niedziela, 29 marca 2015

6!

Jakoś wciąż do mnie nie dociera, że kończymy właśnie 6 miesięcy, czyli całe PÓŁ ROKU. O ja pierdziu... Pół roku z naszą Laurencją, pół roku uśmiechów, przytulasków, zmieniania pampków i myśleniu zawsze na pierwszym miejscu o Niej. Pół roku od kiedy się nie wyspałam, hehhe :)) 

Ten szósty miesiąc był dla nas kolejnym przełomem, podobnym do 3 miesiąca, w czasie którego odpuściły kolki. I wiecie co? Z każdym dniem jest lepiej! Nasza pół-roczna Laura jest niesamowicie pogodnym dzieckiem. Naprawdę rzadko kiedy zdarzają Jej się gorsze dni z marudzeniem. Standardem natomiast są uśmiechy rozdawane od rana do wieczora, a często również przez sen. Oczywiście najchętniej do mamy i taty, ale też do babci, dziadka, ciotki i niemal każdego, kto zagada naszego brzdąca. Noooo fajny z Niej bobasek :)))


Zmian natomiast mamy tyle, że aż nie wiem od czego zacząć. Muszę to chyba jakoś ogarnąć tematycznie:

1. CIEKAWOŚĆ
Oj tak, szósty miesiąc to z pewnością miesiąc nieposkromionej ciekawości. Badane jest wszystko w zasięgu małych rączek. Laurencja wszystko chce dotykać, macać i wkładać do buzi :) Odkryciem półrocza są też włosy. Nie laurowe, rzecz jasna. Gdy tylko uda Jej się nas za nie złapać, od razu strzela banana na całą twarz ;) Oczywiście, nie muszę chyba mówić, że zostawić nie ma zamiaru? :)) Łapie i ciągnie, a gdy ofiara zaczyna wierzgać się w spazmach, Laura aż piszczy z radości :D



W tym miesiącu zauważyła też swoje nogi :D Stópek jeszcze nie wkłada do buzi, ale wciąż się za nie łapie i ściąga skarpetki :) 



2. SIŁA i ZWINNOŚĆ
Z naszej Laury jest całkiem dorodny bobasek. Nie wiem co prawda ile teraz waży, ale przypuszczam, że dobijamy powoli do 9kg. Mimo swej tuszy (heheh, to za mamą ;)) jest bardzo sprawna fizycznie. 


Na macie wyprawia takie akrobacje, że głowa mała. Już bardzo niewiele dzieli nas od przewrotu na brzuch z prawej strony. Laura podnosi się do tego na wyprostowanych rączkach i kombinuje z raczkowaniem. Albo właśnie unosi się wysoko na rączkach, albo podnosi dupkę nurkując główką w podłodze. Wygląda wtedy jak mała mrówka :)) 


Gdy zaprze jej się nóżki, przesuwa się do przodu. Sama daje sobie radę wstecz - odpychając się rączkami. 


Poza tym... siedzi! No prawie, bo muszę Ją jeszcze delikatnie asekurować. Siadać zaczęła sama w bujaczku, co początkowo przyprawiło mnie o lekki zawał serca, tym bardziej, że nie mieliśmy zwyczaju przypinać Jej pasami. Teraz jest to jednak nieuniknione, tym bardziej, że znudzona Laura potrafi zaprzeć się w bujaczku wypychając brzuszek do góry i całkiem groźnie zjechać w dół (!). 


3. KOMUNIKACJA
Laurencja jest już całkiem komunikatywna. Przede wszystkim zaczęła wydawać z siebie więcej głosów, choć moim zdaniem wciąż jest ich trochę mało. Mamy więc "aaaa" i "eee" w różnych wariantach, mamy też piski. Najważniejsze jednak jest to, że Mała zaczyna nas naśladować. Gdy lulając Ją mówimy "eee", Ona zaczyna robić dokładnie to samo :)


4. ZABAWA
Hitem miesiąca jest z pewnością pudło zabawek. Wkurzało mnie, że laurowe zabawki walają się wszędzie po domu, zainwestowaliśmy więc w pudełko. Okazało się to strzałem w dziesiątkę :) Laura uwielbia teraz w nim grzebać i wywalać wszystkie zabawki po kolei. 


