piątek, 29 maja 2015

8!

Posta o Dniu Matki nie będzie. No bo... troszkę do dupy był, tak w skrócie. Liczę na lepszy w przyszłym roku. 

Ale dzisiaj ma być o Laurze. O ośmiomiesięcznej Laurze!

 


Z danych statystycznych nie mam pojęcia ile obecnie waży i mierzy, ale przypuszczam, że jakieś 8-9kg. Nosi ubranka 74 i 80 więc pewnie znowu urosła :) 

Co się zmieniło od ostatniego miesiąca? Mam wrażenie, że jeszcze bardziej się do mnie przywiązała :-] Ewidentnie zaczęła się faza na mamę i to pełną gębą. Zaczął nam się chyba lęk separacyjny, bo często gdy odchodzę od niej uderza w płacz, bidulka moja. Matka służy jej już nie tylko do jedzenia i obsługi higieniczno-sanitarnej, teraz drobizna się do mnie naprawdę przytula :) W szczególności w nocy. Najczęściej do mojej ręki. Potrafi tak się w nią wtulić i merda sobie paluszkami, że aż serce mi mięknie :) I leżę tak, jeszcze bardziej zakleszczona, wpatrując się w tą moją kruszynę :) 















Poza tym dziecko nam się rozgadało. A właściwie rozpiszczało :) Piszczenie jest teraz jednym z jej ulubionych zajęć. W szczególności lubi, gdy się jej również piskiem odpowiada. Wtedy zaczyna się prawdziwa aria operowa na dwa głosy :) Dzięki temu mogę też coś więcej zdziałać w kuchni, więc często tak sobie współpracujemy - Laura w bujaczku przed tv, ja w kuchni przy garach i sobie na zmianę piszczymy :) Oprócz piszczenia Orzeszek zaczął wreszcie wydawać także inne bliżej nieokreślone dźwięki, z czego bardzo się cieszę, bo do tej pory wydawało mi się, że jakoś podejrzanie cicha jest. Naśladuje też dźwięki.



Najwięcej zmian dostrzegam w obszarze zabawy. Analizuje zabawki z jeszcze większą uwagą. Dostrzega najmniejsze szczegóły - guziki, nitki, zatrzaski. Uwielbia drzeć chusteczki higieniczne i papier :) Jej ulubioną bajką jest Klub Myszki Miki i turecki Pepee. Gdy tylko usłyszy muzyczkę z jednej z nich, zamiera w półruchu :)


Siedzi już bardzo stabilnie, potrafi podnieść się do siadu leżąc w wózku w pozycji z maksymalnie rozłożonym oparciem. Jeszcze nie raczkuje, ale tu też poszła o jeden krok do przodu: leżąc na brzuszku podnosi kuperek do góry i podciąga nóżki pod brzuch. Jeszcze nie zakumała, że jednocześnie powinna podnieść się na rączkach i tak funkcjonuje jak wielbłąd przy wstawaniu :)

Laura uwielbia też się kąpać. Z racji, że już ładnie siedzi, część kąpieli mija właśnie w tej pozycji. Nasza córcia bawi się w tym czasie kaczuszkami i coraz bardziej uskutecznia zalewanie łazienki. Początkowo waliła tylko nóżkami, od kilku dni dołączyły jednak też rączki. Musimy wręcz wołać tatę do asekuracji niesfornych odnóży :)



Rozszerzanie diety idzie nam już znacznie lepiej. Laura zjada większe porcje i jest bardziej zdrcydowana w kwestii lubienia i nie lubienia smaków :) Jej faworytem jest ostatnio rosołek drobiowo-wołowy. Na czarnej liście znalazł się z kolei indyk. Kupiłam słoiczek z samym indorem, w ramach eksperymentu, bo wcześniej Mała nie jadła samego mięcha. Indyka jadła już natomiast wcześniej w mieszance z warzywkami i było ok. Tym razem coś mi zaświtało już w chwili otworzenia słoiczka. Pachniał bardzo... indyczo :-] Jestem trochę wrażliwa na zapachy drobiu. W ciąży przez długi czas nie mogłam zdzierżyć kurczaka, teraz odrzuca mnie indyk (podzieliłam się tą nowiną z moją mamą, a ta natychmiast zbombardowała mnie pytaniem "Czy ty nie jesteś czasem w ciąży?" - hue hue hue, dobre sobie...). Nieśmiało podałam ptaszora Laurze. Oczywiście skrzywiła się niesamowicie, ale połknęła... by po trzeciej łyżeczce ohaftować mnie, siebie, bujaczek, normalnie wszystko dookoła. W skrócie dramacik. Indora podawać już nie będę.


