poniedziałek, 31 marca 2014

Spotkanie z maluszkiem

Kolejna wizyta u doktorka Aliego za nami :)) Tym razem obyło się bez nieprzyjemnych niespodzianek. Doktorek ostatnio wyróżnił nas chyba wręczając nam numerek 1 w kolejce do dzisiejszego spotkania. Mnie to się tak średnio podoba, przyznam szczerze, bo oznacza to mega wczesne jak na nas wstanie. Mój mąż co prawda ogarnia się rano w dosłownie 5 minut. Ja potrzebuję ekhm... trochę więcej czasu :-] I tak budziki nastawione, naczynia na śniadanie powyciągane, herbata do dzbanka wsypana (tureckie skrzywienie - pijemy tylko świeżo zaparzoną) co by zaoszczędzić chociażby te kilka minut. Ostatecznie w nocy miałam tyle myśli co do kolejnej wizyty, typu czy znowu spotkam panią pilates i co jej tym razem powiem (sic!), ile pokaże waga, czy przezierność karkowa dobrze wypadnie, czy dowiemy się jaka jest płeć dziecka, że o 6:00 stwierdziłam, że dalsze leżenie w łóżku jest kompletnie bez sensu, wstałam, zaparzyłam na spokojnie herbatę, przygotowałam śniadanie, pokomplentowałam wschód słońca nad morzem, przemyślałam trzy razy w co się dzisiaj ubiorę i krótko mówiąc na wszystko miałam czas :-D 

Na wejście do gabinetu doktorka i tak dane nam było poczekać, bo przede mną na ekranie nad drzwiami gabinetu pojawiło się nazwisko pacjentki z numerem 47 i 17 - nie wiem czy to jakieś spadochroniarki z wczoraj? :-)) W międzyczasie poleciałam się zważyć i zmierzyć ciśnienie. Pielęgniarka była inna, nie wstając od biurka kazała mi wejść na wagę i odczytać wynik. Przed wyjazdem do szpitala ważyłam się w domu na golasa - 64,9kg i w ubraniu wyjściowym - 65,5kg. Szpitalna waga pokazała tymczasem 66,2kg więc już zupełnie nie wiem o co kaman. U doktorka szybko przeszliśmy do badania usg, doktorek zachwycił się rozmiarami juniora. Pokazał nam całą główkę, oczy, nos i to jak zakłada nóżki jedna na drugą :-D Przezierność wyniosła 2 mm więc wszystko jest ok. Potem dane nam było wreszcie pierwszy raz posłuchać serducha. Rany! Waliło jak dzwon! Niesamowite było to usłyszeć. H. zareagował mega wzruszoną miną :)) Bardzo się cieszę, że jest ze mną na każdej wizycie i ma możliwość aktywnie uczestniczyć w tym wszystkim. Sam zresztą mówi, że daje mu to szansę być na bieżąco, bo jako facet pozbawiony jest możliwości odczuwania tak jak matka, a i przyznaje, że lekcje biologii jakoś niezbyt wystarczające były ;)) Po zrobieniu pomiarów doktorek zaczął zmierzać sondą w stronę dolnych partii ciała, ale junior leżał na pleckach ułożony bokiem więc nic nie dało się zobaczyć. Myślałam, że doktorek poprosi mnie, żebym położyła się na boku czy coś, żeby maluszek zmienił pozycję, a ten nagle zaczyna tą sondą zdrowo pukać mi w podbrzusze :-D junior od razu wykonał fikołek, potem na bok, potem głową w stronę sondy, jednym słowem nie dał sobie zajrzeć między nogi :-D Doktorek powiedział, że na razie nic pewnego nam nie powie (i bardzo dobrze, jeszcze mi się nie spieszy z usłyszeniem tej nowiny :-)) i żebyśmy nic nikomu nie mówili, bo potem może być mu wstyd, ale według niego junior przypomina dziewczynkę :-)) Powiem Wam w sekrecie, że ja od samego początku ciąży myślę o tym dziecku jak o chłopcu, patrzę głównie na chłopięce ciuszki i muszę się wręcz pilnować, żeby nie mówić o dziecku w rodzaju męskim. Co ciekawe, podobne odczucia ma moja mama, mieszkająca tysiące kilometrów ode mnie. Też mi się przyznała, że musi się pilnować, żeby nie mówić "wnuk" albo "mały". Imiona też mamy obcykane na razie tylko dla chłopca. Nie chcę się nastawiać na konkretną płeć, bo córeczka też nas ucieszy (bardzo!!!), ale na swój instynkt nic nie poradzę. Nie wiem do końca dlaczego doktorek tak pospieszył się ze swoim przypuszczeniem, bo nawet na chwileczkę nie było widać dupki dziecka. Dlatego dla mnie kwestia płci pozostaje na razie wielką niewiadomą :)) 

Po badaniu doktorek wysłał mnie na pobranie krwi od razu w tym samym szpitalu. No i gdy tylko weszłam do punktu pobrań odetchnęłam z ulgą. Dwie przesympatyczne pielęgniarki pobierają krew, po każdym pacjencie zmieniają rękawiczki, na oczach pacjenta odpakowują nową igłę. Czy tak nie może być wszędzie??? Szkoda tylko, że za ten "luksus" musiałam dodatkowo zapłacić, ale przynajmniej oszczędziło mi to nerwy więc uznaję, że warto było ;-))

Czy wygląda na dziewczynkę? :-))

