wychodzi tak dobrze jak w pieknym miejscu, najchetniej gdzies blisko przyrody. Skladniki takich sniadan zasadniczo niczym nie roznia sie od tych domowych - no, chyba, ze dla tych miastowych, bo w tego typu restauracjach wszystko jest zazwyczaj wiejskie i ekologiczne. Yuvarlakçay to wlasnie miejsce z taka oferta. Nie jest to jednak zadne miasteczko czy nawet nazywanie tego miejscowoscia jest grubo na wyrost. To po prostu malutka wioska w gorach, gdzie nawet telefony nie łapią sygnału :) Ale przez to wioseczke plynie urokliwie rzeka i ktos madry to zauwazyl i postawil fajna restauracje. A po nim kolejni, bo tak to juz w Turcji jest, ze jak jednemu sie biznes powiedzie to zaraz obok pieciu kolejnych stawia taki sam. 

Ja na poczatku troche marudzilam, bo po co taki kawal na sniadanie skoro nawet w naszej miejscowosci tez jest podobna rzeka, a nad nia ciag pieknych restauracji z tymi samymi skladnikami. Wtedy H. pokazal mi zdjecie celu naszej wycieczki, na ktorym byl maly wodospad a nad nim bujawka, ktora mozna sie bujnac tuz nad kotlujaca sie woda. Noooo... od razu sobie to zdjecie przypomnialam, bo kiedys juz widzialam je w internecie i od razu zamknelam paszcze.

Laura pieknie zniosla jazde. W jednej raczce turecka bula z oliwkami (Laurencja to oliwkowy potwor - pochlania garsciami), w drugiej butla z herbatka z lipy i pigwy. Gdy dotarlismy na miejsce bylismy pierwszymi klientami. Widzac tyle wolnych stolikow, a kazdy w co piekniejszym kacie ciezko nam bylo sie zdecydowac. W koncu usiedlismy do stolu a'la turca czyli niski stolik wokol ktorego siada sie po turecku na miekkich poduchach obitych wykladzina dywanowa. Laure cale sniadanie niezbyt interesowalo (oprocz oliwek), ale szybko znalazla dla siebie zajecie, ktore pochlonelo ja na czas calego naszego pobytu w tej knajpie - rzucanie chlebka do rzeki. Najpierw wydawalo sie, ze szybko jej sie to znudzi, bo ani kaczek ani gesi nie bylo. Ale wtedy pojawily sie pstragi, ktore na widok tylu kawalkow chleba na powierzchni wody szybko zwolaly cale stadko i zaczely wrecz wyskakiwac z wody po kolejny okruszek, oczywiscie ku wielkiej uciesze Laurencji.

Noooo a potem przyszla kolej na bujawke. Wodospad byl co prawda bardzo niewielki, ale nurt rzeki naprawde szybki, a tor bujawki tuz przy scianie wody. Adrenalina byla, a jakze. Poza tym ta bujawka to nie zadna zmyslna bujawka wyzszej technologii tylko zwykla decha zwiazana sznurkiem. Troche podpuscilismy moja tesciowa by tez sie bujnela i juz juz siadala na desce, gdy w ostatnim momencie powiedziala ''niech pierwsza bujnie sie Kasia'' :) tak, tak, jestem rodzinnym kamikadze. Wrazenia - bujawka pierwsza klasa, ktos mial super pomysl. Mielismy fajna zabawe choc Laura na widok nas dyndajacych nad kotlujaca sie woda byla mocno zmartwiona i kilka razy nawet rozpaczliwie krzyknela za nami, a gdy wreszcie wrocilismy na lad bila brawo z radosci :) Skubana, o bujajaca sie babcie juz sie tak nie martwila...

Poza sniadaniem i bujawka na miejscu bylo jeszcze pare atrakcji. W ogole miejsce to wspaniale nadaje sie na dluzsza posiadowke, bo nikt nikogo nie wywala, nie naciska na zamowienie czegos wiecej. Na poduchach wokol stolu mozna sie wygodnie polozyc i nawet zdrzemnac, zreszta w kilku miejscach sa porozwieszane hamaki, z ktorych tez mozna korzystac do woli. Oprocz sniadan restauracja serwuje tez sztandarowe przysmaki kuchni tureckiej, sa kebaby, jest grill,na kolacje tez mozna sie tu wybrac.