Lubi też spędzać czas na macie choć gdy tylko się Ją tam położy, momentalnie fika na brzuszek i po chwili zaczyna narzekać :-] Poza tym oglądamy namiętnie tureckiego Pepee i rosyjską Maszę. Od jednego i drugiego głowa już mnie boli, ale co zrobić. Przynajmniej herbaty mogę się spokojnie napić.


5. JEDZENIE
Powoli wkręcamy się w rozszerzanie diety. Cycek wciąż jednak pozostaje number 1 i nie zanosi się na szybkie zmiany w tej materii. Zaczęłam jednak podawać Jej słoiczkowe żarełko. Początkowo chciałam przygotowywać Jej jedzonko sama, ale nasz Orzeszek pogardził żarciem matki. Woli Gerbera :D 


Mamy więc za sobą marchewkę w różnych odsłonach, dynię, jabłuszko i gruszki. Przy wszystkich krzywi się jednakowo mocno chociaż dynia chyba bardziej Jej smakowała - nie było przynajmniej odruchu hafta :P Raz dostała też umemłane przeze mnie ziemniaczki z brokułem, ale menda mała po spróbowaniu pierwszej łyżeczki w ogóle nie chciała otworzyć paszczy (a dobre było - słowo honoru - próbowałam!). Do tej pory najbardziej smakowała Jej zupka marchewkowa z ryżem, którą przypłaciła wieczorem bólem brzuszka :-( wyczytałam, że w składzie jest też odrobinka selera, więc to chyba on był winowajcą... Marchewkę przecież próbowała wcześniej i było ok, ryż natomiast jest niby obojętny... 


W 7. miesiącu chcę zacząć podawać Jej kaszkę. Kupiłyśmy już nawet Nestle Zdrowy Brzuszek z lipą i czekamy na dobry moment. Poza tym kupiłam też ciumkacza z Canpola. Wiecie, ta siateczka, w której można podawać grubsze kawałki do wyciumkania. Czy tylko mnie kojarzy się z prezerwatywką????? (:-o). Mała dostała już jabłko i marchewkę z rosołu i bardzo Jej takie ciumkanie odpowiadało :) Planujemy też pobawić się z BLW, ale poczekamy aż Mała usiądzie w 100% stabilnie, no i fajnie by było gdyby została posiadaczką choćby jednego zęba! Kłów na razie brak i wcale się na nie nie zanosi. Nawet dziąsła chyba nie swędzą Ją już tak bardzo. Czyżby cisza przed burzą? ...Boję się...

Laura uwielbia też pić wodę. To jednak bardziej zabawa niż prawdziwe picie. Żeby jednak było ciekawiej, Laura nie chce pić wody z butelki (choć potrafi - dowód na zdjęciu). Ona chce ze szklanki, tak jak mama! Gdy tylko biorę szklankę w rękę i kieruję do ust, Orzeszek natychmiast zaczyna się do niego wyrywać i kuuurde, naprawdę pije :) tak jak mały piesek mocząc języczek :D


6.  SEN
Tu chyba nastąpił największy przełom. Dziewczyny, nie chcę chwalić dnia przed zachodem słońca, ale zdaje się, że uwolniliśmy się z zaprzęgu do usypiania! Nie wiem, czy pamiętacie, ale bujaliśmy Ją na nogach bez opcji odstawienia po uśpieniu, bo groziło to rozpoczęciem zabawy od początku po góra 10 minutach! Wybawieniem okazało się... łóżeczko turystyczne. No to samo, w którym Laura będąc w grudniu u dziadków wcale spać nie chciała! Olśnienia doznałam dzięki Marice. Kochana, DZIĘKUJĘ!!! Teraz pluję sobie w brodę, że nie wpadłam na to wcześniej. Mianowicie, zupełnie zapomniałam, że łóżeczko to ma przecież opcję bujania! Mój tato składając łóżeczko przed naszym grudniowym przyjazdem w ogóle nie zamontował części do bujania, dlatego też zupełnie nie zakomunikowałam, że coś takiego jest. Ano jest i działa dokładnie tak samo jak nasze kopyta! Po przyjeździe do dziadków od razu przystąpiliśmy do dzieła. Pierwszy sukces należał do H. Początkowo Laura myślała chyba, że to zabawa, ale po krótkim biadoleniu zaczęła zamykać oczy. Możecie sobie wyobrazić jak bardzo się ucieszyliśmy????

