piątek, 29 kwietnia 2016

19!

Uwierzycie, że tyle właśnie kończy dzisiaj nasza Laurencja?
Ja nie wierzę. Dziecko mi rośnie jak na drożdżach, a dla mnie to wciąż takie małe i nieporadne... I uzależnione ode mnie w 100% choć z pewnością tak nie jest. 

19. miesiąc życia naszej córci minął nam głównie pod hasłem chorób więc ciekawie nie było. Laura zdążyła się niesamowicie wynudzić. Żal mi jej było okropnie, gdy codziennie rano maszerowała na korytarz i paluszkiem pokazywała na swoją kurtkę albo przynosiła mi buty sprawdzając czy tego dnia pojedziemy do niani. Niestety tyle razy musiałam ją z tego korytarza zawrócić i szybko zająć jakąś zabawą, bo córcia moja była mocno niepocieszona. 

Laura jest zakochana w żłobkowych paniach i dzieciach. Gdy ją odbieram, często przytula się do swojej opiekunki, posyła jej buziaczki, muszę czekać aż się pożegnają. Cieszę się z tego ogromnie, bo oczywiście przełom, który czeka nas już wkrótce, gdy pójdę do pracy rośnie mi mocno w oczach. Przede wszystkim pytanie o to, jakim cudem uda się pani Ani położyć Laurę na drzemkę beze mnie, czyli bez cycusia nie daje mi spokoju. Wyboru jednak za bardzo nie mam, a dopóki nie spróbujemy to niczego się nie dowiemy. Laura obserwuje uważnie zachowanie innych dzieci, liczę więc po cichu na to, że i w przypadku spania nie będzie chciała się wyłamać ;)

Przez tak częste pobyty w domu, Laura rozwinęła się w domowych zabawach. Lego nie są już dla niej żadnym wyzwaniem, swobodnie łączy wszystkie elementy. Najbardziej lubi bawić się figurkami, które ustawia w różnych konfiguracjach na meblach. Poza tym wciąż na tapecie są misie choć już ich tak nie karmi, a raczej przytula i buja na osiołku na biegunach. Ten ostatni to zdecydowanie hero ostatniego miesiąca. Gdy dostała go na Boże Narodzenie nie wzbudzał jej dużego zainteresowania. Teraz jest w ciągłym użytku. Przełom nastąpił, gdy nauczyła się sama na niego wsiadać. Od tego czasu co chwilę jest ujeżdżany, głaskany, całowany, Laura siedząc na nim ogląda bajki i (ku mojej zgrozie) zjada obiadki. Już się martwię co zrobimy bez osła przez dwa tygodnie w Turcji ;)

Poza tym bajki... Nie mogę wyjść z podziwu z jaką uwagą Laura je ogląda i jak długo potrafi się na nich skupić. I to już nie jest takie nieświadome gapienie się w telewizor. Laura zdaje się naprawdę wiele rozumieć. Śmieje się w głos w niektórych momentach, a najczęściej są to sytuacje, w których zaangażowane są zwierzęta. Gdy na ekranie pojawia się Kraksa z Księżniczki Zosi Laura od razu zaczyna rechotać ;) A rechocze przekomicznie, takim rubasznym śmiechem, wyuczonym najpewniej w żłobku :) 

Córcia moja w ogóle robi się całkiem muzykalna :) Uwielbia telewizyjne przeboje. Gdy tylko usłyszy pierwsze tony piosenki rozpoczynającej Lwią Straż, od razu kręci kuperkiem. A w samochodzie, w drodze do żłobka, wyobraźcie sobie, że wpatrzona marzycielskim wzrokiem w okno PODŚPIEWUJE SOBIE :)))) Lubi też tańczyć z tatą w parze i gdy już dostanie się do niego na ręce nieustannie krzyczy "mama! mama!" każąc mi patrzeć na te wygibasy :)