Jednym slowem polecam. Gdyby ktos kiedys wybral sie na wakacje do Bodrum lub Marmaris i chcial troche inaczej spedzic jeden dzien pobytu to wystarczy wynajac auto i przypomniec sobie o Yuvarlakçay. Sami zobaczcie!




























PS. Czy pliki video sie otwieraja?

poniedziałek, 16 maja 2016

Alo alo!

Czasu za duzo nie mam (polskiej klawiatury tez nie) wiec przejde od razu do rzeczy...

Podroz minela nam lepiej niz sie spodziewalismy, choc nie obylo sie bez dreszczyku emocji. Ten zaczal sie z samego rana, gdy otworzylam oczy i slonce wydalo mi sie swiecic ciut za mocno jak na godzine 6, o ktorej mial zadzwonic budzik. Szybko nakazalam H. kontrole zegarka no i jakze inaczej, okazalo sie, ze wlasnie powinnismy wsiadac do samochodu :D No troche goraco nam sie zrobilo, ale spokoj wyuczony przez lata czestych wyjazdow nas nie zawiodl i zaledwie 25 minut pozniej bylismy juz w garazu.

Po raz drugi adrenalina podskoczyla nam niebezpiecznie, gdy skubany Krzysztof Holowczyc zamiast grzecznie zaprowadzic nas na parking, ktory mial znajdowac sie tuz przy lotnisku, wywiozl nas dosc daleko w strone centrum Berlina. A czasu bylo juz niewiele. Cala ta technologia niesamowicie oglupia czlowieka. No bo przeciez nasz wewnetrzny glos podpowiadal wyraznie, ze jedziemy za daleko, no ale jak to GPS mialby sie pomylic? Ano pomylil sie, takze na lotnisko dotarlismy z malym poslizgiem. Wszystko jednak pod kontrola. Laura cala droge do Berlina podziwiala widoki za oknem, konsumowala kanapki i grala w niezawodna gre w moim telefonie. W samolocie niesamowicie jej sie spodobalo. Szczesliwie dostalismy miejsca obok wolnego fotela, Laura miala wiec swoj wlasny fotel i byla z tego niesamowicie dumna. Zagladala przez szpary miedzy fotelami do naszych sasiadow, pila grzecznie soczek i ku naszego niedowierzaniu, gdy przyszla pora posilku pod presja otoczenia zjadla po raz pierwszy w zyciu kanapke z wedlina! A potem przytulila sie do cycusia i po 15 minutach juz jej nie bylo. Spala praktycznie do samego ladowania takze tfu tfu! bo nie chce zapeszyc prze powrotem, ale spisala sie naprawde na medal.

W Turcji z kolei szybciutko sie odnalazla i zaprzyjaznila z dziadkami i ciocia. Gorzej z prababciami. Laura w ogole boi sie starszych osob, a jak widzi kobiete w chuscie na glowie czy turbanie krzyczy 'nie! nie!' i ucieka, gdzie pieprz rosnie. H. smieje sie, ze nasza corcia to po prostu obronczyni Turcji laickiej i nic sie na to nie poradzi :)

