wtorek, 28 lutego 2017

Zwiedny trójkąt

Po podbitym oku prawie ani śladu. Pozostało tylko zadrapanie. Laura pokazuje na nie pytająco, my odpowiadamy "ała" a ona na to ze złością: "NIEE!!!".

Taki żarcik.

Poza tym non stop łapiemy się w pułapkę "zwiednego trójkąta". Taaak... nasze dziecko gada cały czas mieszając trzy języki więc zorientować się o co jej w danej chwili chodzi to nie lada sztuka. I tak mamy:
1) "iś" czyli miś, bez którego nasze dziecko nie wychodzi z domu i za cholerę nie położy się spać. Bez misia ni rusz, ma być ten jeden konkretny i to szybko!
2) "iś" czyli tur. çiş (czyt. czisz) czyli siku. Wiadomo, że trzeba w mig pojąć o co kaman i leeeecieć po nocnik;
oraz
3) "iś" czyli idź, wynoś się matka, bo i tak nic nie kumasz.

Jak się domyślacie dzięki tym słówkom codziennie co najmniej 3 razy czuję się jak totalny debil. W szczególności, gdy Laura, np. w łóżeczku wrzeszczy "IŚŚŚŚ!!!" ja lecę z dwoma innymy misiami, a H. wkurzony wrzeszczy na mnie, że mam IŚĆ, bo dziecko wkurzam i jak ja w ogóle mogę tego nie rozumieć.

Podobnie gdy tuż po kąpieli zakładamy Laurencji świeżą pieluszkę, po czym Juniorka z uroczym uśmieszkiem mówi "iśśś". My z nadzieją "miś?". A Laura na to łapie się za ciepłą już pieluchę :-///

I tak w koło Macieju... Ciężkie jest życie rodzica dziecka wielojęzycznego...

Laurencja z "iś"


poniedziałek, 20 lutego 2017

Uszczerbków na zdrowiu ciąg dalszy

Laura ma się lepiej. Przez ostani tydzień urzędowała z dziadkiem i super trafiliśmy w rozkład dziadkowych przyjazdów, bo gdy wreszcie Mała odzyskała siłę na zabawę dziadek był jej najlepszym kompanem.

I powiem Wam, że to TAAAKA wygoda mieć mojego tatę w domu. Naczynia pozmywa, dziecko zabawi, ziemniaki zetrze, a potem jeszcze pożałuje, że Kasia taka zmęczona i mi stopy wymasuje. Normalnie dziadek - skarb. Aż żal, że tak szybko wyjechał.

Do laurowego słowniczka w tym tygodniu doszło:
muz - tur. banan
:-)
Bo Laura na bananach głównie żyje :-)
I wszystko byłoby pięknie, wczoraj Laura podekscytowana, że następnego dnia pojedzie "do dzidzi" /do dzieci/ czyli do niani po 2-tygodniowej nieobecności. Plecaczek spakowany, ubranka przygotowane i wtedy nagle moje dziecko samo chyba o swoje nogi dało nurka i główką uderzyła we front kanapy. Nie wyglądało to groźnie, ale gdy H. ją zebrał z podłogi nogi się pod nami ugięły. Przez całą prawą powiekę, tuż nad oczkiem, biegła czerwona szrama i w oczach powieka puchła i stawała się coraz bardziej purpurowa. No pech na całego. Po wymacaniu cholernego mebla okazało się, że Laura uderzyła w to akurat miejsce, w którym pod tapicerką narożnika zaczyna się drewniana skrzynia na pościel :-(((((( Humor spieprzony na cały dzień, a mieliśmy plany na spacer, na zakupy puzzlowe w Smyku itp. Oczywiście nic z tego nie wyszło. Resztę dnia Laura przeleżała na moich kolanach ze smętną buźką co chwilę pokazując nowe "ała", a krótko po samym wypadku zasnęła co zdarza się jej już naprawdę rzadko. 
Niestety nie pozwoliła nam za bardzo zrobić zimny okład wiec musiały wystarczyć przytulaski. Z obawami, ale po eksperymencie na sobie zdecydowałam się posmarować jej powiekę altacetem i chyba przyniosło to jej małą ulgę. Na jakiekolwiek zabawy odzyskała chęć dopiero późnym wieczorem. Miałam nadzieję, że przez noc opuchlizna jej zejdzie, ale niestety prawe oczko wciąż jest opuchnięte i fioletowe.
Dzisiaj idziemy na kontrolę z uszami to przy okazji pokażemy i oczko. 
Co za fatalna seria, mówię Wam!




