środa, 23 grudnia 2015

Wesołych Świąt!

Jesteśmy u dziadków :) Droga minęła nam tak jak się spodziewałyśmy - niespostrzeżenie szybko. Laura zaliczyła grzecznie jedną drzemkę, potem przez godzinkę jeszcze pobrykała, pooglądała bajeczkę w maminym telefonie zagryzając ją ciasteczkami i już byłyśmy na miejscu :)

Nie będę kłamać, że odpoczywam. Ja tu ciężko pracuję! Opiekuję się dzieckiem, a gdy tylko mam okazję ją komuś sprzedać lub córcia zapadnie w sen wymykam się do kuchni i pichcę jak ta lala :) Z mojej produkcji wyszły już ciasteczka Św. Mikołaja, makowiec i dacquoise (o mamo, aż musiałam sobie sprawdzić jak to się pisze). Jutro kolejne wypieki i krojenie na sałatkę :) Tak, tutaj czuję magię Świąt.


Laurze humorek dopisuje. Rozdaje wszystkim buziaki i bryka na całego choć początek wizyty u dziadków miała raczej nieciekawy - glut do pasa i to po raz pierwszy w życiu! Trochę się najadłam strachu, bo oczami wyobraźni już widziałam jak zamiast cieszyć się świątecznym czasem stróżuję przy chorym dziecku. Na szczęście katar przeszedł jej tak samo nagle jak się pojawił - dosłownie z dnia na dzień. Gdyby nie to, że w domu zostawiłyśmy chorego H, który smarkał już prawie tydzień, podejrzewałabym jakąś alergię.


Szkoda tylko, że pogoda raczej nie świąteczna. Ale wiecie co? Znalazłam i na to metodę - po prostu nie patrzę przez okna :D A oczami wyobraźni widzę piękny biały krajobraz i takim właśnie karmię się w telewizji - polecam!


Dzisiaj przyjeżdża do nas H stęskniony za nami. No cóż, my też zdążyłyśmy zatęsknić. Fajnie jest tak połączyć się rodzinnie na dzień przed Bożym Narodzeniem, z dodatkowymi pokładami wyrozumiałości, cierpliwości i ciepła w sercu. 

Korzystając z okazji życzę Wam wspaniałych Świąt, pełnych miłych, rodzinnych chwil. Na te kilka dni spróbujcie nie myśleć o wszelkich problemach, przykrościach i smutkach dnia codziennego. Ja też nie myślę. A nawet jeśli pomyślę, to wystarczy, że popatrzę na Laurę, na to jak potrafi cieszyć się drobnostkami i już się uśmiecham :)



Wesołych Świąt Bożego Narodzenia!

piątek, 18 grudnia 2015

Za chwilę Święta :)

Dziewczyny, jak tam u Was z rozkręcaniem świątecznej atmosfery? U nas nieźle choć jestem pewna, że prawdziwy świąteczny flow poczuję, gdy zlądujemy z Laurą u moich rodziców. Jedziemy już jutro. Tym samym po raz pierwszy wypróbujemy nową trasę, ale już teraz uśmiecham się na myśl o tym, że podróż będzie trwała tylko 3 a nie 6 godzin jak z Krakowa. Godzina odjazdu przypada akurat na laurusiową drzemkę, liczę więc na to, że ze spokojem posłucham sobie kolęd i popatrzę się przez okno. 

Ale może nie będę się tak rozkręcała w tych planach, bo jeszcze mnie Laurencja zaskoczy :P


Laura ostatnio naprawdę zadziwia mnie jak pięknie (i coraz dłużej) potrafi bawić się sama. Ma swoje ulubione scenariusze. Jednym z nich jest parkowanie dwóch samochodzików, które ustawia na progu drzwi balkonowych za firaną, potem zabiera i ustawia je na krześle, a potem na kaloryferze :D H wróży jej karierę w logistyce :D W każdym razie dzięki tym nowym umiejętnościom dałam radę powybierać i pozamawiać świąteczne prezenty, a nawet zaprojektować trzy albumy z laurowymi zdjęciami. Laura co prawda przychodziła co pewien czas do mnie się przytulić lub nacisnąć paluchem na klawisz klawiatury, ale potem odchodziła do dalszej zabawy. Naprawdę coraz lepiej się dogadujemy :)

Jeszcze ku pamięci, dzisiaj po raz pierwszy zauważyłam, że podśmiewa się oglądając bajkę :) Oglądała Zosię i to królik Uszaty i smok Kraksa ją tak śmieszyły :) Miód na moje serce jaka jest już kumata :))