Troszke rozczarowani jestesmy pogoda, bo od czwartku do wczoraj przez caly czas padalo. Jest cieplo, ale duszno i burzowo. Wszystko przez pyly znad Afryki, ktore tu podobno dotarly i calkowicie zaslonily niebo. Deszcz pada nieco blotnisty. Fuj. Cale szczescie wzielam dla Laury w razie W cieplejsza pizamke i kilka bluzek z dlugim rekawem. Najgorzej bylo wczoraj, bo lalo caly dzien, od rana do wieczora. Laura porzadnie sie wynudzila pomimo Disney Channel (ogladanie dokladnie tych samych odcinkow Zosi, Zloci i Misia czy Lwiej Strazy po turecku jest naprawde zabawne) i przeroznych zabaw, ktore cala rodzina wymysla. Laura chce na dwor i to zaraz po przebudzeniu. Jeszcze w pizamce podchodzi do drzwi i pokazuje paluszkiem, ze chce wyjsc. W sumie jej sie nie dziwie. Na dworze pelno pieskow i kotkow, jak to w Turcji. Mieszkamy nad rzeka, po ktorej plywa mnostwo dzikich kaczek i gesi, ktore Laura uwielbia karmic chlebkiem. Na kazdym kroku czeka atrakcja. Dzisiaj wreszcie pogoda sie zmienila, niebo jest blektine i tak ma juz podobno zostac. Moze wiec jednak zrobımy uzytek z naszych strojow kapielowych.

Na razie odpoczywamy i zaspokajamy tesknoty kulinarne :P Chyba wrocimy o kilka kilo ciezsi niestety...


Ulubiona czynnosc Laurencji - karmienie ptactwa. Jak skonczy sie chleb, rzuca kamieniami i to z takim zamachem, ze codziennie szorujemy wlosy :D

Pierwszy rowerek niestey bedziemy musieli zostawic w Turcji :) Babcia zaszalala


Lunch w wiejskiej knajpie, do ktorej - gwarantuje - balybyscie sie wejsc w obawie o swoje zoladki. A tymczasem jedzonko tam jak z bajki. Na zdjeciu moja ulubiona zupka z soczewicy, flaczki wolowe (to na pierwszym planie z cytryna), ostre papryczki, salatka z kiszonymi buraczkami i fryteczki ze smazonym  na ostro baklazanem w domowej roboty jogurcie. Mniam!



Tosty z domowej roboty kielbacha. Rany, jak ja za nimi tesknilam...
PS. Blog zostanie zamkniety po naszym powrocie do Polski, ale juz teraz widze dobre strony podjecia takiej decyzji - poznalam mnostwo anonimow! Dziekuje, ze nas czytacie i prosze, odzywajcie sie kobietki!

środa, 11 maja 2016

Na szybko przed wyjazdem

Ostatnio u nas moc kolejnych zawirowań, niestety nie wszystkie z nich są pozytywne. Stąd też nie bardzo mam głowę do blogowania. A gdy czasem czuję, że dobrze zrobiłoby mi podzielenie się z Wami tym wszystkim obawa przed tym, że przeczyta to ktoś, kogo nie chciałabym wtajemniczać w nasze sprawy skutecznie mnie paraliżuje. Myślę o tym by na jakiś czas, a może na zawsze, zamknąć bloga. Zamknąć, w sensie pisać dalej, ale tylko w zaufanym gronie. Dlatego też bardzo Was, dziewczyny, proszę o zostawienie adresów.

Poza tym...

Jutro wyjeżdżamy do Turcji. Laura właśnie kończy pomału drzemkę, a ja prasowanie :-] Pakowanie trwa. Lecimy z Berlina i tego punktu naszej podróży boję się najbardziej, ale staram się o tym nie myśleć. Pobyt w Turcji miał być dla nas czystym wypoczynkiem, ale przez te nasze zawirowania nie wiem czy to nam się uda :S

A co u Laury? Laurencja nasza kochana wkroczyła niedawno na zupełnie nowy etap swojego rozwoju. Jesteśmy oto na etapie wielkiego focha. Taaaak... zdaje się, że bunt dwulatka zacznie się u nas znacznie szybciej. Laura co chwilę się wkurza, wtedy gdy nie chcemy jej czegoś dać, albo gdy coś jej się nie udaje, albo z tylko jej znanych przyczyn ;) Jest wtedy piiiiisk i wrzaaask, a czasami też samopoliczkowanie się i walenie głową w ścianę. Miodzio, nie? Do tego jej pisk działa na mnie wyjątkowo drażniąco, czuję się, jakby po prostu ten dźwięk wiercił mi dziurę w mózgu. Także ten... łatwo nie mamy.