Oprócz kilku mocno kryzysowych dni, w tym miesiącu całkiem nieźle dopisywał jej apetyt. Zdecydowanie jednak jej ulubionym posiłkiem są zupy, które dostaje po swojej drzemce. Wreszcie zaczęła zjadać coś więcej niż tylko zupę jogurtową i pomidorówkę. Teraz już się nie ograniczam w wyborze warzyw, jadę z żółtymi, zielonymi i Laura wszystko zjada. Tak, jej awersja do zielonego na talerzu, na razie w formie płynnej, się skończyła :] Gorzej natomiast jest z obiadokolacją, która zjadamy, gdy H. wraca do domu. Mięsa Laura absolutnie nie ruszy. Kurczaka już jej odpuściłam, ale próbowałam kilkakrotnie odrobinę mielonego zakamuflować w ryżu, ale dooopa. Laura jest jak radar i natychmiast wyczuwa takie moje przekręty. A wtedy trzeba szybko interweniować, bo zaczynają latać talerze. Najczęściej więc kończy się na frytkach, suchym makaronie (z sosem nie ruszy) albo ryżu. Z tym ostatnim mogę trochę pokombinować, bo tu nie ma problemu by był z jakimś sosem. Największy problem jednak zdecydowanie mamy rano, bo już nie wiem zupełnie co przygotowywać jej na śniadanie. Do tej pory zjadała ze mną chlebek z dżemem lub miodem, ale w pewnym momencie (który trwa do dziś) Laura zamiast zjadać chleb zaczęła mazać paluchem po omaście i tyle było z jedzenia. Kaszki są ble, jajo w każdej postaci podwójne ble. Czasem zje trochę owsianki, raz poskubie troszkę kaszkę manną, czasem zje chlebek Wasa. Ale to wszystko to jest dosłowne skubanie, a nie jedzenie. Zawsze kończy się na tym, że odwożę ją do żłobka z wrażeniem, że jest głodna. No, ale jeść nie chce, czasem pochrupie coś jeszcze w samochodzie i chociaż szlag mnie trafia na ilość kruszonek i niezjedzonych kanapek wyrzuconych gdzie popadnie w aucie to jednak pozwalam jej dalej na tą konsumpcję licząc na to, że chociaż coś przekąsi! 

No i nasz (mój) największy problem żywieniowy minionego miesiąca: CYC. Matko Bosko, ja wiem, wiem, że nie powinnam się spinać, ale jednak szlag mnie trochę trafia, gdy moje ponad 1,5 roczne dziecko czasem co 30 minut lub mniej potrafi przyjść do mnie i domagać się cyca. A jak nie dostanie to jest taaaaki wrzask, że w uszach mi dzwoni. Staram się być nieustępliwa i próbuję zająć ją wtedy czymś innym, ale nie zawsze się udaje. Laura to cycusiowy nałóg. Taki przypadek.

Z innych umiejętności mamy jeszcze buziaczki :) Taaak, Laura nauczyła się posyłać buziaczki i to z głośnym cmoknięciem i bardzo się cieszy, gdy się takimi buziaczkami wymieniamy :) Jest przy tym przesłodka, po prostu miodzio. 

Od jakiegoś czasu trwa jej miłość do taty. Tata po powrocie z pracy jest nieodstępowany na krok. Laura chce się z nim bawić, przytula się do niego, musi siedzieć zaraz obok, kładzie kopytka na jego nodze. Kontakt musi być. Fajnie, cieszę się :) Zawsze w tym czasie mogę sobie paznkocie pomalować ;)

No i to by było na tyle z naszego podsumowania. Moje pobożne życzenie na kolejny miesiąc pozostaje jednak niezmienne: Córciu kochana, zacznij wreszcie przesypiać noce! No dobra, chociaż pół!




poniedziałek, 25 kwietnia 2016

Niestety to nie koniec

Dziewczyny, straciłam zupełnie wszelką wenę. A to dlatego, że wciąż musiałabym pisać o tym samym - choroby. Taaaak... niestety na ostatnim przeziębieniu się nie skończyło :S Cztery dni w żłobku i zabawa zaczęła się od nowa. Laura poszła w czwartek na drzemkę zdrowa, a obudziła się chora. Czy tylko mnie wydaje się to tak absurdalne????