sobota, 29 marca 2014

Łóżeczkowe dylematy

Niestety nic w życiu nie jest proste jak się okazuje. Kwestia wyboru łóżeczka, nad którym normalnie zaczęłabym się zastanawiać dopiero za dobre kilka miesięcy zaskoczyła nas niespodziewanie  już w 3 m.c., a wszystko przez nadgorliwą ciotkę, która chciała się go jak najszybciej pozbyć. I tym sposobem na podstawie 10cm2 płyty łóżeczka miałam podjąć decyzję: brać czy nie brać. Wzięłam. Nosz kurde wzięłam, ale z milionem wątpliwości. Tutaj chyba znowu dały o sobie znać różnice kulturowe, bo o ile mój mąż zdążył mnie na przestrzeni 8 lat naszego związku dobrze poznać i zrozumieć mój zmysł estetyczny (a jakże! pod względem estetyki jestem wyjątkowo upierdliwa) to już reszta jego rodziny niekoniecznie. I tak dla nich łóżeczko to po prostu łóżeczko. Służy po to by dziecko w nim spało, choć niekoniecznie dzieje się to w praktyce. Nikt nie zastanawia się nad tym czy kolor będzie pasował do pokoju, czy pościel będzie pasowała do łóżeczka, czy ma szuflady czy poziom materacu można regulować, czy łóżeczko ma potrzebne atesty i czy jest drewniane czy z płyty. Mnie powiedziano, że łóżeczko które biorę (w momencie podejmowania decyzji szczelnie owinięte niebieską folią i rozłożone na części pierwsze) jest brązowe i że ma szuflady. No, czego tam mogę chcieć więcej... I tak jak już Wam wspominałam, łóżeczko zabraliśmy do domu i mąż wtargał je na nasze 2. piętro. Tam zaległo na korytarzu na długi tydzień w oczekiwaniu na złożenie. Dzisiaj nadszedł dzień sądu. Po wcześniejszym wybadaniu sytuacji czy złożenie go dziś wieczorem jest w ogóle możliwe, czyli wykonaniu telefonu do męża z prośbą by urwał się dziś z pracy wcześniej, wciągnęłam mniejsze części do mieszkania i wyciągnęłam z folii i gazet. Pierwszy zonk: łóżeczko jest żółte a nie brązowe. To znaczy ma brązowe elementy w postaci obramowań szuflad i płyt. Reszta jest w kolorze jajka, a właściwie jajecznicy, bo to nie jest gładki kolor tylko wzorek w małe kwadraty w różnych odcieniach żółtego.Na tle naszej biszkoptowej ściany takie jajo prezentuje się średnio smacznie. Ogólnie dramacik. Mój wrodzony pech, że gdy podejmowałam decyzję ciotka odsłoniła mi 10cm2 szczytu, który akurat jest brązowy. Zonk nr 2: materiał wykonania. Kiedyś to marzyło mi się drewniane. Tego jednak w Turcji jak na lekarstwo, więc pogodziłam się już, że prawdopodobnie będzie z płyty. W końcu nawet Ikea sprzedaje z płyty. Ale to tutaj przerosło granice mojej tolerancji. No co za ohyda! Chociaż, gdyby zostało wykonane z brązowej płyty szczytów, byłoby nieźle. Jajecznica psuje cały efekt i kłuje mnie w oko jak upierdliwy paproch, którego nie mogę wyciągnąć. Pomyślicie, że przesadzam. Otóż są płyty, które imitują drewno i na pierwszy rzut oka się nie zdradzają. A tu trzeba byłoby być ślepym, żeby nie zauważyć tego kiczu. Jest źle. Zonk nr 3: element, który zazwyczaj bardzo mi się podoba w łóżeczkach, czyli szczebelki, tutaj jest zupełnie spieprzony. Podczas gdy całe łóżeczko jest z płyty, te niewiadomo czemu są ze sklejki (!). Takiej zwykłej, nawet nie pomalowanej ani dobrze wyszlifowanej. Fuszera na całego. Dobra wiadomość nr 1: oprócz dwóch szuflad łóżeczko ma jeszcze dwie dość pojemne szafki. Na szafkach mi zależało, bo nie mam miejsca w pokoju na dodatkową szafę dla dziecka, w naszych garderobach przeznaczę na nie dwie półki i stąd każde dodatkowe miejsce jest na wagę złota. Szkoda, że na tym dobre wiadomości się kończą. Zonk nr 4 objawił mi się po dokładniejszym przyjrzeniu się płytom. Hmmm... powiedziano nam, że łóżeczko było właściwie nieużywane, bo mały nie chciał w nim spać... No cóż, stan MDF świadczy o czymś zupełnie przeciwnym. A to podrapane, a to zaplamione albo odklejona sklejka... Pełna rozterek naradziłam się z mamą na skypie. Mama kazała mi w ogóle nie składać łóżeczka, bo skoro już części mi się nie podobają to całe łóżeczko też mnie nie przekona. Zdawałam sobie sprawę, że jego złożenie i to bez instrukcji i bladego pojęcia jak ma ostatecznie wyglądać będzie drogą przez mękę. Do tego H. nie jest miłośnikiem stolarki więc już sobie wyobrażałam jak będzie wieczorem kurwował. I na to wszystko ja powiem "sorry, ale to nie to, możesz rozłożyć" :-D Wyżaliłam się mężowi, że czuję już, że będzie źle, ale on uparł się, że je złoży i obiecał, że nie będzie na mnie zły jeśli decyzja zapadnia na "nie". I tak przez niemal 3h walczyliśmy z łóżeczkiem. Ja z każdą minutą dostrzegałam kolejne wady. Ku naszemu zaskoczeniu łóżeczko okazało się też kołyską. Góra z materacem jest zawieszona na hakach, którymi można bujać. No niby fajne, ale tego ustrojstwa nie idzie zabezpieczyć przed bujaniem. H. tak świetnie poradził sobie z łóżeczkiem, że do teraz na myśl o tym szczęka mi opada z podziwu. Bez kompletnego wyobrażenia jak ma finalnie wyglądać i tylko na podstawie obejrzenia części dał radę :)) Gdy już mieliśmy wyobrażenie o budowie łóżeczka wiedziałam, że nic mnie do niego nie przekona. Po prostu to nie TO. H. jednak uparł się, że je złoży i już. I tak w końcu stanęło w naszej sypialni.Wygląda tak:


 Razem doszliśmy do porozumienia, że go nie chcemy. Za jego największą wadę uważam to, że nie da się regulować wysokości materaca i łóżeczko jest bardzo płytkie. Do tego mamy ok. 20cm-owy materac, po włożeniu którego dziecko tak naprawdę będzie leżało jakieś 20cm poniżej szczytu szczebelek. Gdy zacznie siadać, łóżeczko przestanie być dla niego bezpieczne. Do tego się buja :-] No sorry, ale chciałabym, żeby posłużyło nam dłużej niż przez 6 miesięcy. Zamierzamy wydać je dalej już w złożonej formie. Mam nadzieję, że w najbliższym czasie uda się to załatwić, bo teraz już dostałam gazu w kwestii łóżeczka i pomimo, że mamy jeszcze dużo czasu na te sprawy, chcę je jak najszybciej mieć z głowy. Początkowo bardzo podobało mi się to: 

http://www.bebefix.com/Babyhope-4-cekmeceli-besik-70130-920-34_41399.html#0
Ale widzę już, że to chyba jakaś zmora tureckich łóżeczek - brak możliwości regulowania poziomu materacu. I pomimo to do góry wizualnie mi się bardzo podoba, pójdę chyba w stronę praktyki. Czyli, witaj Ikea! Mam teraz dwie opcje. Pierwsza to łóżeczko Stuva z szufladami. Wyglądem d*** nie urywa (nie podobają mi się w szczególności "dziury" w szufladach, ale mogę regulować wysokość materaca, a później wymontować przednią ściankę z szczebelkami. 

http://www.ikea.com.tr/urundetay/69001144/stuva_cekmeceli_bebek_karyolasi.aspx

Opcja nr 2 to Hensvik. Górne wykończenie szczytów skradło moje serce, nic na to nie poradzę, że wygląd dla mnie waaaażny jest :)) Poza tym sprawia wrażenie lekkości, nie to co klocek Stuva :D

http://www.ikea.com.tr/urundetay/00248529/hensvik_bebek_karyolasi.aspx
No i cenowo też bardziej do mnie przemawia :)) Stuva w tureckich warunkach to wydatek ok. 600zł. Hensvik jakieś 300. Zastanawiam się czy warto inwestować 300zł w dwie szuflady :-S W tym łóżeczku też nie da się wymontować jednego boku. Ale, drogie Mamy, czy Wasze starsze dzieci korzystają z przywileju samodzielnego wychodzenia z łóżeczka? Bo temu ma służyć opcja wymontowania boku... Proszę o rady :-*

