poniedziałek, 22 czerwca 2015

Z Laurą w Zakopanem

Właśnie minął kolejny weekend, a my jeszcze nie zdałyśmy relacji z ubiegłego tygodnia. Tym razem siedzieliśmy w domu - uziemieni przez zimną i deszczową pogodę, ale w ubiegłym tygodniu użyliśmy sobie aż nadto, bo wreszcie się zmobilizowaliśmy i wyskoczyliśmy do Zakopanego. Wyjazd ten chodził za mną już od dawna, bo uwielbiam to miejsce i mam z nim same dobre wspomnienia. Wiecie, wycieczki klasowe i te sprawy ;-) Ostatni raz byliśmy tam z H. jeszcze w czasach studenckich, piękni i młodzi :)

Laurencja po śniadanku została uraczona krótką zabawą, a potem siup do auta i w Wieliczce dziecko już spało :) W ramionach Morfeusza dojechało do samego Zakopca, więc i matka miała chwilę by w ciszy pokomplementować przepiękne widoki po drodze. Ahhh cudna ta nasza Polska, taka zielona :) Nawet H. - imigrant w kryzysie emocjonalnym - się pozachwycał i kazał siostrze fotografować, a to już nie byle co!


Zakopane nie zmieniło się zupełnie od kiedy byliśmy tam ostatnio, te prawie 10 lat temu :) Bazarek stoi na swoim miejscu, oscypki wciąż smakują tak samo, wyciągi działają. 

Bazarek pod Gubałówką zupełnie się nie zmienił (oprócz nowego asortymentu w postaci koszulki Cleo - wiecie, tej od Donatana ;)) Matka też sobie kupiła, a co! W końcu i Słowianka i mowa ciała trochę jej znana ;-)

Laurencja na melanżu
W drodze na Gubałówkę


Tylko Gubałówka jakaś taka opustoszała. Wjechaliśmy na nią kolejką zaraz po przyjeździe i po sobocie i pięknej pogodzie, a także po kobitce, która 100m od kas biletowych próbowała sprzedać nam lewe bilety strasząc godzinnym czekaniem w kolejce (w ogóle ich nie było) spodziewałam się dzikich tłumów, a tymczasem ludzi niewielu, budki z mydłem-powidłem tylko niektóre czynne, nawet musieliśmy trochę pogłówkować, żeby znaleźć gofry, bo raz, że stanowiska pod ziemię się zapadły, dwa jakieś węgierskie smakołyki są chyba w tym roku hitem Gubałówki :D





Przespacerowaliśmy się aż do Butorowego Wierchu... przez przypadek. A raczej krótką pamięć. Bo ja chciałam, żeby H. ze swoją siostrą zjechali w dół wyciągiem krzesełkowym, ale tym wypasionym RMF FM, czyli nowym, komfortowym, szybszym i z muzyczką w tle i przekonana byłam, że to jest właśnie ten z Butorowego. Pani w kasach na dole niestety nas nie uświadomiła w czym rzecz, uparła się natomiast by przekonać mnie, że mogę na ten wyciąg bez problemu z dzieckiem w nosidle wsiąść (chciałam wracać kolejką). Ostatecznie dałam się namówić, bo w pamięci miałam wyciąg - szeroka ławeczka z możliwością zamknięcia się pod opuszczanym daszkiem. Hue hue... no i wszystko dobrze pamiętałam, oprócz tego, że ten wyciąg to nie PKL i że trzeba było kupić bilet tylko do góry. No, ale o tym przypomnieliśmy sobie, gdy już dobrze zmachani doszliśmy do Polany Szymoszkowej i zobaczyliśmy wyciąg, o którym od samego początki myśleliśmy, a pani w kasach uprzejmie nas poinformowała, że do naszego transportu na dół jeszcze kawałek trzeba iść dalej. Ten "kawałek" był jednak sporym kawałem drogi, podczas którego widoki na prawo i lewo przestały już się liczyć, a zaczęło liczyć się tylko to kiedy wreszcie za zakrętem pojawi się przed nami wyciąg :)