A co u nas poza tym?

Ostatnio nieco smutnawo. H. wkroczył pełną parą w kryzys emigracyjny, a mnie, choć bardzo się staram, nie zawsze starczy cierpliwości. Staram się patrzeć w przyszłość z nadzieją, aczkolwiek coraz bardziej przeraża mnie myśl, że nigdy nie znajdziemy odpowiedniego miejsca by zapuścić korzenie już tak na zawsze. Wizja kolejnych przeprowadzek sprawia, że cierpnie mi skóra. Pakowanie, sprzątanie, przeprawianie się, rozpakowywanie, urządzanie po raz kolejny od zera, przyzwyczajanie do nowego miejsca. Nieeeeeee...!!!

Ale spokojnie. Na razie nigdzie się nie przeprowadzamy. Jesteśmy gdzie jesteśmy i ja wciąż mam nadzieję, że jakoś się tu odnajdziemy. Tylko tak trudno być jedynym optymistą w rodzinie!


piątek, 22 maja 2015

Poproszę sukienkę

Miało być napisane wczoraj ku pamięci, ale Kuchenne Rewolucje okazały się bardziej kuszące po całym dniu spędzonym z dziecięciem w domu. Tak, pogoda skutecznie uniemożliwia nam wyjście na normalny spacer. Albo pada, albo zaraz będzie padać. I wiecie co? Gdyby nie to, że Laurze na pewno służą spacery i w ogóle fajnie jest sobie z nią tak pospacerować, to wcale bym nie narzekała. Lubię ten polski majowy deszcz. Rozglądam się dookoła i nie mogę się napatrzeć na tą soczystą zieleń. Rany, jak brakowało mi tego w Turcji! Burze też lubię i gdyby nie fakt, że pioruny budzą mi dziecko to zamawiałabym je sobie co noc :) No a zapach ziemi po deszczu to już prawdziwy rarytas. Otwieram okno i mocno się nim zaciągam. No, ale nie o tym miało być.

Kwintesencja polskiej pogody w maju. Jednego dnia ponad 20 stopni...
... drugiego 10.

Oto wczoraj przewalamy się z córcią na łóżku, matka małpuje, rozśmiesza maleństwo, które co chwilę rechocze i nagle widzę ją! W rozdziawionej paszczy widzę pierwszą perełkę! Szanowni Państwo, idzie lewa górna dwójeczka!



To by tłumaczyło wiele zmian jakie zaobserwowałam ostatnio u mojej córci.
Przede wszystkim rzuca mi się gryzoń na wszystko. Bawimy się zabawkami, wszystko jest ok, nagle Laura zauważa w pobliżu moją rękę. I jak się nie rzuci na nią by szybko zatopić w niej szczerbate dziąsła! :) 
Popłakuje przez sen. Słyszę płacz, zrywam się z łóżka/odrywam się od garów/prasowania/komputera i lecę do niej, patrzę... a ona sobie smacznie śpi. O co kaman???
Ze spraw fizjologicznych (mam nadzieję, że kiedyś mi córcia wybaczy ten ekshibicjonizm...) jest zatwardzenie :-]
Córcia nasza z dnia na dzień polubiła leżenie na brzuszku do tego stopnia, że teraz tylko w tej pozycji zasypia. Wszystko byłoby ok, gdyby nie to, że nie zawsze jeszcze umie się obrócić z powrotem na plecy, a zakleszczona, natychmiast się wybudza. Średnio więc nam to odpowiada :-] Próbujemy obrócić ją na plecy, gdy już wydaje się być pogrążona w letargu, ale najczęściej Laurencja reaguje wrzaskiem pełnym oburzenia i z zamachem przewala się z powrotem na brzuch. No i dyskutuj tu z taką.



Matce się udało :)
A więc :) w świetle mojego ostatniego znaleziska poproszę o sukienkę :) U Was też jest ten zwyczaj? Podekscytowana, zadzwoniłam od razu do mamy by jej opowiedzieć o pierwszym kiełku, a mama natychmiast przypomniała mi, żebym broń Boże nie przepuściła okazji na nową kieckę :-] Sponsorem ma być oczywiście dumny tata dziecięcia. W sumie nie wiem nawet jakby to miało być w drugą stronę, tj. gdyby pierwszego zęba znalazł H. :)


wtorek, 19 maja 2015

Chcemy słońce!