Tym razem było jeszcze gorzej - temperatura 39, duszący kaszel, wymioty, normalnie cud miód orzeszki. Lekarz stwierdził zapalenie krtani i po krótkiej konsultacji ze mną przepisał antybiotyk. Czyli mamy kolejny pierwszy raz za nami. Na cały weekend zostaliśmy uwięzieni w domu choć pogoda była naprawdę piękna. Pół piątku przespała, ale już w sobotę poczuła się znacznie lepiej. Niestety wynudziła na maksa, wczoraj już nie wiedziała co ze sobą zrobić, bo wreszcie wróciły siły do zabawy, ale tak samej to już nie tak fajnie jak kiedyś :)

Dziś idziemy na wizytę kontrolną i mam nadzieję, że dostaniemy pozwolenie na powrót do żłobka.


Jakby tego było mało ja też walczę z przeziębieniem. Mam dużą wolę walki i tak już od ponad tygodnia jeden dzień czuję się lepiej, drugi gorzej, ale nie odpuszczam. Coraz bardziej marzę o tych dwóch tygodniach w Turcji, w której mam nadzieję się wygrzać i wrócić do wreszcie ciepłej Polski (insallah!). 

piątek, 15 kwietnia 2016

No i znowu trochę marudnie

Wiem, wiem, za wiele mnie tu ostatnio nie ma. Ale złapałam jakiegoś takiego doła. Chorobowego. Nie pamiętam, żeby w naszym domu było tyle chorób, przeziębień, katarów, bolących gardeł i innych syfów ile się przewinęło od tej zimy. Ja jeszcze jakoś się trzymam, ale Laura ze swoim tatą prowadzą chyba jakąś rywalizację na to, kto zaliczy więcej infekcji... Nie dalej jak w poniedziałek, podczas gdy spokojnie pakowałam swój plecak do siłowni, zwróciłam uwagę na niepokojąco często kichającą Laurę. A wraz z kichaniem... glut do pasa. Taaaa... przerwa od poprzedniej choroby wyniosła całe... 2 tygodnie! Nie pytajcie, szlag mnie trafił po prostu. Na pogodę, na słabą odporność mojego dziecka, na mamy posyłające zasmarkane dzieci do żłobka i na nianię wyprowadzające je do ogrodu w paskudną zimno-deszczową pogodę. No, ale radzić sobie musimy toteż od do wczoraj włącznie zamiast śmigać w siłowni wykorzystując ostatnie dni przed rozpoczęciem pracy, siedziałam w domu z dzieckiem wycierając co chwilę zmaltretowany nosek. Laury było tak okropnie żal... Nochal czerwony, leje się z niego strumieniem. Dziecko wymęczone, znowu kiepsko sypia. Po prostu dramacik. No i ok, może zbyt agresywnie zareagowałam, może nie powinnam tak szybko i sama, ale zdesperowana podałam jej lekarstwo przepisane poprzednio przez pediatrę, czyli Bactrim. Dobrą stroną na pewno jest to, że pomogło naprawdę szybko i dzisiaj Laurencja mogła pomaszerować do żłobka.

Ale tak przy okazji tego dramaciku zaczęłam się już martwić jak będziemy sobie z tym wszystkim radzić, gdy ruszę z pracą. Bo na razie, gdy widzę u Laury cieknący nos, wysyłam do niani sms, że nas dzisiaj nie będzie i skupiam się na dziecku. Z tym, że przy całej swojej elastyczności i wyrozumiałości mój pracodawca raczej nie będzie przychylnie patrzył na zwolnienia z taką częstotliwością... Dlatego już wiem, że oprócz naszej żłobkowej niani, potrzebujemy też nianię zastępczą. Taką, która zaopiekuje się Laurą w razie choroby. Z tym, że hmmm... nasza niania mnie dzisiaj podsumowała, że się za bardzo cackam... Trochę mnie tym zirytowała, ale z drugiej strony (oprócz komfortu mojego dziecka) co z tego, że ja zasmarkaną Laurę zatrzymuję w domu skoro inne mamy posyłają swoje przeziębione pociechy do żłobka? No może niewiele, ale jednak wierzę, że na najlepiej wytrę jej czerwony nosek ;) No powiedzcie, czy ja przesadzam? Żal mi serce ściska na myśl, że Laura przeziębiona miałaby siedzieć w żłobku 8 godzin. Chociaż może źle do tego podchodzę, Laura to przecież dziecko. Nie położy się do łóżka w ciszy by odpocząć, tylko będzie marudzić, ale jednak się bawić.