Szkoda tylko, że noce jeszcze bywają tak różne, no ale nie można mieć przecież wszystkiego :P Wczoraj udało mi się dojrzeć górną trójeczkę, która na dniach przebije się przez dziąsło. Może to więc wina zębów. Chociaż... sama nie wiem. Laura nie budzi się w nocy z płaczem. Ona budzi się i ma ochotę na zabawę. Albo chociaż sprawdza czy jest już rano i może się bawić :) Czasem nie mam już siły. Wczoraj akurat nie było najgorzej, ale poprzednie dwie noce miałam kompletnie zarwane - po 4-5 pobudek, które niestety nie zakończyły się zaśnięciem przy cycku tylko bujaniem w łóżeczku. Tak, znowu bujamy. Było już naprawdę dobrze, ale wraz z przeprowadzką zmieniło nam się ustawienie łóżeczka, które teraz stoi wciśnięte między naszym łóżkiem a ścianą. Łóżko niestety mamy tak niskie, że siedząc na nim nie dosięgam do leżącej Laury, a ona zasypiała czując moją rekę na pleckach. Bez tego turla się w łóżeczku, siada i wstaje. Bujanko wróciło więc w wielkim stylu, ostatnio jednak nie trwa ono 10-15 minut tylko znacznie dłużej :( W praktyce wygląda to tak, że Laura zasypia w łóżeczku, ja wreszcie padam do łóżka i w momencie, w którym zapadam w sen Laura znowu się odzywa. Wstaję biorę ją do nas, ona zapada w letarg, potem znowu się budzi i tak całą noc. Już nawet nie wiem kiedy się wysypiam. Czasem w środku nocy sprawdzam godzinę i zdziwiona stwierdzam, że jest np. 4. Czyli gdzieś tam musiałam zasnąć choć zupełnie tego nie czuję. 

Ale dość tego marudzenia. 


Już nie mogę się doczekać świątecznego pichcenia. Szkoda, że grudzień mija tak szybko. W przyszłym tygodniu już Święta, a potem to raz-dwa-trzy Sylwester i witamy w 2016 roku. Cieszę się, że H udało się wziąć troszkę urlopu na 24 i 27.12 czyli będzie nam dane pocieszyć się troszkę dłużej świąteczną atmosferą. 

poniedziałek, 14 grudnia 2015

Zimę poproszę

Ależ ten grudzień pędzi! I to tak zawsze, co roku. To chyba jedyny miesiąc, który jak zwykle przecieka mi przez palce i na myśl o tym, że niedługo się skończy jest mi zwyczajnie smutno :) 

Powoli szykujemy się z Laurą do wyjazdu do dziadków. Zostaniemy tam już do Świąt. H dojedzie do nas dopiero w Wigilię. W związku z tym, że wyjeżdżamy nic specjalnego z świątecznych przygotowań nie wyczyniam. Mieszkanie mamy posprzątane, bo wprowadzając się tutaj trzeba było wyszorować je na błysk. Mamy za to ubraną choinkę, poszalałam troszkę z świątecznymi pierdółkami - tu gwiazdka, tu reniferek. Mieliśmy też gwiazdę betlejemską. Piękną, ogromną. Stety-niestety poszła jako nagroda dla uczciwego znalazcy laurowej kurtki, którą my-gapy zgubiliśmy w garażu :) Eh, co to była za akcja, mówię Wam. Ostatecznie okazało się, że sąsiadów mamy jednak uczciwych, a tak w nich nie wierzyłam! Ba, zdążyłam już nawet zamówić dla Laury drugą kurtkę :D




Dzisiaj wreszcie się u nas troszkę ochłodziło, choć nie wiem czy jest jakaś szansa na już nie białe, bo o tym to chyba można tylko pomarzyć, ale mroźne Święta? Te 10-11 stopni bardzo mi przeszkadza, o czym od czasu do czasu wspominam H, a on tylko puka się w głowę :-] No nie zrozumie człowiek Południa człowieka Północy...

Laurusia nasza codziennie budzi się w wyśmienitym humorze i rusza na podbój zabawek. Widzę, że przechodzimy trochę zabawkowy kryzys - nuuuudy panie! Wszystko jest takie sobie, na kilka minutek, a potem rzucone głęboko w kąt. Nawet garnuszek popadł w niełaskę. Zamierzam zabrać więc do dziadków naprawdę niewielką ilość zabawek co by dziecko na chwilkę o nich zapomniało, a potem ucieszyło się ponownie. Tym bardziej, że na Święta zostanie obsypana kolejnymi. Już nie mogę się doczekać jej zachwyconej miny :]

Weekend minął nam szybciutko choć w zdecydowanej większości spędziliśmy go leniąc się w domu. Mieliśmy plany by wybrać się na świąteczny jarmark na Starym Rynku, ale przechodzące co chwilę deszcze i wyjące wietrzysko skutecznie nas wystraszyło. Zaliczyliśmy w zamian za to kawiarnię dla rodzin z dziećmi. A nawet dwie, bo najpierw wybraliśmy się do takiej niby super ekstra polecanej, a tam zostaliśmy odprawieni w drzwiach przez kelnerkę, bo trwały urodziny jakiejś mizerii. Wylądowaliśmy więc niemal na własnym podwórku - kawiarnia dosłownie na przeciwko naszego mieszkania. Ciekawa byłam jak wyglądają takie miejsca, ostatnio zresztą bardzo modne. Czekało nas jednak małe rozczarowanie. Miejsca dla dzieci naprawdę niewiele - zabawki rzucone na niewielkim cienkim dywanie, z którego Laura co chwilę próbowała wyjść do nas siedzących początkowo przy stoliku wprost na brudną podłogę pokrytą płytkami, po której przecież wszyscy chodzą w butach. Zabawki wybrakowane, cymbałki bez pałeczki, sorter bez klocków, naprawdę nie było na czym oka zawiesić. Laura, która tak w ogóle to bardzo ładnie potrafi bawić się sama, tym razem po początkowym zachwycie nowością, gdy tylko doszłam do połowy kawowej pianki już maszerowała w naszą stronę.