Czas leci, wypadałoby coś napisać... Tylko weny jakoś brak. 

Każdy dzień wygląda niemal tak samo jak poprzedni. Aż trudno mi uwierzyć, że mamy już połowę maja. Żyjemy trochę od weekendu do weekendu kiedy tata jest z nami :) Tata niestety też wraca zmęczony, w weekendy nie mam sumienia męczyć go dalekimi wypadami. Jak wiadomo przy dziecku trzeba być super zorganizowanym, wstać rano, zjeść szybko śniadanie, wyjść z domu w odpowiednim momencie by zgrać to wszystko z drzemką Małej itp, itp. a nawet półdniowy spacer po mieście potrafi dać nam trochę w kość i człowiek wraca do domu zmęczony. Zadowalamy się więc sobotą poza domem, a w niedzielę najczęściej leniuchujemy.

Nie inaczej było w miniony weekend. W sobotę przejechaliśmy się na Stary Rynek. Powoli przyzwyczajamy się już, że co tydzień dzieje się tam coś nowego i że za każdym razem musimy liczyć się z objazdami, korkami i dzikimi tłumami. Tym razem trafiliśmy na kolorową paradę przeciwko homofobii i tą drugą, wrogo pokrzykującą wiadomo jakie hasła... O ile ta pierwsza spokojnie sobie przechodziła ulicami miasta, od tej drugiej musieliśmy szybko uciekać z obawy, że nam dziecko obudzą i co gorsza, wystraszą. Widziałam, że H. też nie czuł się w ich pobliżu komfortowo, w szczególności gdy nagle zaczęli skandować hasło "Polska dla Polaków". Cóż, do tolerancji to nam jednak jeszcze bardzo daleko...

W niedzielę natomiast pozostało nam tylko tęsknie spoglądać przez okno, bo pogoda ponownie się zepsuła. Zaczynam się już martwić czy dane mi będzie poubierać Laurę w letnie ubranka, które pomału jej kompletuję :)

A że tak fajnie w nich wygląda to od czasu do czasu robimy sobie w sypialni pokaz mody :)


Laura, znudzona siedzeniem w domu, bije rekordy kreatywności w "nowym" wykorzystywaniu "starych" zabawek... Rezultaty takiej zabawy często zadziwiają ją samą :]





W ciągu tygodnia codziennie zaliczamy długaśny spacer. Matka stara się zawsze pokazać jej coś nowego.



Po takim wypadzie z pewnością lepiej śpimy :)


A potem mamy lepszy humor





Życzymy miłego tygodnia!

sobota, 9 maja 2015

Majówka i takie tam

Kolejny weekend za pasem, a ja jeszcze nie napisałam o majówce.
Uwielbiam polski maj. Chociaż pogoda mocno w kratkę (a w tym roku to już w ogóle!) i mocno doskwiera mi alergia na pyłki to kocham zapach Polski w tym miesiącu :) Łapiemy te majowe chwile na spacerach, bo w domu siedzieć nie lubimy.

Niestety majówkę przyszło nam właśnie głównie w nim spędzić... :-]

Do ostatniej chwili głowiliśmy się czy jechać do moich rodziców, ale widmo pokonania 600km mocno nas odstraszało... Ostatecznie postanowiliśmy, że jeżeli H. wyjdzie w czwartek wcześniej z pracy to może się przejedziemy - moglibyśmy wtedy spędzić na spokojnie u rodziców 2 pełne dni. W drugiej opcji - powrotu do domu wieczorem - zostajemy. Pracodawca H. nie popisał się jednak wspaniałomyślnością i tym sposobem zostaliśmy w Krakowie. Mieliśmy zamiar przejechać się do Zakopanego w sobotę - licząc na to, że ominiemy największe korki, ale nasze skromne plany pokrzyżowała kapryśna polska aura. Lajf.