Do tego Laura sprawiedliwie dzieli swoją miłość na mamę i tatę. W ciągu dnia nie odstępuje H. na krok, ja mogłabym tak naprawdę nie istnieć. Ale w nocy... gdy tylko tata próbuje do niej się zbliżyć jest wielki wkurw. Nawet w łóżku gdy śpi między nami H. nie może jej dotykać, jej noga nie może się stykać z jego nogą, bo jest wrzaaaaaask oburzenia. Do bujania w łóżeczku też nadaję się już tylko ja. Także jednym słowem mam przerąbane, bo do tej pory H. mógł mnie jeszcze zastąpić w warowaniu przy łóżeczku. Teraz dooopa. Kilka razy próbowaliśmy zamienić się cichaczem, gdy wydawało nam się, że Laura już jest w półśnie, a przynajmniej, że leży z zamkniętymi oczami. Niestety, Mała ma po prostu radar i natychmiast tą zamiankę wyczaja, a potem jest piiiiisk, wrzaaaask i rzucanie się w łóżeczku. Raz tak się w nim rzucała, że aż się złożyło :-] No wtedy nam do śmiechu nie było ;-) Także nieważne czy pęcherz mi pęka czy głowa ze zmęczenia leci, w nocy jestem zdana sama na siebie. 

A żeby nie było tak niegatywnie to na koniec napiszę, że w ciągu dnia to jest kochane dziecko :) No może oprócz tych fochów ;-) Do jej słowniczka doszło wreszcie nowe słowo. Tureckie, a jakże. Laura mówi "bak" czyli "patrz" i pokazuje paluszkiem :-) Gdy namawiam ją do powiedzenia "dziadzia" czy "dede", czyli słów, które już mówić umiała, jest piiiisk i wrzaaaask. Ciekawie się porobiło. I wiecie co? Teraz już rozumiem, że każdy wiek dziecka ma jednak swoje zalety ;-))))


czwartek, 5 maja 2016

Wreszcie maj!

Naprawdę WRESZCIE! W kwietniu tyle razy chorowaliśmy, że aż uwierzyłam, że w tym miesiącu ciążyło nad nami jakieś fatum, które minie wraz z końcem miesiąca... Na majówkę bardzo się cieszyliśmy choć wszelkie wyjazdowe plany pokrzyżował nam fakt, że w poniedziałek H. musiał zasuwać do pracy. Liczyliśmy jednak na ładną pogodę i postanowiliśmy zorganizować sobie czas na miejscu we Wrocławiu.

Zaczęliśmy z przytupem, a jakże - Laura w piątek wróciła z żłobka z glutem. Taaa... trzy dni dokładnie chodziła tam w miarę zdrowa. A właściwie 2,5 no bo w piątek po południu już smarkała... Nawet nie chce mi się tego komentować, zapomniałam już jak to jest mieć w domu zdrowe dziecko. No ale do brzegu. Katar Laura ma właściwie przez cały czas więc przestał już robić na mnie wrażenie. Poza tym pogoda była tak ładna, że postawiłam na spędzanie czasu na dworze. W sobotę jednak nie daliśmy rady wybrać się gdzieś na dłużej, bo chociaż to były moje imieniny i powinniśmy jakoś ten dzień minimalnie uczcić to akurat wtedy tyle mieliśmy spraw do załatwienia, że na nic już nie starczyło czasu. Świętowanie rozpoczęłam od wizyty u stomatologa. Staram się wyleczyć jak najwięcej zębów jeszcze przed rozpoczęciem pracy, bo potem wiadomo, z czasem będzie jeszcze gorzej. Większość już ogarnęłam, ale jeszcze jest trochę do zrobienia :S egh to karmienie... ;-)