Kiedy już się pojawił, opanowały mnie bardzo mieszane uczucia, bo krzesełka były tylko 2-osobowe, co w naszej kombinacji było dość kłopotliwe: ja+Laura wolałam mieć przy sobie kogoś, najlepiej H., siostra H. nie mogła jechać sama, bo nie wiedziała jak się z szanownym krzesełkiem obchodzić :)  o powrocie na Gubałówkę nie było jednak mowy - ledwo żyliśmy. Ostatecznie baby pojechały przodem, a H. za nami. Oczywiście żadnego daszku nie było, a chwilami wiało całkiem porządnie. Próbowałam okryć laurowe uszy kapeluszem, ale córcia w końcu zaczęła się buntować. Na ostatnim odcinku drogi była więc zabawiana opakowaniem chusteczek higienicznych i maminymi okularami, co na tej wysokości i w ciągłym ruchu gwarantowało mi stresik, że za chwilę będę naginać pod górę w poszukiwaniu binokularów. Dojechałyśmy jednak szczęśliwie do końca linii i choć bardzo chciałyśmy, nie udało nam się wyskoczyć z wyciągu zgrabnie jak łanie. Naiwnie liczyłyśmy na to, że dwóch górali pomagających pasażerom w wysiadaniu zatrzyma krzesełko, tymczasem ci oczekiwali, że wyskoczymy w locie. Skończyło się na tym, że ponaglając nas "Dalej, dziewoszki!" musieli pociągnąć nas za ręce,bo inaczej niechybnie czekał nas los Bridget Jones w Alpach. Po tym małym przypale poczułam się jednak znacznie lepiej, gdy usłyszałam "Dalej, chłopie!" i zobaczyłam H. wyciąganego wysiadającego z wyciągu :D


Zalety wysłania H. za nami - mamy zdjęcia :))

A tu fotka strzelona nam przez PKL za jedyne 10zeta. Zabijcie mnie, ale zajęta wypatrywaniem końca linii zupełnie nie zajarzyłam kiedy nam taką sesję strzelili.

Na dole szybko zrozumieliśmy, że do naszego auta mamy zdecydowanie dalej niż pozwalały nam na to nasze siły pozostałe po spacerze z Gubałówki. Raz, że temperatura dawała nam ostro popalić to jeszcze Laura w Tuli niemiłosiernie się grzała. Jak typowi centusie, zawołaliśmy więc taksówkę, która elegancko podwiozła nas do naszego auta :) 


Na koniec był jeszcze spacer Krupówkami w celu uzupełnienia straconych na górze kalorii. Matka miała ochotę na moskole i kwaśnicę, ale turecka część eskapady wygrała i wylądowaliśmy w Subwayu ;-) Muszę tu kiedyś skrobnąć listę cech, które mnie w Turkach wyjątkowo drażnią, no ale to innym razem. W każdym razie moskole ani kwaśnica w niczym tureckiego jadła nie przypominają więc szanse na powodzenie u tego narodu mają niewielkie ;-) Poza tym odniosłam wrażenie, że Zakopane takie mało... zakopiańskie się stało. Przeszliśmy spory kawałek Krupówkami, a tam klimatycznych góralskich knajp ni widu ni słychu. Był za to wspomniany Subway, był McDonald's i inne zachodnie wynalazki. Smutne to trochę. Zastanawiając się nad tym podniosłam głowę do góry by spojrzeć na okoliczną zabudowę... I to był błąd jednak. Gdzie się podziała przepiękna zakopiańska architektura w samym sercu Zakopanego??? Ponad szyldami reklamowymi turystów straszą jakieś komunistyczno-modernistyczne monstra. Polacy jednak nie potrafią reklamować tego co nasze... Negatywne wrażenie zostało na koniec wzmocnione przez niedziałającą windę, którą próbowaliśmy dostać się na drugą stronę ronda w drodze do auta i tak raz musieliśmy ryzykować życie lawirując z wózkiem między autami, w drodze powrotnej z kolei zakasaliśmy rękawy, zarzuciliśmy sobie Mutsy na plecy i przeszliśmy przejściem podziemnym tak jak chyba oczekiwała tego od nas stacjonująca w pobliżu i beztrosko rozglądająca się dookoła straż miejska.