niedziela, 12 lutego 2017

Wszystkie babcie w odwiedzinach

Styczeń miał mi się tradycyjnie ciągnąć i ciągnąć, a tymczasem ani się obejrzałam, a mamy już luty. Może to dlatego, że wiele się działo. Ledwo otrząsnęliśmy się po Świętach i Nowym Roku, zaczęliśmy odliczać dni do przyjazdu teściowej i siostry męża. Gdy wreszcie przyjechały przyznam, że dla mnie zaczął się okres odpoczynku. Laura pięknie je przywitała padając stęsknionej babci i cioci w ramiona :) Teściowa prawie się obraziła na moją propozycję, że zawiozę Laurę do niani, a one sobie pozwiedzają. Teściowa oznajmiła, że przyjechała dla wnuczki i tak, przez całe 10 dni Laura mogła się spokojnie rano wysypiać i bawić z ciocią :-) Dla mnie to było mega wygodne, bo odpadły mi jazdy do niani i stanie w niekończących korkach. Jeździłam sobie do pracy z mężem, pełen komfort ;-) Po powrocie do domu obiadek już czekał... Szkoda, że tak szybko minęło. 

Tymczasem Laurencja rośnie jak na drożdżach. Oczywiście i w tym miesiącu nie obyło się bez chorób i przeziębień. Najpierw walczyliśmy z katarem, potem z gorączką. Pojawiała się popołudniami i to całkiem wysoka, dochodząca nawet do ponad 38 stopni. Oprócz gorączki innych objawów nie było, Laura brykała jak zwykle. Zbijałam więc temperaturę i zawoziłam ją do niani... z ogromnymi wyrzutami sumienia. Jak na złość nie mogłam nigdzie dostać się do lekarza. Udało się, gdy gotowa już byłam zrobić obławę pod gabinetem pediatry i nie odchodzić dopóki mi dziecka nie zbadają. Szkoda słów na taką służbę zdrowia... Niestety pediatra nie powiedziała niczego odkrywczego - pewnie jakiś wirus. Wreszcie dobiłyśmy do weekendu i już ze spokojem miałam się dzieckiem zaopiekować, gdy zupełnie nagle Laurze przeszło, a rozłożyłam się ja :-] Rany, gdzie się podziała cała moja odporność... Co miesiąc jestem chora. Myślałam, że ducha wyzionę, gdy musiałam sprzątać & gotować & opiekować się dzieckiem, a teściowa w drodze ;-) i nic a nic nie pomagały jej prośby, żebym spokojnie leżała, że ona wszystko posprząta i ugotuje. Ot, cały mój pedantyczny charakterek...

Laura była wniebowzięta przyjazdem babci i cioci i oczywiście prezentami, które przywiozły ;-) W ogóle "hała" (tur. hala czyli ciocia) była atrakcją przez cały ich pobyt choć oczywiście z tendencją spadkową. No i gdy pod koniec ich pobytu wracaliśmy z H. do domu to jednak priorytety naszego dziecka się diametralnie zmieniały i ciocia z babcią nie mogły się nawet do niej zbliżać. Ale co użyliśmy to nasze. Zaliczyliśmy kilka samotnych wypadów bez dziecka, byliśmy nawet w kinie i to na Sztuce kochania, która pomimo naszych obaw okazała się całkiem zabawna i przyjemna ;-) 

Szkoda, że nie możemy sobie pozwolić na ten luksus częściej :-( pobyt naszych gości z Turcji szybko się skończył, a my musieliśmy znowu wbić się w szarą codzienność. Oczywiście najwięcej zmian czekało mnie... Znowu gonitwa, korki, gotowanie, planowanie itp. Laura wróciła do niani bez większych dramatów, podobno dzieci ją wyściskały :-)

Szkoda tylko, że była tam zaledwie 4 dni i ZNOWU jest chora. Od piątku walczymy z jakimś paskudnym przeziębieniem. Katar mega, kaszel mega i do tego gorączka 38-39 stopni. H. w tym tygodniu zalicza pobyt z córcią w domu. Bidulkę gardło boli i nie chce nic jeść :( Wciąż kombinuję co takiego wymyślić, ale z racji na jej ogólne niejadkowanie to już sama nie wiem czego możemy spróbować.