Obecnie usypiamy Ją właściwie tylko w łóżeczku. Laurze bardzo unormował się już plan dnia. Mamy 3 drzemki po 1-2h, w tym jedną na spacerze. Dwie pozostałe Laura zalicza w domu. W łóżeczku potrafi przespać do 2-3 godzin. Czasem zdarza się Jej wybudzić, ale udaje się Ją jeszcze dobujać albo uśpić szybkim przystawieniem do cycka. Wreszcie mam w ciągu dnia chwile BEZ córki, w czasie których mogę zrobić TYYYYle rzeczy ;-)) Jest coraz lepiej. Docelowo chcemy powoli wyeliminować bujanie choć widzę już, że Małej coraz lepiej idzie samodzielne zasypianie - czasem podglądam Ją w nocy, gdy się wybudzi i zdarza Jej się po prostu uspokoić latające na wszystkie strony łapencje i kopytka, zamknąć oczy i odlecieć do Morfeusza. Pozostaje jeszcze kwestia nocy. Śpimy razem. Gdy Laura budzi się około 23, zabieram Ją do łóżka i śpimy tak do rana. Niby przyzwyczaiłam się już do spania przez całą noc na boku, ale umówmy się, wygodne to to nie jest. Odstawienie Jej do łóżeczka nie ma chyba jednak na razie sensu, bo Mała budzi się co 3-4h na karmienie. Nie wyobrażam już sobie wstawać do niej co chwilę... 

Ten postęp przypłaciłyśmy jednak przynajmniej jednym wybudzeniem w ciągu niemal każdej nocy. Niestety. Do tej pory śpiąc z nami Laura przesypiała pięknie całą noc aż do 7:30 - 8:00. Teraz właściwie codziennie zaliczamy wybudzenie, ostatnio około 1:00 i pobudki o mniej więcej 6:00 :-/// W nocy żeby tylko jak najszybciej móc spać wrzucam Ją jeszcze sobie na nogi, ale najczęściej usypianie nie trwa zbyt długo. Potem przerzucam Małą do łóżka, szybko kładę się obok i cyckamy się dalej :-]

Jednym zdaniem: idealnie jeszcze nie jest, ale z pewnością dużo dużo lepiej.

A tymczasem...

W poniedziałek jedziemy już z całym balastem do Krakowa. Mieszkanie wynajęte, część naszych rzeczy przewieziona, ale gdy tylko pomyślę o jutrzejszym pakowaniu flaki mi się przewalają :-/ Dziadek z babcią smutni, łapią każdą chwilę z wnusią. 

Zaliczyliśmy wycieczkę do Poznania do naszego starego mieszkania po resztę rzeczy. Tata z ciotką zaliczyli kino, a my z Laurą sentymentalną przejażdżkę po Starym Rynku :)


I wiecie co? Stara jestem. Taka myśl naszła mnie, gdy spacerowałam po poznańskich ulicach. Wszędzie studenci! I to tacy nierozgarnięci jacyś! Nie, żebym sama kiedyś nie była studentką, ale gdy popatrzyłam na pewną grupkę zachowującą się bardzo głośno, której celem było najwyraźniej brzmieć nadzwyczaj zabawnie, a mnie te dżołki w ogóle nie śmieszyły, tylko zaczęłam obawiać się, że obudzą mi dziecko, dotarło do mnie, że kurde no, stara właśnie jestem :-]


Kolejna relacja z Krakowa!

sobota, 21 marca 2015

Dobrze nam tu!

Aaaaale fajnie jest tu w Polsce :D

Za nami prawie 2 tygodnie pobytu i wciąż nie mogę się nacieszyć tym, że jestem w kraju. Te równie chodniki, pyszne i różne (!) pieczywo, masełko, szampan na wyciągnięcie ręki, ddtvn ;-) oj dużo mogłabym wymieniać. Nie licząc kilku dni trafiliśmy na naprawdę fajną pogodę i choć nie dawałam temu zbyt dużej szansy, śmigamy znowu gondolką! Jestem przekonana, że w Turcji taka próba skończyłaby się darciem w niebogłosy, a tutaj wystarczył chłodniejszy wietrzyk i Laura była już daleeeeko w objęciach Morfeusza.