W niedzielę jednak postanowiliśmy zrobić coś naprawdę fajnego i tym sposobem wybraliśmy się do wrocławskiego zoo. Pogoda jednak jak na złość nie była już tak słoneczna jak w sobotę, ale było całkiem znośnie. Przypuszczaliśmy, że w zoo będą dzikie tłumy, ale to co zobaczyliśmy na miejscu przerosło nasze wszelkie wyobrażenia... Ostrzegawcze światełko zaświeciło nam się już wtedy, gdy wbiliśmy adres zoo do GPS, a to pokazało swobodny przejazd przez całe miasto i mega korki w obrębie 2km dookoła samego zoo. No i GPS nie kłamał. Gdy wreszcie zajechaliśmy pod jego bramę w poszukiwaniu parkingu oczom naszym ukazała się MEGA kolejka z kilkoma odnogami, która ciągnęła się przez bramę zoo na jakieś 500 m przez chodnik, a nawet most.... Za bardzo nie zrozumieliśmy za czym ci ludzie czekają, pomyśleliśmy, że w Hali Stulecia jest jakaś impreza, że jest jakiś koncert albo coś innego się dzieje... Tymczasem owa kolejka okazała się zwyczajną kolejką do kas. Dziewczyny, masakra. Całe szczęście coś nas tknęło i kupiliśmy bilety przed wyjściem z domu przez internet. Gdybyśmy tego nie zrobili, musielibyśmy wrócić do domu, bo czekanie w takiej kolejce oznaczałoby stanie przez co najmniej godzinę! 

W samym zoo nie było lepiej. Do każdego zwierzątka trzeba było się trochę przepychać i odczekać swoje aż zwolni się miejsce przy ogrodzeniu. Nam jednak nie zależało na tym by zobaczyć absolutnie wszystko. Chcieliśmy pokazać Laurze tylko ciekawsze zwierzęta i to w rozmiarach, które pozwalały na to by je zauważyła. Do Afrykarium jednak nie dane nam było wejść, a to chyba dość duża atrakcja w całym zoo. Kolejka podobna jak do kas. No i ci ludzie czekający cierpliwie z malutkimi dziećmi! Nie wiem czy to tylko nasze tureckie zwyczaje kazały nam się za głowy na to wszystko łapać czy to dla wszystkich było nienormalne.. :)

Dla Laury jednak te tłumy były dodatkową atrakcją, bo oprócz zwierzątek mogła oglądać dzieci. Na zwierzątka pokazywała paluszkiem i robiła zachwyconą minę. Wnioskuję, że bardzo jej się podobało. Na koniec dostała kopczyk frytek i była cała szczęśliwa :) Wyjazd zaliczam do udanych choć następnym razem chciałabym wybrać się tam w jakiś bardziej zwyczajny dzień ;) No i te ceny... owszem, zoo bardzo ładne, ale 40zł od osoby wydaje mi się jednak ceną trochę przesadzoną. 

W poniedziałek tata pomaszerował smutno do pracy, a my z Laurusią wybrałyśmy się do pobliskiego parku na spacer. Mieszkanie tuż przy ulicy jest niefajne, ale zdecydowaną zaletą naszego obecnego lokum jest to, że do całkiem ładnego parku mamy przysłowiowy rzut beretem. Przeszłyśmy z Laurą calutki park, biegałyśmy po trawie, rzucałyśmy sobie piłeczkę. Laura była zachwycona. 

Następnego dnia chciałyśmy powtórzyć taki spacer tym razem z tatą. Zabraliśmy nawet koc piknikowy i trochę przekąsek. No i wszystko pięknie się zapowiadało. Gdy wybraliśmy wreszcie miejsce idealne na rozłożenie koca, położyliśmy się i zdążyłam wypakować jedzenie... zaczęło kropić :D :D :D I to coraz bardziej więc szybciutko musieliśmy się ewakuować. A potem padało już cały dzień więc na tym skończyło się nasze majówkowanie.

Wciąż czekamy na słońce i ładną pogodę, ale u nas co chwilę pada. Prawdziwą wiosnę (choć tam pewnie już lato) zobaczymy raczej dopiero w Turcji. Został tydzień! A potem po powrocie Kasia zasuwa do roboty... po prostu nie mogę w to uwierzyć...