Mimo tych niemiłych akcentów wciąż uwielbiam Zakopane :)) Co prawda z dzieckiem w wieku Laury Zakopane można jedynie liznąć, ale wierzę, że całkiem niedługo przyjdą takie czasy, w których ponownie dane mi będzie zobaczyć Dolinę Kościeliską, Morskie Oko i inne skarby kryjące się w naszych Tatrach. Tylko to nie z mężem niestety, bo on jak typowy Turek jest bardzo nie-górski :) To znaczy dla niego wypad w góry to taki spacer po Krupówkach właśnie. Przekonałam się o tym wieki temu podczas naszego samotnego studenckiego wypadu, gdy przygotowałam ambitny plan łazikowania, a szanowny towarzysz moich podróży po 2godzinach marszu zastrajkował pt. "Daleko jeszcze?". Trzeba było szybko reanimować go piwkiem, a gdy pokazałam palcem drogę wiodącą daleko pod horyzont, którą planowałam nas przeprawić i zobaczyłam bunt i przerażenie w oczach lubego szybko zrozumiałam, że jeśli tylko chcę kiedykolwiek wrócić z nim w polskie góry, muszę zweryfikować plany dotyczące naszego pobytu :-) I tak wylądowaliśmy na Krupówkach ;-)

Matka z ojcem wieki temu "na szlaku"

Ale może Laura wda się w mamę i czekają nas babskie wędrówki? Fajnie jest mieć w dzieciach taki potencjał!


niedziela, 14 czerwca 2015

Intercity dla wytrwałych

Ostatnio zaniedbujemy trochę bloga. Narobiło nam się zaległości, a tych okropnie nie lubię. Jesteśmy już w Krakowie. Zaraz po naszym powrocie przyjechała do nas w odwiedziny siostra H. która jest powodem naszej wirtualnej nieobecności :)

Ale dzisiaj chciałam o naszej drodze powrotnej do Krakowa, bo relacja z podróży PKP spotkała się z Waszym sporym zainteresowaniem. No i ja dzisiaj chciałabym chwalić i roztaczać przed Wami różowo-sielankowe wizje... i zachęcać do podróży PKP i przekonywać, że Intercity to już najwyższa klasa... Ale tego nie zrobię. Pochwaliłam PKP poprzednio i mnie szybko pokarało... Muszę opisać... muszę, bo się uduszę :S

Powrót zaplanowałyśmy na minioną niedzielę. Za kupowanie biletów zabrałam się więc na wielkim luzie w sobotę. Wybrałam połączenie i podobnie jak przed wyruszeniem do dziadków zadzwoniłam na infolinię licząc na to, że i tym razem kompetentny konsultant podpowie mi, który wagon jest bezprzedziałowy, dostosowany do osób niepełnosprawnych (czyli taki z ok. 8 mkw wolnego miejsca na końcu wagonu, gdzie można bez problemu ustawić wózek) i który numer fotelu mam wybrać tak by system wygenerował mi drugi dla dziecka zaraz obok. Dla tych, którzy nie wiedzą już tłumaczę: w Intercity trzeba najpierw kupić bilet dla siebie, a dopiero potem w osobnej transakcji dla dziecka ze 100% zniżką i tam też trzeba wpisać numer swojego biletu. Wówczas "system" sam wybiera dla dziecka miejsce obok opiekuna, oczywiście jeżeli nie jest zajęte. No to zadzwoniłam... Pani na infolinii twierdziła jednak uparcie, że nie mają dostępu do podglądu miejsc w pociągu. Czyli może mi podać numer wagonu, ale już nie numer fotela (bez niego zakup biletu ze wskazaniem konkretnego wagonu jest niemożliwe). Mam próbować sama. A, numery mogę sobie wymyślać. I nie wiadomo w jakim przedziale numerycznym są fotele w danym wagonie. Przeleciałam od 10 do 30. Niet. System twierdził, że kombinacja wagonu/przedziału/fotela jest błędna. Łudząc się, że trafiłam na gorszego konsultanta zadzwoniłam jeszcze raz. I jeszcze raz. I jeszcze raz. Za każdym razem czekając po 10 minut na połączenie i kolejne 10 minut, aż sprawdzą w "innym systemie" dostępność miejsc po to by dowiedzieć się, że mi nie pomogą. A na koniec moje ulubione pytanie: "Czy mogę pomóc pani w czymś jeszcze?".... !!!!  Rozmowa z robotem. 