Laura pochłonięta zabawą :)



Ostatecznie więc wylądowaliśmy z kawą i ciachem na dywanie wśród zabawek :] Marzy mi się taka kawiarnia dla rodzin z dziećmi, gdzie buty trzeba by ściągnąć na samym wejściu, wszędzie byłyby czyste dywany i dzieciarnia mogłaby poruszać się bez ograniczeń. H jest okropnie przewrażliwiony na punkcie Laury raczkującej tam, gdzie inni włażą w butach. Wszystko przez to, że do tureckich domów broń Boże w butach wchodzić nie wolno. Czasem mnie to irytuje (w szczególności w kontekście imprez wymagających eleganckiego ubrania, ale nie ma zmiłuj się - facet w garniaku też zostanie wciśnięty w bamboszki), czasem jednak ich podziwiam - pewnie z dwudziestoletnie dywany mojej teściowej dosłownie LŚNIĄ, nie ma na nich absolutnie żadnej plamki, kolory żywe, normalnie jak nowe. Po głębszym namyśle przyznaje mu jednak rację, w końcu w tych butach wchodzimy czasem w psie kupy, wchodzimy do publicznych toalet i w inne obrzydliwe miejsca, a dziecko za chwilę rączkę wsadzi sobie do buzi... Wypiliśmy wiec szybciutko kawę, zjedliśmy ciacho i wróciliśmy do domu.



Wieczorem mieliśmy ochotę na ostateczne rozliczenie się z Hobbitem i zaległą Bitwą Pięciu Armii, ale jak zwykle Laura utarła nam nosa i przypomniała by nie planować niczego przy dziecku. Jej usypianie trwało 2,5h!!! Nie mam pojęcia co w nią wstąpiło, była naprawdę śpiąca, tarła oczy, a sen jak nie nadchodził tak nie nadchodził. Musiałam się pilnować by nie paść szybciej od niej ;)


A u Was, dziewczyny, jak przygotowania do Świąt? U mamy nastawiam się na małe pichcenie. Mam już w planach tort makowy i inne pyszności. Zobaczymy na ile pozwoli mi Laura ;)


wtorek, 8 grudnia 2015

14mcy i 10 dni :)

Z poślizgiem, ale już piszę co u naszej kochanej Laurencji. 

14 miesiąc minął nam prawie niezauważenie, a wszystko przez przeprowadzkę. Jednak gdy nagle moja córeczka podreptała w moim kierunku kilka kroczków uświadomiłam sobie, że przecież oto właśnie pokonuje ona milowy krok w swoim rozwoju. Po tych kilku kroczkach Laura natychmiast szybciutko się rozkręciła z chodzeniem. Najpierw chwiejnie i niemal za każdym razem z jakimś upadkiem, teraz jest już całkiem stabilnie :) Uwielbia, gdy ją podziwiamy. Na początku, gdy podnosiła się z przysiadu kazała sobie bić brawo i naśladując nas mówiła "woooow" :)) Potem kilka kroczków, upadek w moich ramionach i śmiech :)) Strasznie wesoła ta nasza córcia. 



Uwielbia gilgotki i rechotanie. Uwielbia polewać się wodą z butelki. Eh, butelki u nas zupełnie się nie sprawdziły :) Mam wrażenie, że Laura do dzisiaj nie bardzo kuma o co w nich chodzi. Zrozumiała natomiast, że gdy naciśnie paluszkiem na smoczek, z butelki wylewa się woda :D Muszę ją pilnować, bo potrafi zrobić niezłą powódź zaczynając od samej siebie.


Mamy etap "głupie minki". Zrobienie normalnego zdjęcia graniczy z cudem :]

Bardzo lubi też zabawę "nie ma mamy, nie ma, jeeeest!" Czasem bierze cokolwiek co znajdzie pod ręką, typu mój szal lub kocyk i nakrywa sobie główkę by potem spektakularnie go ściągnąć :) 

Wciąż zbiera różne syfy z podłogi i próbuje je pożreć, a gdy rzucamy się w jej kierunku ucieka zanosząc się od śmiechu.

Nauka nocnikowania troszkę nam się ostatnio skomplikowała, bo z nieznanych mi przyczyn Laura odmawia siadania na nocnik. To znaczy siada, wytrzymuje kilka minutek i wstaje. Nie zmuszam jej do niczego, daję jej czas. Za każdym razem lecę jednak z nocnikiem, żeby sobie zapamiętała związek między nim a toaletą. 