Na koniec, z racji, że minął już kolejny miesiąc laurencjowego życia, małe podsumowanie:
- Laura gada. Gada przez cały czas, głównie po swojemu, ale coraz więcej pojawia się słówek. Z tych które pamiętam:
hała - po turecku ciocia
dzidzi - dziecko
adziła - to ayicik po turecku czyli miś, ale mamy też:
miś - pięknie i ładnie po polsku
ko - kot

Na mnie od dłuższego czasu mówi "nienie" i nikt nie wie o co chodzi. Ja naprawdę nie krzyczę do dziecka co chwilę "nie!" :-)

Zwierzątka Laura nazywa głównie odgłosami jakie wydają:
łała - pies
koko - kura
muuu - krowa
iha - koń
cik cik - tak
mee - owca

Poza tym moje grzeczne ;) dziecko mówi:
kuje - czyli dziękuję (również kiedy ktoś kichnie :))
dzenia - do widzenia

Codziennie dopisuję do mojej listy coś nowego.

Dzisiaj (edit. 12.02.2017) "kubka" - Laura chciała herbatkę z kubka, nie z butelk :)

Poza tym:

- klocki Lego przechodzą renesans popularności. Laura co chwilę je wyciąga i w zabawie wykazuje coraz większą kreatywność. Czasem wkurza się, gdy nie może połączyć klocków i wtedy nas woła, ale ogólnie bawi się sama (od warunkiem, że mama albo tata są tuż obok). Oczywiście uwielbia rozwalać wieże :)

- uwielbia bawić się w lekarza. Na 2. urodziny dostała od dziadków kuferek medyka i to był strzał w dziesiątkę. Jesteśmy codziennie badani przez lekarza o sadystycznych skłonnościach. Gdy tylko przychodzi kolej na młoteczek albo co gorsza strzykawkę, odnotowujemy złowieszczy błysk w laurowym oku. Chociaż staramy się uczyć ją delikatności to młoteczkiem potrafi nam ta przygrzmocić, że nie raz już miałam sine kostki. A strzykawka to inna bajka. Niestety na YouTubie wyczaiła jakiś głupi filmik, na którym zastrzyk robi się na gołą pupę i teraz za każdym razem ściąga sobie spodnie i wypina pupę. Przez ubranie być nie może. Dostaliśmy żółte światło by kontrolować jej poczynania w internecie.

- jednak jest też kilka dobrych stron YT. Laura zupełnie sama oglądając filmiki dla dzieci w telefonie nauczyła się kolorów po angielsku. Potrafi wszystkie pokazać i stara się też powtarzać. Najlepiej wychodzi jej "blue" i "black" ofkors :)

Edit:

Ten post powstaje już drugi tydzień... Gdybym miała jeszcze trzecią, a nawet i czwartą rękę wciąż byłoby mało - tyle roboty ogarniam wokół siebie. Ostatnio i tak wszystko schodzi na dalszy plan, bo Laura non stop choruje :-( Do jej wiecznego kataru zdążyliśmy się już przyzwyczaić, ale gorączka, która pojawiła się nagle i zaczęła przekraczać 39 stopni poważnie nas zaniepokoiła. Oglądało ją trzech lekarzy (w tym jeden na 3h przed tym jak pojawiła się gorączka - szkoda gadać) i wszyscy twierdzili, że osłuchowo ok, gardło tylko trochę czerwone, uszy pozatykane, ale ze spokojem możemy czekać na wizytę u laryngologa, którą udało mi się umówić na koniec lutego, inhalować i tyle. H. został z Laurą na cały dzień w domu. Laura niestety zamiast czuć się coraz lepiej, czuła się chyba coraz gorzej... Do temperatury doszedł mega katar, duszący, doprowadzający do wymiotów i totalne opadnięcie z sił. Wiecie, Laurencja, która jest tak energiczna, że normalnie chodzi po ścianach, przez ponad trzy dni przeleżała padnięta na kanapie. Aż żal było patrzeć. Do tego H. (jak zwykle! nie wiem czy to bardziej psychika gra rolę czy o co kaman, ale tak jest zawsze, serio!) po kilku dniach oznajmił, że On też się źle czuje. Całe szczęście, że mam na tyle elastyczną pracę, że mogę pracować z domu, bo już w środę musiałam zjechać w ciągu dnia do domu. H. napisał mi, że Laura ma ponad 39 stopni i wymiotuje co chwilę, bidulka moja. Zawołałam jeszcze raz lekarza, a ten znowu potwierdził wersję poprzednich z tym, że wreszcie wypisał receptę na antybiotyk. Zadzwoniłam do mamy, żeby się wyżalić, a mama mocno mną wstrząsnęła, że skoro osłuchowo okej, to przyczyna musi tkwić w uszach i że mam gnać do laryngologa prywatnie, robić obławę na gabinet itp. No i posłuchałam. Jeszcze tego samego dnia udało mi się umówić na wizytę tuż obok naszego domu. H. był już porządnie chory więc miałam iść sama z Laurą. Nie skłamię pisząc, że byłam przerażona. Już sobie wyobrażałam jak będę się szarpać z wyrywającą Laurą. Zapowiadało się faktycznie niefajnie, bo Laura wciąż rozpalona, po 10min. czekania pod gabinetem stwierdziła, że ona chce do taty i koniec. Gdy weszłyśmy do gabinetu była już mocno znudzona. Pani doktor kazała trzymać główkę i wyciągnęła wieeeelkie dłutko, jakby ogromną igłę. Zdążyłam tylko zapytać czy to będzie bolało i usłyszałam, że nie powinno. Laura znieruchomiała totalnie. A potem... to co lekarka wyciągnęła jej z uszka na długo zapamiętam. Zdaje się, że moje dziecko nie słyszało dobrze przez to świństwo od dłuższego czasu :-( Gdy pierwsze uszko zostało oczyszczone, Laura złapała się z uśmiechem i totalnym zaskoczeniem za ucho i dała mu buziaka... normalnie jakby w podzięce :-) aż głupio mi się zrobiło, że tak długo z tym czekaliśmy. Z drugim uszkiem było trochę trudniej i ostatecznie pani doktor zdecydowała się na płukanie. Jednak i to Laura zniosła nad wyraz dobrze. Okazało się, że w obu uszkach jest ostre ropne zapalenie i stąd ta gorączka, katar itp. :-( 

Lecimy wiec z dwoma antybiotykami. W czwartek wieczorem do pomocy przyjechała moja mama, bo już nie ogarnialiśmy. Ja, owszem w domu, ale z pracą przed komputerem, Laura chora, H. chory i również z gorączką. W domu istny sajgon, wszędzie leki, na gotowanie obiadu nie miałam absolutnie czasu. Mama przyjechała, nagotowała nam na cały tydzień i dzisiaj wyjechała. Na jej miejsce przyjeżdża mój tato, bo Laura niestety przez cały ten tydzień musi jeszcze zostać w domu :-( Całe szczęście, że lekarstwa już zadziałały, chociaż co musimy się nagimnastykować z podawaniem antybiotyku to nasze :S, Laura odzyskała siły, przestała gorączkować i wszystko zmierza ku dobremu. Zabawa z dziadkiem dobrze jej zrobi, bo widzę, że zaczyna się nudzić. 

Szkoda tylko, że z apetytem jest wciąż kiepskawo... 

No więc same widzicie, że u nas armagedon. Mam zaległości nie tylko tutaj, ale i u Was :-(

Laura doczekała się pluszakowego Pepee, który przyjechał z babcią aż z Turcji :-)
A tu już chora :-\