Laurowa przestrzeń zagospodarowana do zabawy :)

Wnioski?

1. Okazuje się, że kupując bilet do Poznania rozmawiałam z jakimś konsultantem-czarodziejem, który nie tylko bez odchodzenia od swojego stanowiska potrafił wskazać mi wagon bezprzedziałowy, ale jeszcze radził mi, które fotele wybrać tak by były dwa wolne obok siebie i jeszcze wokół było możliwie najmniejsze zagęszczenie miejsc już zajętych;

2. Zarobiłam dobry uczynek ucząc kilka pań z infolinii jak kupuje się w ich firmie bilety dla dzieci ze 100% zniżką, bo uparcie twierdziły, że powinnam od razu kupić dwa bilety;

3. Jestem roszczeniową matką, która ma kaprys siedzieć razem ze swoim 8-miesięcznym dzieckiem.

Oświecenie przyszło wraz ze wspomnieniem, że w Intercity, którym przyjechałyśmy z Laurą do Poznania było też kilkoro pasażerów stojących. I wiecie co? Siła perswazji jest niezbadana. Pomimo, że do tej pory wydawało mi się, że jestem odporna na reklamy i do mojego umysłu wdarło się bezczelnie przekonanie, że Intercity to taki luksus, porządek, organizacja... generalnie wszystkie przymioty, których PKP nie ma i wszyscy o tym wiemy. Widząc wówczas osoby koczujące na walizkach w końcówce wagonu przeznaczonej do osób niepełnosprawnych, gdzie miałyśmy zaparkowany wózek, nie zakumałam w ogóle o co chodzi, bo wydawało mi się, że skoro cały pociąg objęty jest rezerwacją miejsc to bez niej biletu kupić nie można. O ja naiwna!!! Jeżeli jeszcze ktoś mi zasugeruje, że Intercity to niby taki haj lajf to chyba padnę ze śmiechu. Wtedy też ponownie zadzwoniłam na infolinię i po wytłumaczeniu problemu i błagalnym jęknięciu, że od ponad godziny próbuję kupić bilet i jak dotąd nieskutecznie zabłysnęłam przenikliwością umysłu, bo pani kazała mi próbować wpisywać numer fotela bez "jedynki", bo może akurat takie są w przedziale :D Zadałam beznadziejne pytanie "A może w tym pociągu nie ma już wolnych miejsc?????", na co pani równie entuzjastycznie odpowiedziała mi, że sprawdzi zaraz procent dostępności wolnych miejsc... i co? I okazało się, że ponad 91% zajętych. Czyli moja szansa by szanowny system raczył mi WYGENEROWAĆ aż dwa bilety obok siebie jest równa... zeru :) 

No wiem, wiem, mea culpa, że się zgapiłam, że ta niedziela to dla większości polskich zjadaczy chleba, którzy nie "siedzą w domu z dzieckiem" była końcem długiego weekendu i połowa Polaków rzuciła się do wagonów Intercity.