Laura wciąż kocha miłością bezgraniczną garnuszek klocuszek i inne klocki z sorterów. Ostatnio odwiedziłyśmy moją koleżankę-sąsiadkę i Laura miała okazję pobawić się klockami Duplo z kolekcji córeczki koleżanki. Była zachwycona! Na widok kartonu pełnego klocków aż trzęsła się ze szczęścia :) Co chwilę wstawała, podskakiwała, szczerzyła ząbki w uśmiechu, nie mogłyśmy się na nią napatrzeć :) Przyznam, że ta wizyta bardzo ułatwiła Świętemu Mikołajowi wybór prezentów :D


Poza tym nasz kochany Orzeszek jest niesamowitą przylepką. Co chwilę przychodzi do mnie i kładzie główkę na kolanach albo przykleja mi się do nogi, gdy robię coś w kuchni. Przytulona do mnie potrafi nawet z pół godziny oglądać ulubione bajki w tv. 

Laurencja jest też niesamowicie wygadana :P jej ulubioną frazą, która załatwia po prostu wszystko jest "ma-ma-ma". Za pomocą tych trzech sylab potrafi nas tak skutecznie opieprzyć, że aż zaczynam się bać co to będzie gdy naprawdę zacznie mówić :D

Jest raczej drobnym dzieckiem. Wciąż mamy zaległe szczepienie MMR, więc niedługo będzie okazja by ją zważyć i zmierzyć. Przypuszczam jednak, że nie waży więcej niż 10kg, kruszynka nasza. Lekka a wygląda tak zdrowo :) zupełnie nie jak ja :] Zębów mamy już 7 i widzę, że lada dzień przybędą kolejne. Laura z jednej drzemki znów przestawiła się na dwie, raz około 11 i po południu około 16 po mniej więcej 1-1,5h. Przyznam, że taki układ bardzo mi odpowiada, ciekawe jak długo ten stan się utrzyma.


Laura jest niesamowicie radosnym dzieckiem, ale żeby nie było tak kolorowo potrafi też świetnie zaznaczyć swoje zdanie i nie ma mowy by zrobiła coś na co akurat nie ma ochoty. Wszyscy, którzy chcą skraść jej buziaka są skutecznie odpędzani łapką szybującą góra-dół niczym nieznośna wycieraczka, najczęściej tylko ja jestem obłaskawiana buziolkiem. Laura na przykład nie pozwoli się nawet dotknąć mojej babci, choć w rodzinie jej mokre buziaki są dość sławne i to, że wszystkie dzieci przed nimi uciekają :] czasem zdarzają jej się też zwykłe ... wkurwy :] no jak to kobitka :) W weekend zaliczyliśmy pierwszą sesję zdjęciową. Wydawało się, że wszystko pójdzie zgodnie z planem - Laura obudziła się dosłownie 10min przed przyjściem pani fotograf, była więc wypoczęta i zdawałoby się gotowa do zabawy. W pierwszej aranżacji elementem oprawy były cytryny :] Laurze jednak się delikatnie mówiąc nie spodobały. Zamiast się nimi pobawić, co przypuszczam, w normalnych warunkach by zrobiła, rzucała je na prawo i lewo z takim impetem, że aż zaczęłam się obawiać o bezpieczeństwo naświetlenia ;) Później zmieniliśmy wystrój na aranżację bożonarodzeniową. Był sztuczny śnieg, szyszki, piórka i choinka. Z tą ostatnią Laura rozprawiła się dosłownie w kilka minut. Choinka była absolutnie łysa z jednej strony. Śnieg nie wzbudził jej większego zainteresowania, natomiast rzucała się aż na małe styropianowe prezenciki zapakowane w złoty papierek, które były zawieszone na choince. Raz dwa trzy i prezencik rozpakowany :) I to z taką złością, irytacją, że głowa mała :) Laurencja jak się patrzy. Dzisiaj rano wkurzyła ją natomiast krowa (tak przypuszczam). Ładnie się nią bawiła i zupełnie nagle trzzaaassk krowa przeleciała przez pół salonu. Potem był ryk, krzyk i wicie się na podłodze. Czy jest bunt 1,5-roczniaka? ;)



Powracając jeszcze do sesji... nie wiem czy kiedyś próbowałyście, ja bardzo chciałam taką pamiątkę, tym bardziej, że trochę zgapiliśmy się na taką sesję, gdy Laura była malutkim śpiącym noworodkiem, któremu wszystko jedno. Sesja miała trwać 1,5-2h, a i to nawet wydawało nam się przesadzone... Ehm... sesja przeciągnęła się do ponad 4h. Fakt, że mieliśmy ją w domu, czyli rozłożenie i złożenie przenośnego studia, a także zmiana aranżacji zabrała sporo czasu. Pewnie opory Laurencji co do współpracy z fotografem też zrobiły swoje. W każdym razie byliśmy WY-KOŃ-CZE-NI. Głowy pękały, oczy bolały, kręgosłupy trzeszczały. Na następną sesję chyba nie zdecydujemy się zbyt szybko ;) Jeszcze w jej trakcie pani fotograf pochwaliła H, że jak mało który mężczyzna wykazuje się niezwykłą cierpliwością w pozowaniu, a tymczasem H cichaczem pokazuje mi w telefonie wiadomość, którą wysłał zaledwie kilka minut wcześniej do swoich kumpli - moje i Laury zdjęcie na tle bożonarodzeniowej aranżacji z podpisem "wysyłam jako ostrzeżenie, gdyby kiedyś wasze żony wpadły na coś podobnego" ;)