Ewidentnie jednak są to nasze ostatnie dni z gondolą. Laura już całkowicie ją wypełnia. Trochę się rozklejam na myśl o przejściu na spacerówkę, bo w spacerówkach wozi się przecież takie duże dzieci! W Turcji najbardziej sprawdzał się w ostatnim miesiącu fotelik samochodowy i trochę się już pogodziłam z pożegnaniem z gondolą. A tutaj, dzięki polskiej pogodzie, mam moją małą dzidzię z powrotem!


Za nami jest też próba ze spacerówką. Niby wszystko ok, ale na chłodniejsze dni zdecydowanie wolimy gondolę :)


Stacjonujemy wciąż u moich rodziców powoli przymierzając się do przeprowadzki. Wszystko wskazuje na to, że Kraków będzie naszym ostatecznym adresem. H. wciąż czeka na odpowiedź od jednej firmy, stąd nie wiemy czy zacznie pracę od kwietnia czy od maja i przez to tkwimy trochę w zawieszeniu. Ale nie próżnujemy, oj nie. H. z moim tatą znaleźli dla nas fajne autko, ostatnie dni mijają nam więc na załatwianiu formalności z nim związanych. Jedna z 'grubszych' pozycji na liście rzeczy do zrobienia do skreślenia. Uff.


Co poza tym?

W tym 6. miesiącu życia Laura zmienia się w niesamowitym tempie. Codziennie zadziwia mnie nowymi umiejętnościami i tym, że już taka DUŻA się wydaje :) Jak to się stało, że z takiego małego nieporadnego noworodka stała się tak rozgarniętą dziewczynką???





poniedziałek, 16 marca 2015

5 (i pół)

No i matka dała plamę i podsumowanie 5. miesiąca publikuje niestety ze sporym opóźnieniem. Już miałam ochotę poczekać te 2 tygodnie i podsumować razem ostatnie dwa miesiące, ale z racji że piąty miesiąc był znowu pełen nowych umiejętności nabranych przez naszego Orzeszka, stwierdziłam, że dopóki pamiętam miesiąc ten zasługuje na osobny wpis. W skrócie - jest znowu lepiej :-) 


- waga 7,4kg i 68cm – ważona i mierzona jeszcze w Turcji na dzień przed naszym wyjazdem. Tą wagę dość mocno odczuwa ostatnio mój kręgosłup, no ale czego się nie robi dla dziecka? ;-)

- i dalej idąc w tą stronę - ubranka 68 i 74, pampki 3 (w Turcji używaliśmy 3+ ale zdaje się, że takiego numeru nie ma w Polsce???)

- zębów brak i jakoś się na nie nie zanosi, choć w paszczy ląduje wszystko co Laurencja ma w zasięgu ręki

- przewrót w lewą stronę to pikuś, bułka z masłem i kaszka z mleczkiem. Laura bardzo lubi taką gimnastykę i wciąż ją praktykuje. Kilkakrotnie udało jej się też wrócić na plecy choć wciąż ma z tym problem i najczęściej domaga się pomocy. Tak jak na początku cieszyłam się z tej umiejętności tak teraz mam trochę mieszane uczucia, bo nie mogę już córci zostawić spokojnie na macie (a wcześniej potrafiła się na niej zająć nawet 20 minut!), bo mały uparciuch natychmiast fiknie na brzuszek i po chwili zacznie stękać domagając się powrotu na plecy. Czasem zdarzy jej się nawet przewrócić w czasie snu i potem jęczeć w potrzasku z wciąż zamkniętymi oczami :-). Najśmieszniejsze jest to, że zdarza jej się spać dalej po tym jak przewrócę ją z powrotem na plecy :))

- odrosły nam włoski z tyłu głowy! Yuhuuu!!! W czasie czwartego miesiąca Laura zgubiła większość czupryny z tyłu głowy i choć wiedziałam, że to normalne, to żal ściskał mi serce na widok kłaczków zostawionych wszędzie tam gdzie leżała laurowa głowa :-)

- Laura zaczęła wydawać z siebie odgłosy, najczęściej jest to "aaaa" w różnych wariantach no i zaliczyliśmy śmianie się w głos!