Piątek był chyba najgorszy. Niebo szarobure, cały dzień jakby za chwilę miało zacząć padać. Za każdym razem gdy już miałam ochotę zarządzić wyjście z domu na szybie zauważałam pierwsze krople. A po 30 minutach spokój - deszcz wciąż "wisiał w powietrzu". Udało nam się wyjść dopiero późnym wieczorem, tuż przed położeniem Laury spać. Zaliczyliśmy nasz poczciwy Zakrzówek, pierwszy raz z H. Chodzimy tam z Laurą na spacer niemal codziennie. Wszystkie znajomy Krakusy nam go polecały i ok, cieszymy się, że jest, że można po 10min. poczuć się jak niemal na wsi, ale kurde! Aż serce boli, gdy patrzy się na szczelne ogrodzenie całego zalewu! Jestem nowa i nie bardzo rozumiem o co kaman, ale słyszałam, że w Krakowie wybuchła jakaś zakrzówkowa afera i koniec końców teren został zamknięty. Ogromna szkoda, bo cały potencjał tego miejsca został po prostu stracony. To co pozostało osiągalne dla nas - zwykłych szaraków to jedna krótka ścieżka przez mocno zaniedbany park, który oprócz mam z dziećmi i rowerzystów upodobali sobie lokalni menele... 

No, ale cieszymy się z tego co mamy. Tu kilka zdjęć zrobionych innego dnia, gdy aura była bardziej łaskawa.






b




Sobotę niestety również przesiedzieliśmy w domu, bo pogoda się niestety nie poprawiła. Dopiero w niedzielę zarządziłam wyjście, bo byłam już bliska rozpaczy. Na kierunek obraliśmy sobie kopiec Kościuszki. 

Wrażenia?

Hmmm :) Nie chciałabym czytających mnie Krakusów zbytnio wkurzyć :) Nie no, podobało nam się :) ale za najfajniejszą część wypadu zgodnie uznajemy ścieżkę spacerową prowadzącą bodajże na kopiec Piłsudskiego. Tam nawet nie doszliśmy, ale przyjemnie było spacerować wśród drzew i wdychać wiosnę. Sam kopiec... myślę, że jest  mocno zaniedbany. Wspomniana ścieżka spacerowa również. Ale na nią nikt sobie nie liczy płatnego wstępu, a na sam kopiec owszem. Nie mam nic przeciwko, ale skoro już wstęp jest płatny to człowiek oczekuje jakiegoś standardu po takiej atrakcji. Kopiec jak kopiec - ok. Weszliśmy na samą górę, na której był taki tłok - zupełnie przez nikogo niekontrolowany, że z trudem dostaliśmy się do barierki. Było nawet widać trochę Tatr :) wystawy dostępne w cenie biletu lepiej jeśli pominę milczeniem,... No nudy, panie! Za najlepszą uznaliśmy wystawę figur woskowych, bo tam przynajmniej było zabawnie :D Jednym zdaniem - Madame Tussauds to to nie jest :) Paskudne lalki... a fuj :) No ale byliśmy, widzieliśmy i jesteśmy mądrzejsi :)






A co u Laurencji?

Laurencja przeżywa chyba powrót ataku zębów, bo chociaż nic nie widać to rzuca się na wszystko z paszczą z podwójną zaciekłością i ślini się na potęgę. Czekamy cierpliwie aż chociaż jeden kiełek się pojawi.

Poza tym kombinujemy z rozszerzaniem diety. Niestety córcia moja odmawia ostatnio współpracy z warzywami i owocami. Te pierwsze jeszcze jakoś udaje mi się przemycić, ale gdy tylko mała spryciara wyczuje owoce zaciska paszczę tak szczelnie, że nie ma szans by coś w nią wcisnąć :) Strasznie mnie to zdołowało, bo dostaliśmy zaproszenie na wesele naszych bardzo bliskich znajomych i chociaż zdaję sobie sprawę, że mamy marne szanse na obecność na imprezie to chciałam się chociaż pocieszyć, że już niedługo Mała zacznie się odklejać od mojego cycka i będziemy mogli zostawić ją dziadkom na przechowanie :) Tak, wiem, to tylko takie tam moje dyrdymały... Zrozpaczona sięgnęłam po różne kaszki i kleiki i te je z apetytem ze wskazaniem - im bardziej kaszka bez smaku tym lepsza :D Czyli najlepszy jest obecnie kleik ryżowy, bez cukru, bez owocu, bez niczego. Kaszka bananowa też wchodzi choć już z mniejszym entuzjazmem.  Lubimy też kaszkę Zdrowy Brzuszek z lipą - to w ramach wprowadzania glutenu i już nie mogę się doczekać kiedy będę mogła podawać jej ją codziennie, bo Laura zjada ją z apetytem.

Miłego weekendu! U nas nie zapowiada się ciekawie, bo dzisiaj mamy akcję z montowaniem tureckiej satelity co z pewnością rozwali nam cały dzień, a jutro podobno ma padać :(