poniedziałek, 7 grudnia 2015

Grudzień z Mikołajem


Spóźniłam się trochę z tym postem. Planowałam puścić go w świat wczoraj, z okazji Mikołajek, ale niestety dni wydają mi się ostatnio zdecydowanie zbyt krótkie. Ale do brzegu. Chcę Wam dzisiaj coś pokazać. To kawałek mojego dzieciństwa i świąteczna magia zamknięta w pięknej oprawie. Nie mam za bardzo zwyczaju polecać na moim blogu czegokolwiek, ale ta książka jest absolutnie wyjątkowa i z pewnością zasługuje na najwyższe rekomendacje. Zresztą, co tu ukrywać, po prostu bardzo Was lubię i sprzedaję Wam tu fajny pomysł na prezent dla ciut starszych dzieci ;)


"Wielką wyprawę Świętego Mikołaja" dostałam jako prezent na Mikołajki kupę lat temu. Książka całkowicie mnie oczarowała. Niesamowicie działa na wyobraźnię dziecka, bo w całej książce oprócz nazwy wydawnictwa nie znajdziecie niczego co mogłoby zdradzić jej zwyczajność. Autorem jest elf Skryba, edytorem Mikołaj (święty), itp. Normalnie bajka!


Książka przedstawia przepiękną historię opowiadającą o tym jak Mikołaj stał się Mikołajem :) Wyjaśnia skąd ma sanie, jak spotkał się z elfami i jak działa cała ta magiczna kraina.


Są przepiękne ilustracje, na śliskim błyszczącym papierze. Po prostu cudowne wydanie.


Gdy tylko zobaczyłam tę książkę od razu się w niej zakochałam. Od tego czasu co roku mama czytała mi ją przed Świętami. Zamierzam kontynuować tą tradycję z moją córeczką.


Historia jest całkiem długa, jej czytanie można więc podzielić na kilka zimowych wieczorów.


Czytałam ją milion razy, a zawsze przeżywam dreszczyk emocji przewracając kolejne strony.


Niektóre ilustracje są tak niesamowite, że wyglądają niemal jak zdjęcia.


W książce znajdzie się wszystko to, czego szukać może dziecko spragnione świątecznych historii. Są mapy, a nawet przepisy kulinarne :)


Jako dziecko uwielbiałam nie tylko ją czytać, ale także rysować przepiękne ilustracje, których jest w nich całe mnóstwo.


"Wielka wyprawa Świętego Mikołaja" jest dla mnie kwintesencją świątecznej atmosfery.


Książka kończy się przepięknym wierszem "Noc wigilijna" Clementa Moore'a. To mój ulubiony świąteczny wiersz :)


Z książką tą jest jednak jeden mały problem. Z zupełnie nieznanych i niezrozumiałych dla mnie powodów Wydawnictwo Debit nie drukuje już tej książki. Bardzo trudno ją dostać, ale nie jest to niemożliwe. Mój egzemplarz, który otrzymałam od rodziców lata temu, odstąpiłam mojej siostrze, dla której także był to hicior nad hiciory. Trochę mi to zajęło. ale udało mi się kupić drugi egzemplarz od kogoś z internetu, kto odsprzedał mi ją za śmieszne pieniądze.


Do Wydawnictwa napiszę natomiast chyba jakąś petycję z prośbą o wznowienie druku, bo to aż niepojęte by tak piękna pozycja była poza zasięgiem naszych dzieci.

Polecam z całego serca! I szukajcie a znajdziecie ;)

A co u nas w wielkim skrócie?

Jutro postaram się skrobnąć post o 14-miesięcznej Laurusi, bo jak zwykle jest o czym opowiadać. Aklimatyzujemy się we Wrocławiu, choć ta aklimatyzacja wczoraj obrała troszkę niespodziewany przeze mnie obrót... Ni z gruszki ni z pietruszki szukam pracy. CVki rozesłane, zobaczymy co z tego wyjdzie. Jutro pierwsza rozmowa kwalifikacyjna. Już czuję dreszczyk emocji i to wcale nie na myśl o rozmowie samej w sobie, ale o odbyciu jej w towarzystwie Laurencji :-]

Trzymajcie kciuki!

wtorek, 1 grudnia 2015

Halo, halo, tu Wrocław!

Jestem wykończona. Przeprowadzka kompletnie odebrała mi siły choć pomoc miałam naprawdę wielką. Po pobycie u moich rodziców wróciliśmy do Krakowa z moim tatą, który niesamowicie nam pomógł. Po raz kolejny przeraziłam się rozmiarami do jakich urósł nasz "dobytek" i to zaledwie w ciągu 6 mcy, bo przecież przyjeżdżając z Turcji zaczynaliśmy niemal od zera! 