Zastępczą nianię tak czy inaczej jednak potrzebujemy, bo w sierpniu nasze żłobkowe panie robią sobie miesiąc urlopu, a rodzice mają sobie radzić sami. Zajebiście, nie? Z chęcią wysłałabym Laurę do dziadków, ale ten no... cycek niestety musiałby zostać. Moi rodzice wciąż pracują więc nie ma takiej możliwości by przyjechali do nas na ten czas. Kilka dni na pewno będą mogli nam pomóc, ale na pewno nie cały miesiąc. No więc niania to nasz must have i już zaczynam się rozglądać, pani Ania też ma mi kogoś polecić, ale już widzę, że koszt tego luksusu wyniesie nas tyle ile opieka u pani Ani w tym wymiarze x2 lub więcej. No więc, jak widzicie, same plusy sytuacji....

Z jaśniejszych punktów naszej najbliższej przyszłości jawi się majowy urlop H., który zamierzamy wykorzystać na odwiedziny tureckich dziadków. Wszyscy stęskniliśmy się za Turcją i nie możemy się doczekać. Gdyby tylko udało się jakoś ominąć tą podróż...  Lot mamy z Berlina, czyli czeka nas całodniowa podróż. Ciekawa jestem jak Laurencja zniesie lot, bo tego, że nie wysiedzi już te 3 godzinki u nas na kolanach jestem więcej niż pewna :-] Poza tym czuję lekki stres w związku z wylotem z Berlina właśnie. Cóż, w takich czasach przyszło nam żyć, że nigdzie nie można czuć się bezpiecznie. W Polsce jeszcze jest ok, bo chyba wciąż za mało na świecie znaczymy, ale już taki Berlin nz chwilę obecną wydaje mi się naprawdę niebezpiecznym miejscem. Odetchnę dopiero w Turcji, bo tak, możecie się dziwić, ale tam będę czuła się o wiele bezpieczniej. Pewnie byłoby inaczej gdybyśmy lecieli do Stambułu lub Ankary, ale na południowym wybrzeżu jest spokojnie, także gdybyście rozważały wakacje to polecam ;-)

Co jeszcze? Laura ukochała osła na biegunach. Wreszcie nauczyła się sama na niego wchodzić i schodzić i skończyło się nasze asekurowanie setnego dosiadania bujaka. Laura siedząc na nim ogląda bajki, zjada obiad, bawi się innymi zabawkami, generalnie multi-task ;) Oczywiście nie zapomina o jego potrzebach żywieniowych i w trakcie bujania potrafi przechylić się do przodu by celując do pyska łyżeczką lub butelką dokarmić zwierzaka :)




Poza tym wszystkim tęsknię za wiosną. Ale taką ciepłą. Wiem, że kwiecień-plecień ale tego przeplatania mam już serdecznie dosyć. Nie wiem czy tak wygląda wiosna we Wrocławiu, ale jeśli przyjdzie spędzić mi tu kolejną to na pewno zainwestuję w kalosze. Jednego dnia słońce, drugiego deszcz. Trzeciego deszcz, czwartego ulewa, piątego słońce. Przy tym deszczu robi się tak nieprzyjemnie zimno, że ostatnio rozważaliśmy odpalenie elektrycznego grzejnika, gdy kaloryfer po godzinie grzania był ledwo letni. No tak, koniec sezonu grzewczego, ale u nas ziiiiimno! A mamy połowę kwietnia!

piątek, 8 kwietnia 2016

Stuk puk!

Stuk puk... i oto w tym tygodniu stuknęła mi trzydziestka :-]

Jak się czuję?