czwartek, 27 marca 2014

Wiosenne przesilenie

Po jednym burzowym dniu pogoda u nas wciąż jest piękna i słoneczna. Na zewnątrz jest o wiele cieplej niż w naszym mieszkaniu (co dobrze wróży na lato). Mnie chyba jednak dopadło jakieś wiosenne przesilenie. Od rana głowa mi pęka i to raczej tak migrenowo, co trochę mnie martwi. Od dziecka cierpię na migreny, taka nasza rodzinna przypadłość. Wcześniej mogłam ratować się lekami (i to naprawdę mocnymi), inaczej nie przechodziło nawet do tygodnia. Teraz oczywiście żadnych z tych lekarstw wziąć nie mogę, więc pozostaje mi tylko modlić się by migrena się nie rozwinęła i sama przeszła... Cały dzisiejszy dzień spędzam więc na kanapie, mam dreszcze i denerwują mnie wszystkie odgłosy - telewizora czy ciotki wrzeszczącej pod domem... Ogólnie łatwo się dziś wkurzam, a moja cierpliwość została wystawiona na ciężką próbę już z momentem zwinięcia rolet rano, gdy nagle moim oczom ukazała się szopa-samowolka autorstwa jednej z wrednych ciotek mieszkających pod nami, powstała nie wiadomo kiedy w naszym ogrodzie, oczywiście bez naszej zgody czy wiedzy. Z racji, że jestem wyjątkowo wrażliwa na takie rządzenie się ciotek-harpii w naszym wspólnym ogrodzie, zadzwoniłam do męża z informacją o metalowym potworze. Do tego dorzucić moją dzisiejszą niedyspozycję i marudzenie gotowe. Niestety mój mąż ma małą tolerancję na takie dolegliwości, a o burzy hormonów w ciąży chyba nie słyszał. Dostałam więc opieprz, że wymyślam i że mam dojść do siebie, a z ciotką on już sobie porozmawia :D Muszę go namówić wieczorem na jakiś masaż głowy, bo w tym jest naprawdę dobry pod warunkiem, że mu się chce :-] 

Cieszę się, że obiad wczoraj ugotowałam na dwa dni, bo dzisiaj ciężko byłoby mi stać nad garami. A tak mamy pyszne polskie gołąbki. Polska kuchnia jest u nas na tapecie od kilku tygodni, idą gołąbki, barszcze, ogórkowe. Na szczęście mąż bardzo lubi takie dania i nie marudzi, ba, nawet zdjęcia chce na fejsie zamieszczać :-D. A dzisiaj teściowa przysłała mi jeszcze talerz içli köfte. To też jeden z tureckich specjałów, okropnie pracochłonny, więc robi się je rzadko. Do zrobienia köfte potrzebna jest drobna kasza przypominająca kuskus, którą zalewa się niewielką ilością gorącej wody by napęczniała i doprawia dość pikantnie. Z takiej masy lepi się kulki z dziurą, nadziewa się je mięsem, a potem zalepia i smaży w głębokim oleju. Köfte może mieć różny kształt, ale te klasyczne przypominają naszego polskiego oscypka, tylko bardziej okrągłego ;-) Sztuką jest to, by ścianki köfte pozostały możliwie jak najcieńsze, a żeby mięcha było oczywiście więcej. No i żeby nie było twarde, bo gdy ścianki są grubaśne to i köfte kamieniaste.

İçli köfte 

Poza tym łóżeczko dla juniora wciąż czeka na skręcenie. Mąż codziennie wraca z pracy wykończony i już nie mam sumienia marudzić mu o łóżeczko, choć jego części skutecznie zagracają nam korytarz. Tak naprawdę to majsterkowiczem w naszej rodzince jestem od zawsze ja :-) Pałeczkę przejęłam po tacie, który z braku syna do wszystkich prac remontowo-porządkowych przyuczał właśnie mnie. Tak naprawdę je uwielbiam. Malowanie, skręcanie mebli i te sprawy. Gdyby nie ciąża, za łóżeczko już dawno sama bym się zabrała. I to też jest największa motywacja dla męża, bo gdy już widzi, że siedzę z śrubokrętem i wiertarką, czuje się w obowiązku mi pomóc :-D Mam nadzieję, że jednak do końca tego tygodnia się zmobilizuje, bo idzie też do nas w przesyłce duża szafa na korytarz, którą też trzeba będzie skręcić :))

Pomijając ból głowy czuję się naprawdę dobrze. Tak naprawdę jak dotąd nie doświadczyłam żadnych dolegliwości ciążowych. Jedzenie już od dawna mi nie śmierdzi i wstyd się przyznać, ale ani razu nawet nie wymiotowałam :-D a wszyscy oczywiście mi się o to pytają :)). Wczoraj teściowa zabiła mnie pytaniem, czy mały już kopie. Nosz kurde, kopie, koziołki i salta wywija! Czasem naprawdę łapię się za głowę jak ta kobieta dwójkę dzieci urodziła :-)) Mały jeszcze nie daje o sobie znać, ale czuję się na tyle dobrze, że często muszę sobie przypominać, że jestem w ciąży i trzeba wolniej, ostrożniej. Oby tak dalej. Problem mam jedynie z cerą. Skóra twarzy nie wygląda ostatnio zbyt dobrze, pojawiły się jakieś przebarwienia, jest dość mocno przesuszona. Staram się ratować ją naturalnymi olejkami, które jak dotąd świetnie się spisywały, robię też peelingi i maseczki, ale na razie efektów brak. Wczoraj też ni stąd ni zowąd poleciała mi krew z nosa. Trochę się wystraszyłam, ale wyczytałam, że to się czasem w ciąży zdarza. 

W poniedziałek mam kolejną wizytę u lekarza. Zapowiedział badanie przezierności karkowej, które tutaj nazywają po prostu testem inteligencji dziecka :-). Mam nadzieję, że wszystko będzie ok. Orzechy wcinałam tak jak mama kazała, kwas foliowy brać zaczęłam na 4 miesiące przed zajściem w ciążę więc zrobiłam co w mojej mocy ;-) Ciekawa też jestem jak maleństwo urosło w tym czasie i czy uda się już zobaczyć coś konkretniejszego ;-)) Brzuchol trochę mi urósł, ale jeszcze niewiele. I waga pokazuje 0,5 kg do przodu - pani pilates się nie ucieszy ;-P

Junior i ja w 13. t.c.



niedziela, 23 marca 2014

Czy to wiosna?