- jedzenie przy niej czegokolwiek stało się trochę kłopotliwe, bo Mała przybiera wtedy minę kota ze Shreka i wpatruje się w talerze. Czasem dajemy jej coś polizać, na przykład czerwoną paprykę z ogródka, która okazała się laurowym hitem! :-))

- poza tym Laura rwie się do siadania. Na razie staram się jej nie pomagać, ale widzę już, że to będzie nowe laurowe hobby zaraz po przewrotach. 

- w ciągu dnia mamy 3-4 drzemki po godzince, niestety wciąż na naszych nogach (piszę to nie biorąc pod uwagę 6. miesiąca, bo uwaga uwaga - będzie mała niespodzianka ;-))



Zaraz po przebudzeniu zabieramy się za gimnastykę


Nasza aktualna czuprynka





sobota, 14 marca 2015

Nadajemy z polskiej ziemi!

Jesteśmy! 

Dziękuję Wam ślicznie za wszystkie życzenia szczęśliwej podróży. Wasze życzenia musiały być naprawdę szczere, bo podróż minęła całkiem spokojnie :))

Trasa na lotnisko była naprawdę przyjemna. Laura zdrzemnęła się dwukrotnie po pół godzinki, a mama całkiem skutecznie małpowała przed córką więc obyło się bez płaczu. Największym wyzwaniem było ogarnięcie bagażu. Kupując bilety cieszyłam się, że łącznie dla trzech osób będzie nam przysługiwało 60kg - po 20 na osobę. Trochę się więc zdołowałam, gdy po wydrukowaniu biletów przy nazwisku Laury zobaczyłam w rubryce przysługiwanego bagażu cyfrę 0. Oczywiście zapakowałam same najpotrzebniejsze rzeczy - na teraz i początek lata, potem będę musiała przelecieć się do Turcji po kolejną porcję :) ALE te najpotrzebniejsze rzeczy i tak okazały się 4 wielkimi walizkami, plecakiem, torbą podręczną, 3-częściowym wózkiem i mnóstwem innych pierdół. Po wstawieniu wszystkiego na wagę okazało się, że mamy 67kg bagażu :-] 

Na lotnisku podręczny zostawiliśmy z teściem, żeby już nie denerwować pracownika odprawy ;-] Spokojnie poinformował nas, że mamy 26kg nadbagażu, a 1kg kosztuje 6euro. No to tureckim zwyczajem rozpoczęliśmy targowanie :D Zaraz na samym wstępie dostaliśmy bonusowe 10kg darmowego bagażu dla Laury, "bo taka słodka". Potem po wysłuchaniu naszych argumentów stanęło na tym, że mamy zapłacić za 10kg :D Stwierdziliśmy, że nie ma co przeginać i potulnie zapłaciliśmy 60euro szczęśliwi, że tylko tyle (choć przy pracowniku wciąż utrzymywaliśmy smutne miny, że tak nas naciąga :-P). Potem odebraliśmy resztę bagażu od teścia i szybkim krokiem bez zbędnego rozglądania się na boki uciekliśmy z pola widzenia pracownika odprawy do kontroli paszportowej :)) I powiedzcie mi czy coś takiego byłoby możliwe w jakimkolwiek innym państwie? :D

Gdy dostaliśmy się do gejtu, Laura była już nieźle zmęczona. Szybko więc położyłam ją do gondolki i zaczęłam ujeżdżanie. Trochę się bałam gondolki, bo od dłuższego czasu Mała jeździła w foteliku samochodowym, przed którym na początku tak się wzbraniałam. Pomimo całej mojej sympatii do gondolki przyznaję, że ostatnio fotelik o wiele lepiej się sprawdzał - raz, że dzięki niemu Laura mogła więcej widzieć, dwa - nie rwała się w nim tak do siedzenia. Wcale się więc nie zdziwiłam, gdy w gondolce zaczęła wyć w niebogłosy. Nie pomagała nawet szybka jazda. Zazdrosnym okiem spoglądałam na parę Polaków czekających na ten sam lot co my z bobaskiem może ciut młodszym od naszej Laurencji. Nie wiem czy podali temu dziecku jakieś prochy czy on tak normalnie... w każdym razie ich synek był arcygrzeczny! Obojętnym wzrokiem rozglądał się dookoła u mamy na rączkach, potem nagle zasnął bez szemrania w gondolce. Normalnie anioł nie dziecko! Tymczasem nasza córcia darła się tak głośno, że H. usłyszał nas nawet wtedy, gdy byłam z Nią dwa terminale dalej :D Ostatecznie do boardingu zostału już raptem kilkanaście minut, stwierdziłam więc, że lepiej Małą przetrzymać po to, by potem elegancko zasnęła przy startowaniu. Wzięłam Ją na ręce celem zabawiania, a tu nagle H. mówi mi, że mogę się już nie wysilać, bo Laura zasnęła :)) Zasnęła do tego tak kamiennym snem, że nie ruszyło jej wsiadanie do samolotu, zapinanie pasów, nawet startowanie :)) Miałam nawet pół godzinki dla siebie :)