Przeprowadzka była męcząca już od samego początku - trasa do Krakowa zajęła nam nie jak zwykle 6h a ponad 8 - takie korki i inne atrakcje... Laura świetnie zniosła jazdę, jestem naprawdę pod wrażeniem jaka z niej podróżniczka :) W Krakowie pakowanie, sprzątanie, pakowanie, kombinowanie co gdzie spakować, gdzie załadować, itp... Wynajęliśmy samochód dostawczy, który w oka mgnieniu zapełnił się pod sam sufit - nie mam pojęcia jak :) Gdy w niedzielę upchnęliśmy w aucie ostatnią walizkę i z ulgą wsiedliśmy do samochodów myśląc, że ze spokojem w 3h będziemy we Wrocławiu, pojawiła się kolejna atrakcja - dostawcze auto, którym jechał mój tata, leeeedwo jechało :) Załadunek jednak zrobił swoje, poza tym silnik kompletny słabeusz - taki szczegół, który przeoczyliśmy wybierając auto, a o którym następnym razem na pewno będziemy pamiętać. W rezultacie maksymalna prędkość jaką tato mógł rozwinąć to 120 z górki, a przy byle wzniesieniu schodziliśmy do 50-70. O wyprzedzaniu czegokolwiek można było pomarzyć, żeby trzymać się na trasie razem siłą rzeczy też musieliśmy jechać tak wolno. Trasa wlekła się więc jak flaki z olejem. 

Na miejscu od razu zabraliśmy się do pracy i jeszcze tego samego dnia ogarnęliśmy większość rzeczy. Gdy wreszcie zawiesiliśmy prace porządkowe i zabrałam się za usypianie Laury, myślałam, że zaraz padnę na nos - taka byłam zmęczona. Dzisiaj mamy wtorek, a ja wciąż je czuję. 

Nowe mieszkanie jest... wciąż nowe :) Znowu potrzebujemy czasu by się do niego przyzwyczaić. Wydaje się być całkiem wygodne choć jest pare spraw, na które dziwnym sposobem nie zwróciliśmy uwagi podczas jego oglądania, czyli np. brak wszelkich półek/szafek w łazience, brak rolet/karniszy w salonie i w końcu brak Disney Junior w ofercie kablówki! :) Wszystko do poprawki, pomału zmierzamy się z każdym problemem. Pozostaje jedynie jeden-nierozwiązywalny i przyznam, że troszkę mnie przeraża. Nasze mieszkanie jest tuż przy drodze, wszystkie okna są na nią wystawione. Wydawałoby się, że to niezbyt ruchliwa trasa, a jednak. W mieszkaniu wciąż słychać przejeżdżające auta. Do ich głosu już niemal się przyzwyczaiłam choć w sypialni niestety słychać je chyba najbardziej. W ciągu dnia włączam Laurze do drzemki muzykę, bo zdarzają się jeszcze jakieś ciężkie samochody i kopary jeżdżące na pobliski plac budowy... Teraz, gdy wszystkie okna są pozamykane jest to do zniesienia. Boję się jednak co zrobimy latem, gdy będzie gorąco i gdy będziemy chcieli w nocy otworzyć okno... Mam nadzieję, że nie będziemy musieli zmieniać lokum ;P

Cieszy mnie natomiast niezmiernie to, że do rodziców, do których w końcu dość często jeździmy mamy już tylko 3h drogi a nie 6. Że niemal po sąsiedzku mam tu dobrą koleżankę, która ma namiar na sprawdzoną nianię, do której posyła zresztą swoją córeczkę ;) 

Myślę, że szybko się zaaklimatyzujemy, dzisiaj tylko, gdy H. wybył do pracy, a tato mój krótko po nim pożegnał się z nami i pojechał do siebie zrobiło mi się jak zwykle smutno. W domu cicho, Laurusia przylepka wciąż przychodzi się przytulić :)

W czasie tego zamieszania związanego z przeprowadzką nie znalazłam nawet chwili by napisać Wam, że córcia moja kochana CHODZI :))))))))

Zaczęło się niewinnie od 2-3 kroczków, a teraz jest ich już znacznie więcej. Wcześniej Laura za kierunek obierała sobie tylko moje ramiona, a dzisiaj zauważyłam, że gdy chce do czegoś podejść wybiera już transport na nóżkach a nie raczkowanie. Jejjjj jak ona szybko rośnie. Przy tym dreptaniu wygląda oczywiście niesamowicie pociesznie. Często urządza sobie też zabawę - idzie kilka kroczków w moją stronę roześmiana  by przed pokonaniem ostatniego odcinka rzucić się na szczupaka :) Gdy ją złapie zaśmiewa się w głos :)))

Przez przeprowadzkę przegapiłam post podsumowujący 13. miesiąc laurusiowego życia. Do nadrobienia w najbliższym czasie!








poniedziałek, 23 listopada 2015

Krok do przodu

Taki właśnie zrobiliśmy, bo wreszcie załatwiliśmy sprawę mieszkaniową. Ale łatwo nie było, oj nie. Mam nadzieję, że teraz już będzie lepiej, bo ostatnio u nas pod górkę.