Blogowisko zaroiło się od wiosennych wpisów więc  i ja nie zostaję w tyle, by ktoś nie pomyślał, że w Turcji zimno :-) Od tygodnia mamy naprawdę piękną pogodę. Średnia temperatura to ok. 20-25 stopni, niebo lazurowe, słońce ładnie świeci. Ptaki śpiewają, wszędzie kwitną kwiaty, a trawa nabrała ładnego soczystego zielonego koloru. Uwielbiam ten moment w Turcji i staram się nim cieszyć póki mogę, bo wiosna jest tutaj bardzo krótka. Ja już teraz zaczynam zastanawiać się czy to wciąż wiosna czy już początek lata. Turyści kąpią się w morzu, plaża roi się od spacerowiczów. Odgrzebałam swoje klapki i cieszę się spacerami bosą stopą :-) Korzystając z takiej pogody całe dnie spędzamy na świeżym powietrzu. Dużo spaceruję, odwiedzam męża w pracy, a że hotel przy takiej pogodzie pełen doglądamy biznesu z poziomu ogrodowej ławki :-) Pochłaniam książki na balkonie i planuję jakie kwiaty do niego kupić. Humory nam dopisują, bo człowiek przy takim słoneczku ma od razu więcej energii i siły. Chwilo trwaj! I nie, proszę, nie zmieniaj się w lato... Co roku do Turcji przyjeżdżają miliony turystów by spędzić letnie wakacje. A dla mnie lato to najgorsza tutaj pora. Jest ... gorąco. Kurde, jak gorąco. Teraz i tak już o niebo lepiej znoszę te upały, ale pamiętam moje pierwsze lata w Turcji i to uczucie, że 1) nie ma czym oddychać, 2) gorąco ci nawet w majtkach i staniku. Niestety ograniczenie liczby ubrań nie jest tutaj dla mnie rozwiązaniem, bo źle się czuję pod obstrzałem głodnych spojrzeń obleśnych dziadów. Poza tym wszystko jest suche. Ziemia spękana, trawa pożółkła, parasole przeciwsłoneczne i obrusy wyblakłe. Przeciętnie od czerwca do połowy września marzę o deszczu, który obmyje cały ten kurz. Choć to zrozumiałe, że dla turysty spędzającego ten czas nad morzem albo nad basenem musi być pięknie - ciepłe morze, pogoda gwarantowana, wypoczynek pod egzotyczną palemką :-) Sama tak zaczynałam moją przygodę z tym krajem. Z biegiem lat przyzwyczaiłam się jednak do tych temperatur i teraz latem mogę nosić zwykłe t-shirty z krótkim rękawem, a wieczorem wskoczę czasem nawet w (przewiewne) długie spodnie. To mój osobisty sukces :-) z którego najbardziej zdaję sobie sprawę, gdy odwiedza nas moja rodzina i widzę jak oni się pocą i sapią. 
Opanował nas więc wiosenny nastrój, co w naszym przypadku oznacza też, że zaczynają nas swędzić... te właśnie części ciała. Nosi nas. Marzę o jakiejś krótkiej podróży, o zmianie krajobrazu za oknem choć ten nasz też piękny. Nie musi być daleko, ale gdy dzisiaj usiedliśmy przed mapą Turcji i po 10min. zlokalizowaliśmy palce w Atenach, przekonaliśmy się, że pokusa jest chyba zbyt duża. Po tym mąż w panice zwinął się do pracy, a ja powróciłam do tureckich granic :-D Zobaczymy co z tego wyjdzie, choć ceny jakoś nie zachęcają do podróży. Tymczasowo, żeby uspokoić emocje skorzystaliśmy z całkiem fajnej promocji na loty do Niemiec na grudzień :-) Wizytę bożonarodzeniową mamy już więc załatwioną. Było zabawnie, gdy próbowaliśmy kupić bilet dla juniora nie znając daty urodzin, imienia, ba, nawet płci! :-) Pomógł nam pan z Obsługi Klienta sugerując, by juniora dodać do biletów po jego narodzinach, bo opłata za niemowlaczki jest stała :-D
Pomału powiększa się też liczba moich zdobyczy dla maleństwa :-) no nie mogę się powstrzymać przed zakupami, więc już sobie wybaczyłam, odpuściłam i kupuję bez wyrzutów sumienia. Pod koniec tego tygodnia zaczynamy zresztą 4. miesiąc więc nie jest już tak dramatycznie wcześnie ;-) Poza tym otrzymaliśmy w spadku łóżeczko. Pamiętacie kuzyna z żoną, którzy z dwójką dzieci zamierzają wprowadzić się do mieszkania obok? Rozdają teraz niepotrzebne klamoty i tym sposobem dostaliśmy do wyboru dwa łóżeczka - jedno niebieskie, drugie brązowo-kremowe. Niestety nie mieliśmy jeszcze okazji zobaczyć je w całości, bo łóżeczka są porozkręcane, poobwijane folią i składowane na strychu. Niebieskie łóżeczko od razu odpadło, bo absolutnie w ogóle nie pasowałoby do naszej sypialni właśnie w beżach, żółciach i brązach. Początkowo planowałam kupić białe, ale pomyślałam, że takie brązowo-kremowe też może być. Łóżeczko jest z szufladami, a na tym mi zależało, żeby zyskać choć trochę miejsca. Dostaliśmy też praktycznie nowy materac. Łóżeczko jest właściwie nieużywane, bo ich syn (ten, przez którego boję się mieć dzieci) nie chciał w nim spać i szybko przeprowadził się do łóżka rodziców. Potwierdza to biel materacyka. Co do niego jeszcze nie jestem przekonana, bo chciałam kupić materac gryczano-kokosowy, chyba najbardziej polecany przez polskie mamy, ale kurde, przekonałam się właśnie, że w Turcji nigdzie nie ma podziału materacy ze względu na wypełnienie (w przeciwieństwie do tych dla dorosłych). Materac to materac i wszystkie są na sprężynach i bawełniane. No cóż, materac trudno mi będzie ściągnąć z Polski więc chyba siłą rzeczy zostanie ten, który mamy. W sumie jest bardzo gruby, a to chyba dobrze, prawda? :-) Gdy już złożymy łóżeczko wrzucę kilka fotek wraz ze zdjęciami uzbieranej do tej pory juniorskiej garderoby. 
A tymczasem, adieu! Lecę na spacer! 

Idąc tą trasą zawsze wyobrażam sobie spacery z juniorem

Cytryny prosto z drzewa :-)




poniedziałek, 17 marca 2014

Brak słów

Wczoraj mąż wlazł mi na ambicję, że wygląd mojego bloga taki ...banalny jest :-) Bo mój mąż, pomimo że z wykształcenia żaden z niego informatyk, uwielbia technologiczne wyzwania. I tak cały wieczór spędziliśmy na modyfikowaniu strony. Nie wiem jak Wam się podoba, ale mnie bardzo :-) Przyjemnie będzie tutaj pisać. Dziękuję Ci, Mężu, za pomoc i wytrwałość w znoszeniu mojego wybrzydzania ;-) 

Ale pomimo tego optymistycznego początku, dzisiaj będzie smutnawo. A wszystko przez aplikację Google News w moim telefonie :-> Ciężarnym odradzam czytanie dalszej części postu. 