Ale powracając do pani konsultantki, która przekazała mi tą mało optymistyczną wiadomość... pani próbując mnie pocieszyć, zaproponowała podróż pierwszą klasą, w której UWAGA tylko 12% miejsc było wykupionych. Miła pani przekonała mnie, że jedynie za 40zł różnicy będzie nam o wiele wygodniej. Ciężko było się z nią nie zgodzić więc ochoczo przystąpiłam do zakupu biletów dla burżujów. Kupiłam dla siebie. Chciałam kupić dla Laury, a tam... po wybraniu zniżki 100% dla dziecka szanowny system uniemożliwia mi wyboru klasy innej niż II. Burżuje z dziećmi nie podróżują. Moje ciśnienie podskoczyło bardzo niebezpiecznie, wybierając numer infolinii puściłam taką wiązankę, że mój tato i siostra znieruchomieli w przerażeniu. Tym razem trafiłam na faceta. I ja się pytam, czy faceci zawsze muszą być na tych cholernych infoliniach bardziej kompetentni???????? Chyba dzwoniąc zacznę od razu prosić o rozmowę z mężczyzną. Pan konsultant mnie co prawda nie pocieszył, ale wyjaśnił, że zostałam wprowadzona w błąd, że w I klasie dzieciom nie przysługuje żadna zniżka i że, tak, jadąc tym konkretnym pociągiem raczej nie będę mogła siedzieć z córką. Czyli powiedział mi wszystko to, do czego 5 konsultantów dochodziło przez ponad godzinę. 

Co zrobiłyśmy? 

Nie mając innego wyboru, kupiłyśmy bilety na poniedziałek :]]]]]] I to kompletnie w ciemno, bez wskazywania miejsca, bo pan nas zapewnił, że wszystkie wagony w II klasie są bezprzedziałowe. Raz tylko spróbowałam wybrać taki sam numer miejsca i wagonu jak w drodze do Poznania (jechałyśmy tym samym połączeniem Barbakan), ale gdy tylko zobaczyłam odpowiedź systemu o błędnej kombinacji miejsca i wagonu miałam ochotę wystrzelić się w kosmos. Koszt 60zł za nas dwie, no a żeby odzyskać tamtą stówkę za bilet I klasy musiałam jeszcze napisać reklamację, bo w ich !####@!!@@##!!!!! systemie bilet, owszem, można sobie anulować, ale z potrąceniem 15% i choć to niewiele, to w stanie do jakiego mnie doprowadzili byłam gotowe walczyć do upadłego byleby chociaż 5gr nie dać na sobie zarobić!

A jak minęła podróż?

Pożegnanie do dupy. Rodzice niesamowicie przywiązali się do Laury. Mama popłakiwała już w sobotę rozpaczając nad naszym wyjazdem, mój tato z kolei zupełnie rozkleił się na nasz widok w drzwiach pociągu. Ehhh... w porównaniu do Turcji jesteśmy tak blisko, a jednocześnie tak daleko :( 

Jakie nam się trafiły miejsca?

W wagonie niemal zupełnie pełnym, w którym podróżował nawet pies :) Niestety szczekający... grrr. Wagon znacznie mniejszy od tego, w którym przyjechałyśmy do Poznania. Nie było w nim miejsca dla inwalidów, czyli fotele od jednego do drugiego końca wagonu. Przy wyjściu ustawione były jakieś półeczki więc tam ledwo ledwo upchnęłam złożony wózek (A! Hit! Pani na infolinii słysząc, że chciałabym podróżować w wagonie dostosowanym dla osób niepełnosprawnych, czyli takim, w którym na jednym końcu wagonu jest ok. 8mkw wolnego miejsca, gdzie mogłabym bez problemu zostawić wózek, oburzona moimi wymaganiami raczyła mnie pouczyć, że wózki tak jak rowery przewozi się w osobnym wagonie!!! Czy ci ludzie kiedykolwiek podróżują pociągami? Ciekawa jestem jak by pani konsultantka to wykonała, bo biorąc pod uwagę te ułamki sekund, które pociąg czeka na stacjach, przeciętny człowiek martwi się, czy zdąży wyjść z pociągu, a samotnie podróżująca matka z dzieckiem z trylionem toreb, to już w ogóle poziom hardcore. Musi pomyśleć jak się zorganizować z dzieckiem do wyjścia, jak wyciągnąć wózek, rozejrzeć się za ewentualną pomocą jakiegoś rosłego faceta, bo przecież w tym kluczowym momencie konduktorzy znikają jak fatamorgana, a potem jeszcze rozumiem, ma zostawić dziecko na peronie i szukać wózka w innym przedziale???? 