Lecieliśmy EnterAir z polską obsługą. Pozwolono nam zabrać na pokład gondolę (zapewniłam, że zmieści się do luku bagażowego). Nie wiedzieliśmy za bardzo co zrobić z fotelikiem samochodowym. Nie miałam za bardzo ochoty nadawać go wraz z walizką, bo bałam się, że wróci do nas połamany (widziałam też, jak turecka obsługa ładuje stelaże wózków - rzutem na taśmę! Normalnie chylę czoła przed Mutsy'm, że to wszystko tak dzielnie zniósł :)), przy odprawie zapytaliśmy więc czy w samolocie są wolne miejsca. Zapewniono nas, że są. Obsługa samolotu to potwierdziła i łaskawie pozwolili nam zabrać również fotelik. Stacjonował więc na wolnym fotelu między mną i H. i powiem Wam, że to było super wygodne rozwiązanie!!! Mogliśmy posadzić w nim Laurę i zabawiać, a raz trochę pobujaliśmy i Orzeszek pięknie zasnął :) Nie uwierzycie, ale miałam nawet chwilkę by przejrzeć pokładową gazetkę! Inni rodzice zmagający się ze swoimi pociechami zazdrośnie spoglądali na naszą wygodę i podpytywali czy płaciliśmy dodatkowo za wniesienie fotelika na pokład. Cóż, grunt to komunikacja :D

Oczywiście były momenty, gdy Laura kręciła na wszystko nosem, ale było to do opanowania. Żeby było śmieszniej, za nami siedziała para z bobasem-aniołem. Zerkałam na niego przez fotele. Chłopiec grzecznie sobie leżał na brzuchu taty, potem nagle zasnął. Normalnie CUD. Powiedziałam jego rodzicom, że za tak wzorowe zachowanie ich pociechy, powinni domagać się dla niego od linii darmowych przelotów:-)

Po wylądowaniu w Poznaniu czekała nas najtrudniejsza część podróży, czyli wyniesienie wszystkich bagaży podręcznych z samolotu. Mieliśmy ich tak dużo, że przy wsiadaniu H. musiał obrócić do samolotu dwa razy :D Wrzuciłam Laurę w Tulę i jak wielbłądy doczołgaliśmy się na sam koniec kolejki do kontroli paszportowej. Laura w międzyczasie zaczęła wydzierać się jakby ją żywcem ze skóry obdzierali, szybko więc długaśna kolejka zaczęła się przed nami rozstępować jak morze przed Mojżeszem. Pan strażnik szybko opędzlował mój i Laury paszport, a jak przyszło do H. ... zaczęła się zabawa w dociekliwego pana policjanta i oglądanie każdej pieczątki w paszporcie. Jak długo będziemy w Polsce? Pod jakim adresem będziemy przebywać? Dlaczego nie mamy karty pobytu? A czy pobierane były odciski palców? No shiiit! Dziecko mi się drze w niebogłosy, za nami uprzejmi ludzie, którzy przepuścili nas w kolejce, H. ma już wbitą jak byk wizę Schengen do paszportu, aaale panu się nie spieszy! Pytam czy musi zadawać te wszystkie pytania - nie musi, ale może. Ja pierdziu! Jak zwykle ludzie za nami wymiękli i przeszli do kolejki do innych okienek, a my oczywiście odchodziliśmy jako ostatni spośród wszystkich pasażerów samolotu. H. oczywiście zaliczył pierwszego wkurwa - no nie można nazwać takiego powitania w Polsce ciepłym :-S