Każdy dzień, jeszcze leżąc w łóżku, zaczynam od przeglądu wiadomości. Dzisiaj wśród porannych niuwsów wyłowiłam kolejną wiadomość mrożącą krew w żyłach każdej ciężarnej. W osławionym szpitalu we Włocławku położna przyjmowała ciężarne mając 2 promile alkoholu we krwi... Nie wiem czy to jakaś zła passa w polskich szpitalach? Przecież dopiero w styczniu w tym samym szpitalu zmarły w pełni rozwinięte, gotowe do przyjścia na świat bliźnięta. Nie dalej jak tydzień temu czytałam o kobiecie z Świnoujścia, która w 6m.c. urodziła dziecko na szpitalnym zwykłym łóżku sama, bo od lekarza usłyszała, że "nie jest jedyną pacjentką na tym oddziale". W Limanowej kobieta na 10 dni przed planowanym porodem stawiła się do szpitala na planowane cc, ale lekarze zmienili zdanie co do porodu i ostatecznie dziecko zmarło. Wystarczy wpisać w google hasło "śmierć noworodka" a pojawiają się propozycje: ...w Limanowej, ...w Pleszewie, ...w Końskich, ... w Sosnowcu... I wszędzie przewijają się teksty "zaniedbania personelu medycznego" i "nieumyślne spowodowanie śmierci". Wiecie co, zazwyczaj jestem dumna z tego, że pochodzę z Polski. Od ponad dziesięciu lat jesteśmy członkiem UE, tyle "standardów" wprowadza się do naszego życia na każdym kroku, mamy Rzecznika Praw Pacjenta, nasze społeczeństwo jest jednym z najlepiej wykształconych w Europie. Ale czy w innych krajach europejskich też niemal co miesiąc można usłyszeć o takich tragediach? Skąd w Polakach bierze się taka znieczulica, taki jad, zero współczucia czy empatii? Nie mieszkam w Polsce, więc nie wiem ile uwagi poświęca się takim wiadomościom w mediach - ja mam dostęp tylko do tych internetowych i tutaj widzę, że niewiele. Informacje o Krymie czy zaginionym malezyjskim samolocie pojawiają się codziennie i stanowią ostatnio ok. 70% wszystkich wiadomości. A te o śmierci noworodków tylko w momencie zgłoszenia ich na policję. Potem sprawa cichnie... Wiecie co, mieszkam w Turcji, która dla wielu Polaków jest synonimem państwa trzeciego świata. Sama zresztą pracowałam jako przewodnik polskich wycieczek w tym kraju, więc dobrze wiem jakie jest nasze wyobrażenie o Turcji. Służba zdrowia nie jest w tym państwie doskonała. Z racji na ciążę mam okazję ją teraz dość dobrze poznać. Sposób prowadzenia ciąży jest tu kompletnie inny od naszego polskiego. Wielokrotnie moją pierwszą reakcją przy odkryciu kolejnych różnic jest żal, że nie jestem teraz w Polsce. Że nie mogę iść do polskiego lekarza. Ale jedno mnie tu bardzo uspokaja - w tym kraju nie ma historii o śmierci noworodków w szpitalu. Jeśli takowe się pojawiają, związane są z tym, że kobieta za późno przyjeżdża do szpitala, albo rodzi gdzieś po drodze, albo w domu. Nigdy nie słyszałam, żeby lekarz odmówił zbadania pacjentki, co w rezultacie miałoby przyczynić się do śmierci dziecka. I pod tym względem cieszę się, że jestem w Turcji a nie w Polsce. Owszem, przyznaję, że ciążę wolałabym prowadzić w Polsce, ale sam poród chcę mieć w Turcji, bo tutaj czuję się bezpieczniej. Pewnie trochę panikuję, ale poród w polskim szpitalu kojarzy mi się teraz z małą loterią - czy trafi się porządny lekarz, czy cham ignorujący swoje obowiązki. Z pewnością nigdzie nie jest doskonale, ale to co dzieje się na polskich porodówkach to jakaś paranoja. Bo wydaje mi się, że Polki do chamskiego traktowania, do nieuprzejmych odpowiedzi, do często braku jakiejkolwiek pomocy po porodzie zdążyły się już przyzwyczaić. Nikogo nie dziwi sfochowana położna czy lekarz przychodzący na sam koniec porodu, a czasem dopiero po nim, albo unikanie podania znieczulenia (jakby to był jakiś luksus!). A że Polki to twarde baby - zaciskają zęby i rodzą, a potem często ledwo trzymając się na nogach po cc startują do opieki nad swoim dzieckiem, bo na pielęgniarki nie ma co liczyć. Tylko czy tędy droga? Czy to wszystko trzeba tolerować? Czy to nie prowadzi do jeszcze większego poczucia bezkarności polskiego personelu medycznego???

czwartek, 13 marca 2014

Nominacja

Zostałam mianowana przez Agatę do popularnej zabawy. To moja pierwsza nominacja więc szybko wywiązuje się z obowiązku udzielenia odpowiedzi :-)

1. Masz dobry kontakt z rodzeństwem? Jak to było kiedy dorastaliście?
Mam jedną siostrę, młodszą ode mnie o całe 12 lat. Bardzo chciałam mieć rodzeństwo, przez długie lata błagałam o nie rodziców, więc mogę powiedzieć, że siostra zawdzięcza swoje powstanie w 50% mnie ;-) Uwielbiałam się nią opiekować, ale przyszło nam mieszkać razem tylko 7 lat. Potem wyprowadziłam się do innego miasta na studia i od tego czasu mieszkam daleko od rodziny. Dość mocno się różnimy. Chciałabym mieć z nią lepszy kontakt, ale z racji na odległość i różnicę wieku nie jest to łatwe... Czasem, gdy odwiedzam rodziców na dłuższy czas około miesiąca, stajemy się sobie bliższe, ale potem przychodzi moment mojego wyjazdu i nasze relacje znowu się ochładzają. Mimo to, w sytuacjach kryzysowych zawsze stajemy za sobą murem. Cieszę się, że ją mam. Liczę na to, że gdy dorośnie będziemy mieć więcej wspólnego...

2. Ulubione danie z dzieciństwa?
Zdecydowanie pierogi leniwe z przedszkola, oczywiście przygotowane z najtańszych produktów. Ani mama ,ani babcia nie potrafiły odtworzyć tego dania w domu pomimo trzymania się kurczowo przepisu otrzymanego od przedszkolnej kucharki. Gdy moja siostra chodziła do tego samego przedszkola przyniosła kiedyś do domu prezent dla mnie od tej kucharki - słoiczek pierogów. Na jego widok łzy stanęły mi w oczach :-) Niestety smak nie był już ten sam :-)

3. Czy jest potrawa, której za żadne skarby nie przełkniesz?
Bardzo lubię próbować nowe potrawy, choćby nawet wydawały się obrzydliwe. Będąc w Azji Płd-Wsch próbowałam korniki, przymierzałam się też do skorpiona i karalucha (choć ten taki grubaśny był i trochę obawiałam się, że pancerz będzie zbyt mocno chrupiący). Jadłam też duriana, który faktycznie smakuje jak truskawki jedzone w szalecie. W Turcji jadłam już mózg i jądra barana. Jednak potrawa, na którą nigdy się nie odważę jest nasza polska czernina. Skutecznie obrzydził mi ją mój tata jeszcze gdy byłam dzieckiem i pomimo, że nigdy jej nie próbowałam, wyobrażam sobie jej słodko-lepki cierpki krwawy smak - bleh!

4. Ulubiony drineczek? ;)
Uwielbiam kilka :) Na pewno jest wśród nich mohito za swój orzeźwiający smak, pinacolada (najlepsza z świeżym sokiem z ananasa) oraz cosmopolitan. Zimą z kolei uwielbiam grzane wino :-)

5. Co najbardziej cenisz sobie w miejscu, gdzie mieszkasz?
Piękne widoki oraz to, że daje nam pewną niezależność. 

6. Gdybyś mogła cofnąć czas, czy wybrałabyś szkołę/kierunek, który ukończyłaś?
Jestem podwójnym filologiem, zawsze lubiłam uczyć się języków i nie żałuję wyboru, choć kiedyś chciałam sprostać rodzinnej tradycji i zostać prawnikiem. Na szczęście los potoczył się inaczej, bo jako prawnik raczej nie miałabym możliwości pracować nigdzie poza granicami Polski. Bardzo podoba mi się zawód lekarza i praktycznie czuję, że bym się nadawała :-) gdyby tylko nie fizyka na studiach medycznych ;-))

7. Byłaś w wielu związkach czy mąż/partner to ten "pierwszy i jedyny"?
Mąż nie jest pierwszym, ale z pewnością "tym jedynym" :-) dzięki wcześniejszym związkom absolutnie nie zastanawiam się jak by to było z innym ;-)

8. Lubisz uprawiac wlasny ogrodek (albo ogolnie dbac o roslinki), czy nie masz do tego glowy?
Lubię dbać o roślinki i marzę o własnym ogródku choć w Turcji z racji na bardzo upalne lata nie jest to łatwe. W tym roku zamierzam ukwiecić nasz balkon i na razie chyba tym się zadowolę.