Laura jednak dobrze zniosła podróż. W chwilach kryzysu lub wtedy, gdy dziecko musiało się po prostu wykrzyczeć/wypiszczeć wychodziłam z nią na korytarz. Przez szybę widziałam, że zaraz obok nas jedzie wagon, do którego tak bardzo chciałam się dostać - z miejscem na wózek i w dodatku niemal zupełnie pusty. Miałam ochotę się tam przesiąść, ale na przeszkodzie stanął oczywiście wózek. Musiałabym zostawić Laurę i się po niego wrócić, a to oczywiście nie wchodziło w rachubę. 

w końcu padła :)

Czy odważymy się jeszcze raz? Pewnie tak :) Spotkanie z dziadkami wynagradza nam trudy podróży, ale teraz po bilety na pociąg pofatyguję się jednak do kasy na dworcu... Tak, w XXI wieku nawet tak nowoczesny twór jak Intercity tego od nas wymaga, jeżeli zależy nam by mieć dziecko obok siebie. W kasach sprzedawcy mają podobno podgląd miejsc w pociągach i tam też można kupić bilet z konkretną miejscówką. Generalnie pociągi są całkiem ok, jest w miarę czysto, wcale nie tak ciasno i przede wszystkim dwa miejsca, które przysługują matce z dzieckiem są sporą wygodą. Natomiast strona internetowa i kupowanie biletu online jest jedną wielką pomyłką, kiłą, mogiłą i zgrzytaniem zębów. Chyba minie kolejny wiek zanim Intercity się zorientuje jak mocno zaniedbuje rodziny z dziećmi (a reklamuje się jako przyjazne rodzinom OLABOGA!!!).

Teraz na nowo aklimatyzujemy się w Krakowie. Tata stęskniony rozczula się nad każdym gestem córki. Po powrocie do domu zastałyśmy na stole... laurową skarpetkę, sztuk jeden. Tata zapytany co to tu robi, nieśmiało przyznał się do podwąchiwania w chwilach kryzysu :D

środa, 3 czerwca 2015

Laura poza miastem

Nie wytrzymałyśmy z Laurą w Krakowie i zdecydowałyśmy się odwiedzić polskich dziadków. Już od dawna chciałam się do nich wybrać, ale ciężko mi było zostawić męża :) Za każdym razem, gdy doprowadzał mnie swoim malkontenctwem do granic wytrzymałości, odgrażałam się, że wyjedziemy, ale gdy w końcu zdecydowałyśmy się pojechać, H. nagle zmienił się w męża-do-rany-przyłóż, więc cięęęężko było go zostawić samego i teraz mocno tęsknimy :)

Zostajemy jednak do niedzieli i cieszymy się każdym dniem.

Przyjechałyśmy pociągiem. 6 godzin trochę mnie niepokoiło, tym bardziej, że H. próbując podstępnie odwieźć mnie od pomysłu wyjazdu przedstawiał najczarniejsze scenariusze jak taka podróż z dzieckiem może wyglądać :) A tymczasem nie było tak źle.