Dalej było już z górki, bo rodzice się spisali i grzecznie czekali na nas w hali przylotów. H. odbierał walizki, a ja przetaczałam je do wyjścia, stawałam w drzwiach tak by się za mną nie zamknęły, popychałam bagaż w stronę taty i wracałam po kolejny balast :)

Laura w całkiem niezłym humorze dojechała do domu dziadków po drodze zwalając jeszcze wielką szczęśliwą dwójkę, dzięki której zaliczyliśmy kawę w Mac'u :D

Muszę teraz przygazować z postami, bo mam tyle zaległych! Przede wszystkim podsumowanie laurowych 5 miesięcy nie daje mi spokoju, bo za 2 tygodnie będę mogła już zrobić sześciomiesięczne!

H. wrócił już jednak do domu, wychodzimy więc na prostą. Spieszę sprostować, że H. ma już zaklepaną pracę, ale zdecydował jeszcze oblecieć rozmowy kwalifikacyjne w innych korpo, bo a nóż widelec trafi się coś lepszego. Czekamy teraz na wyniki.

 
Ostatnie zdjęcie z turecką babcią

Odkrywamy na nowo dom polskich dziadków :)
 

środa, 11 marca 2015

Żyjemy i mamy się dobrze :-)

Dziewczyny, jesteśmy!

Post o naszej podróży jest w trakcie pisania, ale chwilowo jestem zawalona zleceniami. Dodatkowo H. robi objazd po rozmowach kwalifikacyjnych więc jestem z Laurą 24h/dobę.

Szczegóły zatem wkrótce.

Tymczasem dziękuję Wam wszystkim za tak serdeczne życzenia! Zdaje się, że były bardzo szczere, bo droga minęła całkiem spokojnie.

Buziaki :-*

sobota, 7 marca 2015

Ostatni wieczór w tureckim domu

Mieszkanie opróżnione. Walizki spakowane. Ufff..... Nie jestem w stanie wyrazić jak okropne zmęczenie czuję... Zmęczenie jest tak wielkie, i fizyczne i psychiczne, że aż przyćmiewa wszelki smutek, który czuję w związku z tym, że opuszczamy kolejne gniazdko, które z wielką troską nam tutaj uwiłam.

Jutro o 5 rano wyruszamy w drogę. Z racji, że ja zajęta byłam pakowaniem, Laura ostatnie 3 dni spędziła głównie z babcią. Gdy trafiała wreszcie w moje ramiona była cała rozdrażniona. Chyba brakowało Jej mamy... Teraz słodko śpi w swoim łóżeczku zupełnie nieświadoma, że to ostatni raz... 

H. po swojemu przeżywa nasz wyjazd. Raz reaguje złością, raz smutkiem, raz pełnym optymizmem co do naszej przeprowadzki. Eh, jak dobrze wiem co on teraz przeżywa... Rozumiem, że chce teraz spędzić każdą chwilę ze swoją rodziną, dlatego też staram się być wyrozumiała i nie komentować, ale nie zawsze mi wychodzi :-] No, ale jakoś dałam radę to wszystko ogarnąć.

Siedzę teraz w mieszkaniu sama. H. poszedł odbębnić ceremonię pożegnania. W Turcji jest taki zwyczaj (choć nie wiem czy mogę to nazwać zwyczajem?), że gdy ktoś wyjeżdża na dłuższy czas lub się przeprowadza, ostatniego wieczoru przed wyjazdem zjeżdża się do domu tej osoby cała rodzina. No niby wszystko fajnie, ale ja naprawdę nie mam na to nerwów. Nie rozumiem zupełnie jak Turcy mogą nie pomyśleć, że ostatnia rzecz jakiej w taki dzień potrzebuję to tabuny gości do obsługiwania! Dom jak po tornadzie, wszędzie walizki, ubrania na wierzchu, po kątach poniewiera się to czego jeszcze nie zdążyłam spakować, na balkonie suszy się ostatnia porcja prania, przede mną góra innych dupereli do upchnięcia, moje myśli kompletnie zajęte tym co jeszcze spakować/czego nie zapomnieć, a tu krewni przychodzą sobie posiedzieć. Sic! Za każdym razem na dzień przed naszym wyjazdem (wcześniej też tak bywało, gdy przyjeżdżaliśmy tutaj tylko na wakacje) podnosi mi się na to wszystko ciśnienie. H. oczywiście całe pakowanie traktuje z lekką zlewką, bo wie, że i tak ja to wszystko ogarnę więc syczy tylko do mnie po kątach, żebym się ładnie uśmiechała i była miła, ale wierzcie mi, to już ponad moje siły!!! Tym razem krewni byli chociaż na tyle domyślni (ale domyślni raczej tego, że zobaczą u mnie wkurw, bo nie podejrzewam, by doszli do tego o co mi chodzi), że zjechali się do teściów, nie do nas. H. każdy wieczór od już kilku dni spędza więc u rodziców, a ja ledwo żywa po upychaniu gratów od rana, waruję przy Laurze.