Poszukiwanie mieszkania we Wrocławiu stało się dla mnie największym złodziejem tych żałosnych resztek mojego wolnego czasu. Poza tym szukanie na odległość jest po prostu paskudne. Ja wiem, że każdy chce wynająć jak najszybciej i że tak przez telefon to jestem tylko szarą niewiadomą dla mojego rozmówcy. No, ale skoro już się umawiamy na spotkanie to dlaczego koleś wynajmuje mieszkanie komuś, kto pojawia się godzinę przede mną???? Strasznie to było dla mnie wkurzające i dołujące. W końcu ustaliliśmy kilka spotkań na ubiegłą sobotę. Tą pamiętną sobotę, dzień po zamachach w Paryżu. Wtedy szlag mnie trafił, ale teraz widzę, że całe szczęście, że w piątek wieczorem niemal wszystkie się posypały, bo już sobie wyobrażam jak właściciele mieszkań reagowaliby na H :(((( Naprawdę przez tą chorą sytuację w Polsce napędzaną jeszcze dodatkowo przez media (czy tylko ja tak mam, że kiedykolwiek nie włączę tv jest jakiś program antymuzułmański??? A to o Czeczenach, a to o poligamii, a to o Syrii... ręce opadają, bo wszystko na jedno, znajome kopyto zamiast choć troszkę oświecić ciemny naród). Poza tym mąż mój w piątek się kompletnie rozłożył. Do tego wszystkiego Laura i jej ząbkowanie. Trzy zęby tuż pod dziąsłem dają jej ostro popalić, a ona nam :-] Śpimy znowu w trójkę, Laura całą noc przy cycku, bo tylko w ten sposób się nie wybudza. Rano jestem więc cała połamana. Przez weekend miałam więc w domu ząbkujące niemowlę, chorego chłopa i oczywiście kontynuację szukania mieszkań i umawiania spotkań....

Ufff... przypuszczam, że zmęczyłyście się już samym czytaniem :D


Zatem do brzegu. Pojechaliśmy w czwartek, mieszkanie wynajęliśmy. Jego właściciel na całe szczęście nie okazał się polskim patriotą albo chociaż nie dał tego po sobie znać. Ale dreszczyk emocji był, a jakże. Z Wrocławia pojechaliśmy prosto do moich rodziców. Tutaj odbijamy sobie ten trudny czas, czyli sprzedajemy Laurę dziadkom kiedy tylko jest ku temu okazja :D


Tym sposobem wczoraj pojechaliśmy do kina. UWIERZYCIE? Bo ja wciąż niedowierzam. Normalnie wypas :)) Padło na Bonda, ale film się nie liczył :) Było super i może, kto wie, uda się jeszcze raz? :)


W sobotę wracamy do Krakowa by dokończyć pakowanie i dalej trasa na Wrocław. Nie jest mi żal miasta królów. Sorry, ale jakoś nie.

Patrzę przed siebie i nawet cieszę się na tą przeprowadzkę.
Zaczynam doceniać też zimę w Polsce, której nie dane było mi przeżyć od dobrych kilku lat. I jaaak fajowo, że w centrach handlowych już widać świąteczne akcenty! Nic a nic mi to nie przeszkadza! Czekam jeszcze na jingle bells i inne hiciory. I tak, nie mogę się doczekać Kevina :D



wtorek, 10 listopada 2015

Żyjemy w puszce

Mało nas ostatnio na blogowisku. Niestety musiałam sobie odpuścić nie tylko pisanie u siebie, ale nawet czytanie Waszych blogów :( Obiecuję wkrótce poprawę, ale na razie wykorzystuję dosłownie każdą chwilkę na poszukiwania mieszkania we Wrocławiu. Jestem już zmęczona tymi poszukiwaniami, bo to wszystko na mojej głowie, a Laurusia niestety nie ułatwia mi zadania. Wychodzą jej kolejne trzy zęby, które mocno ją męczą, a ona tym samym męczy mnie :D Gorzej śpi, często wybudza się z płaczem, a w nocy potrafi wisieć na cycku jak noworodek. Nasze samotne spanie poszło więc znowu w niepamięć, laurowe łóżeczko od mniej więcej północy świeci pustkami. 
Rano znowu budzę się połamana, mąż idzie do pracy, a ja jednym okiem patrzę na Laurę, drugim na ogłoszenia :S Poszukiwania mieszkania na odległość jest po prostu do bani - zanim dotrzemy na miejsce, ktoś sprząta nam mieszkanie sprzed nosa. Planujemy w sobotę przejechać się do Wrocka i mam nadzieję, że coś znajdziemy choć przyznam, że na myśl o jeżdżeniu od mieszkania do mieszkania i ich oglądaniu z Laurą trochę miękną mi nogi. Pozostaje mi liczyć po cichu, że córcia znowu nas pozytywnie zaskoczy i będzie współpracować.