9. Wolisz spedzac urlop aktywnie, czy lezec plackiem na plazy (tudziez siedzac pod parasolem w pubie)?
Zdecydowanie aktywnie. Na plaży nudzę się po 2h, chyba że mam na niej zapewnione rozrywki typu nurkowanie, snorkeling itp., a w pubie szkoda by mi było kasy na drinki :-) Z mężem uwielbiamy backpacking, czyli podróżowanie, w którym staramy się jak najmniej stracić na zakwaterowanie/jedzenie, a jak najwięcej zobaczyć.

10. Czesc ciala, ktora wpedza Cie w kompleksy? ;)
Brzuch. Nie lubię brzuszków, a wszelkie inne ćwiczenia spalają mi tłuszcz wszędzie tylko właśnie nie tam :-/ Po ciąży zamierzam się jednak za niego zabrać ;-)

11. Lubisz prowadzic dom czy wolisz/ wolalabys robic kariere?
Bardzo lubię prowadzić dom, ale też nie wyobrażam sobie nie pracować. Nie zależy mi na jakiejś wielkiej karierze, ale zawsze chcę pozostać niezależna. Na szczęście mój zawód pozwala mi też na pracę w domu, z czego akurat korzystam. Po "odchowaniu" dzieciaczka, zamierzam jednak "wyjść do ludzi" ;-)

Na razie nikogo nie nominuję, bo jeszcze nie mam wystarczającej "sieci kontaktów" w blogosferze ;-) Gdyby jednak któraś chciała się pobawić - zapraszam. 


poniedziałek, 10 marca 2014

Foch!

Dzisiaj przypadło drugie spotkanie z doktorkiem Alim. Ostatnie dni wypełniały mi ciągłe atrakcje w postaci kolektowania różnych badań i ich wyników, a czas przy tym zleciał jak z bicza trzasnął :-) Ani się nie obejrzałam, a w kalendarzu stuknął termin kolejnej wizyty. 

Z samego rana pojechaliśmy więc w znanym kierunku, tym razem z numerkiem 4 więc czekaliśmy naprawdę niedługo. Przed wejściem do gabinetu standardowo trzeba było zgłosić się do "pani kasy" i zapłacić za wizytę. Mój mężulek ukochany po ostatniej wizycie uparł się, by szybko zapłacić nasz dług względem ubezpieczenia publicznego (takie tureckie NFZ). Streszczając temat, dług powstał podczas służby wojskowej męża - pracodawca przestał płacić ubezpieczenie, a po powrocie z wojska mąż z pracy zrezygnował i przerzucił się na własną działalność. W ten sposób powstała w ubezpieczeniu dziura, która skutkowała tym, że nie mogliśmy z niego korzystać. Będąc poprzednio u doktorka Aliego zapłaciliśmy pełną stawkę za wizytę, co odpowiadało wizycie prywatnej u polskiego ginekologa "z wyższej półki". Nie powiem, tym razem przyjemnie było zapłacić tylko 1/3 tej kwoty :-D 