Rozglądam się teraz po pustym mieszkaniu i stwierdzam, że fajnie się nam tutaj mieszkało. Mieszkanko małe, ale przytulne. W całości urządzone przez nas. Nawet ściany własnoręcznie malowaliśmy :-) W sumie szkoda, że wyszło jak wyszło, ale wierzę w to, że gdzieś tam w świecie czeka na nas to OSTATECZNE miejsce, ten OSTATECZNY adres, pod którym oboje będziemy czuli się szczęśliwi i spełnieni. Rany, jak bardzo jak już nie chcę się przeprowadzać...

Stawiam jednak uszy do góry i liczę z całego serca, że będzie dobrze.

Na razie skupiam się na tym by przetrwać jutrzejszą podróż. Na lotnisko mamy jakieś 4 godzinki jazdy, potem 3 godzinki samolotem, a potem jeszcze godzinka autem i będziemy na miejscu. Proste, nie? :-D

Damy radę, mama!





piątek, 6 marca 2015

Pakowanie

Donoszę, że jestem.

Dzisiaj naprawdę ledwo żyję.

Mieszkanie prawie zagarnięte.

Pakowanie nadal trwa.

Mam już serdecznie dosyć.

Rozglądam się dookoła i widzę jeszcze milion rzeczy do zgarnięcia. Wiecie - takich dupereli, z którymi nie wiadomo co zrobić.

Aaaaaaa!!!

Bardziej szczegółowa relacja już z Polski :-)


poniedziałek, 2 marca 2015

Reisefieber

Aaaaa! Pakujemy się!!! 

Samochód sprzedany. Chlip chlip. Jutro H. oddaje go nowemu właścicielowi. Czy Wy też tak przywiązujecie się do samochodów? H. wrócił ze spotkania z klientem kompletnie przybity. Mnie też zrobiło się smutno... I chociaż wiem, że w Polsce kupimy sobie inny, może ładniejszy, to jednak czuję się jakby część nas odchodziła wraz z tym autem :-) To nim przywieźliśmy Laurę ze szpitala. Tyle fajnych chwil z nim przeżyliśmy :-(

Próbuję ogarnąć pakowanie, ale zadanie utrudnia mi nieco mały metraż mieszkania, czyt. zaczynamy zapadać się pod worami rzeczy spakowanych do zabrania przy okazji kolejnej podróży. Poza tym mam wciąż dylematy pt. "zabrać? zabrać później? oddać? wyrzucić?" i "nie mogę spakować jeszcze ręczników/pościeli/itp. bo przecież do niedzieli będziemy je używać". Łatwo nie jest, a od jutra, czyli bez auta, będzie jeszcze trudniej.

Teściowa rozpacza. Za każdym razem gdy widzi Laurę zaczyna zalewać się łzami. Dzisiaj na widok spakowanych rzeczy uderzyła w taki szloch, że cichaczem szybko napisałam H. smsa, żeby NATYCHMIAST wracał do domu. Trochę dramacik.

H. chodzi trochę z nosem na kwintę, bo jemu oczywiście do Polski nie spieszy się tak jak mnie. Poza tym to on rozstaje się z rodziną i opuszcza swoją ojczyznę. Ehhh... cieszę się z tej przeprowadzki, ale pod względem psychicznym przechodzę teraz małą sieczkę. Łatwo nie jest, oj nie.

Tylko Laura się nie przejmuje :-)