Miłym zaskoczeniem było dla mnie to, że dziecku podróżującemu na darmowym bilecie przysługuje oddzielne miejsce w pociągu, czyli razem miałyśmy całe dwa fotele. To oczywiście mocno ułatwiło nam podróż, bo mogłam posadzić Laurę w foteliku samochodowym i tam też ją uśpić, co udało mi się dwukrotnie choć na krótko :) Nasz pociąg miał oznaczenia jako dostosowany do niepełnosprawnych i kobiet z dziećmi. Zadzwoniłam na infolinię i zapytałam co to znaczy. Dowiedziałam się, że pociąg składem się zupełnie nie różni, wejście jest wąskie i po schodach więc o wygodnym wjechaniu wózkiem mogę zapomnieć, w wagonie jest jedynie miejsce do ustawienia wózka inwalidzkiego i tam też ostatecznie zostawiłam złożony wózek. A, w składzie był też specjalny wagon dla rodzin z dziećmi. Okazało się jednak, że ten przybytek to zwyczajny wagon, taki sam jak wszystkie pozostałe, jak pan z infolinii zaznaczył - nawet bez przewijaka. Jego wyjątkowość polega tylko na tym, że PKP lokuje w nim tylko rodziny z dziećmi i kobiety w ciąży. Dla mnie była to o tyle przydatna informacja, że wiedziałam już którego wagonu powinnam unikać. Już widziałam to w myślach: w bólach i pocie uda mi się w końcu uśpić dziecko po to by za chwilę inne obudziło je swoim rykiem :S :S :S Wybrałyśmy więc najzwyklejszy wagon dla dorosłych bezprzedziałowy, czyli taki do którego nie będzie co chwilę właził konduktor trzaskając drzwiami :-]


Laurencja podróż rozpoczęła dokładną eksploracją foteli i najbliższego otoczenia. Nim się obejrzałam, stolik kawowy był już rozłożony, a córka moja mocowała się z podłokietnikiem. Potem udało mi się uspokoić małego szutnika w foteliku i miałam na 40 minut spokój. Później posadziłam małą do fotelu obok i ustawiłam przed nią torbę z zabawkami. Inauguracją zabawy było wywalenie ulubionego gryzaka w przerwę między fotel a okno.... Nie pytajcie jak się napociłam próbując to gówno wyciągnąć spod fotela i jednocześnie zastanawiając się co wyciągnę OPRÓCZ celu poszukiwań. Na samą myśl o tym co ludzie zostawiają pod fotelami robiło mi się słabo...

Później Laura długo, długo, dłuuugo nie chciała zasnąć. Wolała przyglądać się podróżnym, ciumkać ściągacz mojej sukienki, pokrzykiwać i piszczeć na cały wagon :) Padła dopiero na 40 minut przed Poznaniem, a ja razem z nią :D

W Poznaniu czekali już na nas dziadek z babcią i dzięki Bogu, bo za cholerę nie dałabym tam sobie rady sama. Poznański dworzec to jedna wielka P-O-R-A-Ż-K-A. Przede wszystkim myślałam, że od kiedy za ileś tam milionów powstał nowy dworzec, zwany potocznie chlebakiem, a obok niego wielkie centrum handlowe, to stary dworzec zgodnie z obietnicami został wyłączony z użytku. A tymczasem gdzie wysiadłyśmy??? Ano na starym dworcu. Czyli takim bez wind. I ruchomych schodów. Żeby wydostać się z peronu dziadek musiał zakasać rękawy i zabrać się za naszego Mutsego... Oznakowania żadnego, nie wiadomo w którą stronę się kierować, po prostu jedna wielka rozpacz. Wyjście z dworca oczywiście przez centrum handlowe - piękne, nowe, świecące i wypachnione. Nie trzeba się długo zastanawiać by zrozumieć co było priorytetem w tej inwestycji... 

Poznań - miasto know how
Voucher do kibelka PŁATNEGO w centrum handlowym
Wchodząc zapytałam panią pilnującą czy za papier toaletowy można płacić kartą 

Pogoda u nas dopisuje więc korzystamy z wiejskich uroków, jemy truskawki i większość dnia spędzamy na dworze (o, przepraszam, na polu - Kraków zobowiązuje). Laura świetnie się tu czuje i rozdaje wszystkim uśmiechy. Obawiałam się, że będzie potrzebowała czasu by przekonać się na nowo do dziadków, których bądź co bądź nie widziała od ponad dwóch miesięcy. Nic bardziej mylnego! Pozwala im się brać na ręce, gaworzy, a na widok babci cała podskakuje z radości :)





Jak to wszystko się zmienia!!! Widzę też, że moi rodzice o wiele lepiej sobie z nią teraz radzą.
Chwilo trwaj! 

Szkoda tylko, że H. nie ma z nami... :)