Doktorek przywitał się z nami serdecznie - bardzo to lubię w Turcji, że lekarze w szpitalach prywatnych zachowują się w stosunku do pacjenta bardzo uprzejmie, zawsze się uśmiechają, podają ręce przy przywitaniu, naprawdę widać różnicę między nimi a tymi z państwówek. Przejrzał wyniki moich badań, pogratulował wzorowych i szybko zaprosił do oglądania bąbelka. Tym razem stopień mojego oszołomienia wizytą, ciążą i tym wszystkim był znacznie niższy więc udało mi się zauważyć, że gabinet owszem jest niewielkich rozmiarów, ale sprzęt usg naprawdę wypasiony ;-) Doktorek zachwycił się powiększonymi rozmiarami naszego maleństwa, pokazał nam główkę, serduszko, a nawet nóżki i zaciśniętą w piąstkę rączkę. To niesamowite, że w 11 t.c. widać już tak dużo! Na ten czarno-biały obraz mogłabym patrzeć się godzinami, obserwować pulsowanie serduszka i podziwiać zmieniające się kształty. Mąż też z zachwytem w oczach patrzył na naszego potomka :-) Dostaliśmy oczywiście pamiątkowe zdjęcie usg, mamy już razem cztery i myślę pomału o założeniu osobnego albumu na te pamiątki. Doktorek zapowiedział, że na kolejnej wizycie za 3 tygodnie wykona badanie przezierności karkowej maluszka. Właśnie czytam, że pomiar ten jest najbardziej miarodajny między 11. a 14. t.c., ja będę tuż przed 14. ale doktorek zapewnił, że to nie będzie za późno. Dodał też, że nie będzie to jedyny taki pomiar wykonywany w czasie mojej ciąży - w planie ma jeszcze dwukrotne powtórzenie badania. Przyznam, że brzmiał bardzo przekonywująco, nie jestem oczywiście lekarzem, ale jako przyszłej mamie podoba mi się taki pomysł. Gdy przyszedł moment na moje pytania, zapytałam o jego plany związane z przeprowadzeniem "normalnego" badania ginekologicznego. Moje pytanie chyba trochę zszokowało doktorka i obecne w gabinecie pielęgniarki, bo na krótką chwilę zapadła grobowa cisza :-)) doktorek wytłumaczył mi, że według ICH książek takie badanie nie jest konieczne w ciąży, bo wszystko to co ma z nią związek  widoczne jest na usg. Mówił też, że takie badanie wykonuje się gdy są podejrzenia, że kobieta pod kątem ortopedycznym nie będzie w stanie urodzić naturalnie. Powiedział jednak, że jeżeli chcę się poddać takiemu badaniu, nie ma sprawy, możemy je zaplanować. Odpowiedziałam, że chciałabym i że powiem mu kiedy. Tuż przed zajściem w ciążę wykorzystując pobyt w Polsce byłam u swojego polskiego ginekologa, miałam robioną cytologię, itp. więc w sumie na razie jestem spokojna, bo wiem, że wszystko jest ok. Ale jeżeli nie będzie mi dane wybrać się do Polski przed porodem, myślę, że przełom maja/czerwca będzie dobrym momentem by powtórzyć te badania. Spodobało mi się, że doktorek jest elastyczny i się nie obraża na moje "wymysły", czuję, że jeśli trochę  nad nim popracuję, może być całkiem fajnym ginem ;-) Tym razem też się tak nie spieszył, a pielęgniary nie gadały, więc komfort wizyty oceniam znacznie wyżej ;-) Na koniec zaproponował mi w ramach kosztów wizyty spotkanie z "panią pilates", która zajmuje się też instruktażem gimnastyki dla kobiet w ciąży i tzw. aktywnego porodu. Ucieszyłam się na te konsultacje, bo sama rozważam może jakąś jogę dla ciężarnych lub coś podobnego. Bardzo chcę też chodzić na basen, ale na to przyjdzie czas latem, gdy zrobi się naprawdę ciepło (tutejsze baseny są hotelowe, więc otwarte). Ale do brzegu. Rzekomą panią okazało się dziewczę około lat dwudziestu najwyżej pięciu, które przywitało nas szerokim uśmiechem i poprosiło o moją kartę ciąży. Zamiast o ćwiczeniach zaczęła mówić o odżywianiu i diecie. I teraz nastąpi mała dygresja na temat wielce osobisty, pod tytułem waga :-S dziewczęta kochane, nie wiem czy kiedyś wstawię tu swoje zdjęcie, być może nadejdzie ten moment i same zobaczycie, żem nie kłamię... bo ja bardzo lubię ruch, uwielbiam pływać, jeździć na rowerze, grać w tenisa, spacerować i naprawdę często to robię, a jak już nie mam możliwości ruszać się w żaden inny sposób, to chociaż spaceruję i gimnastykuję się przed telewizorem. Jem normalnie bez obżerania. Chleba w mojej diecie bardzo niewiele, a jak już to razowy. Wyglądam też normalnie. Nigdy nie byłam chudzielcem, ale też nigdy nie miałam nadwagi. Owszem tłuszczyk odkłada mi się w brzucholu, ale bez przesady, gdybym pokatowała się brzuszkami byłoby całkiem ok, choć tych akurat nie lubię. Ale nogi mam już jak trzeba ;-) Ubrania noszę w rozmiarze 36-38 czyli kurde small albo medium, nie? Ale moja waga zawsze była z tych większych ;-) tylko, żebym nie została źle zrozumiana - nadwagi nie mam i nigdy nie miałam. Po prostu mieszczę się w tzw. drugiej połówce swojego przedziału BMI i pomimo wszystkich ćwiczeń, które wykonuję (latem np. codziennie jeździłam rowerem po 10km) ta waga nie spada. I teraz powracam do "pani pilates". "Pani pilates" puściła długą gadkę o odżywianiu się, rzuciła okiem na moją kartę, zakreśliła w kółko moją wagę i powiedziała "Pani zaszła w ciążę z lekką nadwagą. Powinna pani ważyć 50-55kg" (a ważę 64). Przepraszam: nosz kurwa jego mać!!! Czy pani pilates nie słyszała o czymś takim jak wskaźnik masy ciała??? No chyba nie słyszała, bo jak dotąd jedyną osobą, którą zainteresował mój wzrost była nasza zachukana (po raz pierwszy piszę ten wyraz) wsiowa pielęgniarka z ośrodka zdrowia! No jak można tak, i to przy mężu jeszcze!!! W tym momencie poraziłam ją swoim wzrokiem, a wierzcie - potrafię to robić! Nosz jak śmie ona ta durna, głupia zołza jedna ta! Dziewczę zauważyło mord w moich oczach, ale zapędziło się już w kozi róg i brnęło dalej na oślep mówiąc, że w moim przypadku mogę przybrać na wadze do 10-12 kg. Policzyłam w myślach do trzech i zastosowałam najłagodniejszą z możliwych reakcji: roześmiałam jej się w twarz i powiedziałam (odpowiednim tonem), że zrobię co w mojej mocy, ale to nie zawsze zależy od samej kobiety.  Na to dziewczę w ogóle straciło wątek i zaczęło coś jęczeć, że moja waga jej osobiście nie interesuje, ale to dla mojego dobra i dla dobra dziecka i jeżeli spasę się przed 20 tygodniem to będzie bardzo źle, bo dopiero po nim zaczyna się prawdziwy przyrost masy. No jakbym obżerała się jak świnia! Takie gadanie o limitach wagi, jaką w ciąży się przybiera tylko mnie stresuje. No bo co do cholerki? Jak przybiorę 15 to dadzą mi karę????? Klapsa? Postawią w kącie?? Mąż na szczęście zauważył, że moja wyrozumiałość niebezpiecznie się kończy i szybko podziękował za konsultacje i wyprowadził mnie z gabinetu. A ta guła jedna jeszcze na odchodnym gada jak katarynka, żeby do niej przychodzić, żebyśmy się spotykały, bo ona będzie mi mówiła jakie ćwiczenia wykonywać. Aaa ...tam właśnie mam jej ćwiczenia, o! No co za gafa z jej strony! Żal.pl po prostu! Jeszcze teraz dopada mnie agresja, gdy sobie to przypomnę. Bezczelna jedna... Co więcej, pogryzdoliła moją kartę ciąży, podkreśliła falbankowymi krechami przedział 10-12kg i zakreśliła kółkiem moją wagę początkową. No brakuje jeszcze, żeby ją zaznaczyła czerwonym długopisem i wpisała uwagę do dzienniczka! Oczywiście puściłam mega omega supersize focha i małżonek mój biedny przez całą drogę powrotną zmuszony był wysłuchiwać moich niewybrednych komentarzy pod wiadomym adresem. No sorry, co mam robić? Odchudzać się w ciąży? Głodzić? Przecież to jakaś paranoja, bo ja nadwagi nie mam, no kurde! Siedzę i wyszukuję przeliczniki BMI i wszędzie wynik wychodzi ten sam: nadwagi brak! A w ciąży od 2,5 miesiąca nie przybrałam jeszcze nawet pół kilo i to wiem najlepiej ja sama, bo ważę się na golasa w domu, a nie w dżinsach, swetrach i nawet butach, tak jak robią to w szpitalu. Czy ja naprawdę muszę się tak denerwować? Co za gulina jedna, żeby w tak niedelikatny sposób strzelić taaaką gafę! I powtarzam sobie, żeby się nie denerować, żeby nie psioczyć, żeby odpuścić, no ale powiedzcie, proszę, czy Wy byście umiały? :-)

piątek, 7 marca 2014

Tylko nie do szpitala

Szpitali nie cierpię. Nienawidzę białych ścian, zapachu środków dezynfekujących, zagęszczenia ludzi chorych. Od zawsze trzymam się od szpitali możliwie jak najdalej. Niestety w tym tygodniu musiałam się tam wybrać, żeby zrobić pozostałe testy. Nasz szpital ogromny, korytarze to istne labirynt. Żeby dojść w dane miejsce przechodzi się przez kilka innych oddziałów, każdy kaszle, chucha, smarka... Same przyjemności.