Poza tym u nas nuuudy. Od niemal tygodnia siedzimy z Laurą uwięzione w mieszkaniu. Najpierw był smog i tak wysokie jego stężenie w powietrzu, że po wyjściu na zewnątrz faktycznie od razu czuć było metaliczny posmak w ustach, a teraz mamy deszcz, wiatr i piździawkę :] Wolę jednak zdecydowanie ten deszcz, bo przy smogu nawet okien nie mogliśmy otworzyć by choć trochę wywietrzyć mieszkanie. Życie jak w puszce. Ohyda. Cieszę się z tego powodu, że niedługo uciekamy z Krakowa choć we Wrocławiu podobno jest tylko trochę lepiej :]

Urzędujemy więc z Laurą w domu. Córci mojej ta nerwowa atmosfera się chyba udziela, bo zupełnie nagle zaczęła przejawiać jakieś autodestrukcyjne zapędy - w czasie całkiem spokojnej zabawy potrafi nagle podejść do ściany i zacząć walić w nią łepetyną albo bierze do ręki plastikową zabawkę i łuuuup w czoło. Potem ryk i znowu łuuup. Ja naprawdę nie wiem w kogo ona się wdała, bo u mnie w rodzinie takich osobników nie ma :P


Laurusia przytula się do swoich pluszaków :)

Na koniec pozytywny akcent: jeszcze w czasach przedsmogowych wróciłyśmy do domu z Biedry z nocnikiem :D Laura najpierw z wielkim entuzjazmem zaznajomiła się z nowym obiektem, powrzucała do niego zabawki, potem rzuciła w kąt. Po kilku dniach zaczęłam ją na nim sadzać i muszę się, drogie ciocie, pochwalić, że mamy pierwsze sukcesy. W nocniku wylądowało już kilka kupek, a nawet dwójeczka :) Śpieszę jednak wyjaśnić, że nie, Laura nie woła oczywiście na nocnik. Sadzam ją na nim, gdy tylko zauważam pierwsze objawy tego, że idzie "grubsza" sprawa. Cieszy mnie jednak to, że Laura siedzi na nim bez problemu i nie blokuje się w wiadomej sprawie :) 

Nom, to by było na razie na tyle.

Buziaki :***

środa, 4 listopada 2015

Słowo o pierwszych butkach

Dzisiaj taki mini-post, bo sporo osób pyta mnie o moją opinię o Attipasach, czyli naszych pierwszych bucikach. Mini też z tego względu, że nasz sąsiad (bliżej nieokreślony, bo jak dotąd nie udało mi się go zlokalizować) już 2 tydzień jedzie ostro z wiertarą i to tak od rana do wieczora. Nie pytajcie mnie co w tej chwili czuję, bo miałabym ochotę kolesia wypatroszyć za życia, a jelita powiesić na balkonie. 

No dobra, buciki. Takie właściwie pół-buciki, bo z buta mają tylko podeszwę.


Kupując je kierowałam się super-ekstra dobrymi opiniami innych mam. I ja też chciałabym napisać o nich w samych superlatywach, bo bardzo mi się podobają. Po miesiącu ich używania napiszę jednak: chyba nie warto. Buciki są faktycznie bardzo starannie wykonane, mięciutkie, wg mnie nawet ładne, na paluszki jest bardzo dużo miejsca, opakowanie naprawdę robi wrażenie itp. 

Ale:

Spadają! Nosz kurde, mam wrażenie, że gdybyśmy kupiły normalny  bucik, np. wiązany, byłby stabilniejszy. Attipasy, pomimo naprawdę dobrego dopasowania rozmiaru, potrafią się przekrzywić, ściągacz skarpetki wiecznie się opuszcza, u nas w prawym buciku nawet puściła przy nim jakaś nitka przez co Laura wiecznie go gubi. Najbardziej jednak wkurza mnie to, że się przekrzywiają, podeszwa idzie do góry, co zdecydowanie grozi utratą przez dziecko równowagi i upadkiem.



Poza tym wiecznie mam dylemat czy ubierać je na bosą stópkę czy na skarpetkę. Najczęściej wybieram opcję drugą z cienką skarpetką. 

Widzę też, że Laurze niezbyt wygodnie się w nich raczkuje ( choć Laurencja raczkuje już coraz mniej), bo gumowym czubkiem jedzie po panelach wydając przy tym charakterystyczny pisk, który często wierci mi dziurę w mózgu. Raz, że ją to hamuje, dwa - zostawia mi na podłodzie ślady jak po ślimaku :)



Ostatecznie i tak w domu najczęściej śmiga w skarpetkach, a Attipasy zostawiamy na pójście w gości. Gdybym miała wybierać jeszcze raz, chyba lepiej wydałabym tą niemal stówkę :S Cieszę się tylko, że dosłownie w ostatniej chwili poszłam po rozum do głowy i nie zamówiłam dwóch par w promocyjnej cenie 150zł. Jednak coś mi podpowiedziało by lepiej najpierw przekonać się czy na pewno się sprawdzają. 

Sprawdzają się u nas natomiast skarpetki z podeszwą silikonową. Do niedawna nie byłam w temacie i myślałam, że skarpetki z ABSem to tylko takie z kropkami na podbiciu. Otóż nie! Całkiem przypadkiem trafiłam na taki oto wynalazek:


I powiem jedno: polecam! Jest wygodnie i dziecko mi się nie ślizga. To jest nasz wybór no1!