Chciałam sprawę szybko załatwić w laboratorium, ale niestety odprawiono mnie z kwitkiem. Najpierw muszę się pokazać lekarzowi, który skieruje mnie na konkretne badania. W Turcji panuje jakiś dziwny system, że lekarz nawet jeżeli wypisze skierowanie na badania, bez konsultacji z innym lekarzem można je zrealizować tylko w szpitalu, w którym dany lekarz pracuje :-/  Do szpitalnego ginekologa udało mi się zapisać dopiero na 11:20. O 12:00 cały personel robi sobie lunch break więc baliśmy się, że testy będzie nam dane wykonać dopiero po południu. A ja, z racji, że do badań - oczywiście na czczo. Nosz kurde, ile można wytrzymać na głodniaka :-) Na szczęście kolejka do lekarza szybko się posuwała. W sumie nie dziwota, skoro do gabinetu wchodzi się grupowo z innymi pacjentkami :-D Lekarzem okazał się pan w bardzo podeszłym wieku, obok standardowo pielęgniarka. Mąż został szybko wyproszony z gabinetu. Lekarz i pielęgniarka standardowo siedzą za biurkiem, pacjentki na ustawionych na przeciwko krzesłach. Lekarz pyta "z czym pani przychodzi" :-D Ok, ciąża to powód do dumy, ale nie chciałabym znaleźć się na miejscu kobiety, która przychodzi z infekcją czy inną intymną przypadłością :-D Widząc to wszystko, szybko wytłumaczyłam, że ja tak naprawdę tylko po skierowanie na takie i takie badania. Lekarz na to do jakiego lekarza chodzą i skąd wiem, że na takie badania powinnam się wybrać. Szczerze odpowiedziałam, że byłam u doktorka Aliego. Ojjj ja naiwna... dziadek w tym momencie puścił mega focha, że skoro chodzę do doktorka Aliego, to badania te powinnam zrobić w szpitalu, w którym on pracuje (czyli prywatnym, w którym łączny koszt tych badań wynosi ok. 1000zł :-D). Cholera, pomyślałam, mąż znowu mnie podsumuje, że gdzie nie pójdę, to kończy się to kłótnią :-S Zripostowałam, że znam swoje prawa i wiem, że badania mogę wykonać w każdym szpitalu, również w tym skoro mam ubezpieczenie. Dziadek popatrzył na mnie i mówi, że skierowanie da mi tylko jeżeli poddam się badaniu. No problem, dziadek! Szybkie przejście do pokoiku obok, a tam już nawet nie było koziołka tylko sama kozetka z usg. Ale też mi badanie... Dziadek przyszedł, popatrzył, pokazał serduszko. Ocenił wiek ciąży, zapisał mi witaminy i wysłał na badania :-D Nie powiedział nic, NIC więcej. Ani że wszystko w porządku, ani czy dobrze się czuję. No, mojej ciąży to on na pewno prowadzić nie będzie. Wchodząc do jego gabinetu wsiada się chyba na jakiś taśmociąg produkcyjny... 
Punkt pobrania krwi okazał się jeszcze ciekawszy :-D zagospodarowano na niego końcówkę korytarza. Ludzie czekają przed szklanymi drzwiami, aż wyświetli się ich numerek. A za drzwiami pod jedną ścianą wydzielono kabiny poodgradzane firankami. Przy każdej osobny wyświetlacz z numerkiem pacjenta. W każdej kabinie siedzą dwie pielęgniarki i pobierają krew. Oglądałyście pierwszą część "Uprowadzonej" z Liamem Neesonem? Pamiętacie ten burdel w przyczepie dla pracowników budowy? Tak mi się właśnie skojarzyło :-D Przepustowość takiego przybytku jest doprawdy niesamowita. W 5 minut obsłużono chyba z 30 osób :-) Moja pielęgniarka na szczęście ubrała rękawiczkę (sztuk jeden), ale jej koleżanka obok już nie :-( Pobierając krew jednak tak mi rozorała przedramię, że chyba nigdy krew tak nie sikała mi po pobraniu. Dalej pobiegliśmy oddać siuśki. Dostałam pojemniczek i do kibelka. Kolejka kobiet z pojemniczkami, że ho ho... Dorwałam pierwszej lepszej kabiny, która okazała się być tą dla niepełnosprawnych. Drzwi niestety okazały się nie zamykać. Trzymając jedną ręką drzwi, nie sięgałam do sedesu. Druga ręka wciąż krwawiła. I jeszcze pośpiech by laboratorium nie zamknęli na lunch break. Nie będę opisywać jakie akrobacje tam wyczyniałam, powiem tylko, że gdy mąż mnie zobaczył po wyjściu z toalety chciał od razu hospitalizować mnie u pielęgniarek :-D Wszystko udało się jednak zrobić na czas. 

Wyniki wyszły bardzo dobrze, mam przeciwciała WZW B, więc upewniłam się tylko, że tej szczepionki przyjąć nie muszę. Jedyne zaskoczenie to brak odporności na różyczkę. Byłam w końcu szczepiona, tak jak wszystkie dzieci w Polsce, chorobę też przeszłam. Nie będę się jednak tym przejmować, bo raczej nie mam kontaktu z chorymi na różyczkę. Kiedyś tam będzie trzeba sobie tą szczepionkę odświeżyć. 

Bonusowo po wizycie w szpitalu dopadło mnie przeziębienie. Czy ja wspominałam, że nienawidzę szpitali?

sobota, 1 marca 2014

Szczepienia w ciąży?

Wczoraj widziałam się ze sławetną pielęgniarką. Kurczę, mam do niej mieszane uczucia, bo kobiecina jest naprawdę przemiła. Mam nadzieję, że gdy zwrócę jej uwagę w kwestii rękawiczek nie obrazi się na mnie jak to Turcy mają często w zwyczaju. Założyła mi swoją własną kartę ciąży i tutaj faktycznie zostałam przepytana we wszystkie strony, łącznie z tym czy ciąża była planowana i jak długo zamierzam karmić dziecko piersią :-) Poza tym zostałam zważona, zmierzona, zmierzono mi też ciśnienie (ciut wysokie :-( ale kobiety w ciąży nie mają czasem podwyższonego?). Wyniki morfologii wyszły bardzo dobre, poziom cukru w normie, co bardzo mnie ucieszyło. Na karcie wyniku zaniepokoiła mnie jedynie jedna wartość, którą przekroczyłam o aż 35 jednostek, zostałam jednak uspokojona, że to "dobry cholesterol". Ogólnie wizytę oceniam na bardzo udaną, została mi poświęcona wystarczająca uwaga, nikt się nie spieszył. Pielęgniarka zaskoczyła mnie jednak zapowiedzią szczepienia przeciwko tężcowi. W Turcji ponoć standardowo takie badanie wykonuje się po 16. t.c. Ma to mnie i dziecko zabezpieczyć przed m.in. zarażeniem w szpitalu, w szczególności gdybym miała mieć cesarkę. Przyznam, że bardzo się zdziwiłam i od razu wytłumaczyłam, że w Polsce nie szczepi się kobiet w ciąży o ile nie zajdzie nagła potrzeba. W domu wyczytałam, że oprócz szczepionki przeciwko tężcowi podaje się tu też szczepionkę przeciwko grypie i żółtaczce typu B. Ta szczepionka przeciwko tężcowi powinna być odnawiana co 10 lat, ja ostatnio byłam szczepiona w 19. roku życia. Teoretycznie powinna być ona u mnie skuteczna jeszcze przez rok czasu. Jestem w kropce. Od razu uruchomiłam gorącą linię z mamą, która niewiele czekając też złapała za telefon i skontaktowała się z naszym polskim ginekologiem. Spodziewałam się, że zdecydowanie odradzi mi jakichkolwiek szczepień w czasie ciąży, a tymczasem powiedział, że szczepienia te nie są niebezpieczne dla zdrowia matki ani dziecka, choć faktycznie w Polsce jest nagonka by żadnych szczepionek ciężarnym nie podawać. Oprócz tego oczywiście przewertowałam internet, ale opinia na temat szczepień w ciąży jest tu zazwyczaj jedna - nie robić. Myślę, że raczej nie poddam się żadnemu szczepieniu. Zbyt bardzo bałabym się o swoje maleństwo. Szczepionkę na grypę od razu skreśliłam z listy, bo jestem dość odporna i mało spędzam czasu w miejscach publicznych, w których miałabym większy kontakt z ludźmi chorymi. W przyszłym tygodniu postaram się zrobić badanie na przeciwciała WZW typu B, jeżeli wynik wyjdzie pozytywnie to już naprawdę nie widzę potrzeby szczepić się w tym kierunku. Największe wątpliwości mam co do tężca, bo przecież nie mogę wiedzieć czy dane będzie mi rodzić naturalnie czy nie. Myślę jednak (i mam taką nadzieję), że w przypadku cesarek wszystkie narzędzia się odpowiednio sterylizuje... Posłucham chyba swojej intuicji, a ta wyraźnie mówi mi, żeby nie dać się szczepić. Oj, ciężka jest dola ciężarnej na obczyźnie...