Hmm... trochę dziwnie, ale powtarzam sobie w duchu, że trzeba wyluzować, bo taka kolej rzeczy chociaż jeszcze bardziej mi dziwnie, gdy pomyślę, że dobiłam do wieku Bridget Jones ;-) Jestem jednak w zdecydownie lepszej sytuacji niż ona ;-)) Lista zadań do wykonania przed trzydziestką mniej więcej wykonana. Najważniejszym punktem z pewnością było skombinowanie Laurencji i oto jest :)

W sumie, gdy tak się głębiej zastanowię to nie stresuję się trzydziestką minioną, tylko tą, która jest przede mną. I tutaj odczuwam większe ciśnienie by ją dobrze przeżyć.

Przede wszystkim dom. Nasz własny, na stałe, zrobiony po naszemu. Koniec perspektyw kolejnych przeprowadzek. Odnalezienie naszego miejsca. Takiego, w którym cała nasza trójka będzie się dobrze czuła - to jest teraz mój priorytet i takie właśnie życzenie wypowiadałam zdmuchając świeczki na urodzinowym torcie.

Poza tym praca. Tu akurat dobrze rozpoczęłam moje drugie trzydziestolecie :) Dzień po moich urodzinach dostałam wiadomość, że zostałam przyjęta do pracy. Oczywiście na początku targało mną milion emocji i obaw, przede wszystkim tych związanych z Laurą, ale teraz, gdy już ochłonęłam widzę zdecydowanie więcej pozytywnych stron. Laura u niani naprawdę dobrze się czuje, a mój przyszły pracodawca jest dość elastyczny w temacie godzin pracy i jej miejsca. Myślę, że uda mi się to wszystko pogodzić. Wyrzuty sumienia związane z Laurą uspokajam myślą, że jej pobyt u niani wydłuży się tak naprawdę tylko o południową drzemkę i zjedzenie obiadu. Wierzę, że jakoś to przeżyjemy. A nasz domowy budżet zdecydowanie się poprawi. Zaczynam w czerwcu, mamy więc trochę czasu by jakoś się na nowo zorganizować.

Dziś jeszcze zjadam urodzinowy tort i wspominam te lata z "2" na przodzie :) Czas leci nieubłaganie szybko, ale chyba nieśmiało mogę nazwać się szczęściarą. Jesteśmy zdrowi, kochamy się, mamy cudowną córeczkę. Zanim się urodziła zaliczyliśmy kilka mniejszych i większych wojaży, w planach mamy kolejne. Do pełni szczęścia brakuje tylko uwicie docelowego gniazdka :)

Dziewczyny, dziękuję Wam za życzenia. Facebook - niesamowicie przydatna rzecz. Nie tylko przypomina o urodzinach znajomych, ale też o przyjaźniach, które umarły śmiercią naturalną. Bo co za sens mieć na liście znajomych setki osób skoro na tak błahą rzecz jak złożenie urodzinowych życzeń stać tylko kilkudziesieciu? Od czasu do czasu robię czystki na swojej liście i teraz czuję, że przyszedł czas na zrobienie kolejnej. Czy jest mi przykro? Absolutnie nie! To normalne, że przyjaźnie się kończą, znajomości rozjeżdżają, pojawiają nowe. Lajf. 


Najważniejszych w moim życiu mam tuż obok i to jest prawdziwe szczęście.




poniedziałek, 4 kwietnia 2016

18!

Taki ważny post, a jednak nie udało mi się napisać go w czasie :S Nie mogę uwierzyć, że nasz Orzeszek ma już 1,5 roku! Matko Bosko, kiedy to zleciałoooo???

Ale do brzegu. 

Laura zmienia się naprawdę codziennie. Codziennie zauważamy coś nowego i często bywa tak, że Laura ni z gruszki ni z pietruszki wyskakuje z czymś nowym, a my zbieramy szczęki z podłogi.

W tym miesiącu na pierwszym miejscu jest przede wszystkim rozwój intelektualny naszego Bączka. Mówię Wam, jaka z niej mądra bestia! Doskonale wie, na którym stanowisku w garażu stoi nasze auto i idzie prosto do niego. Podobnie gdy wracamy do mieszkania. Na korytarzu podchodzi prosto pod nasze drzwi. Bierze klucze i próbuje sięgnąć do zamka :) W windzie naciska wszystkie guziki i śmieje się w głos, gdy zadzwoni alarm :)

Próbuje sama włożyć stópki w swoje buciki. Zresztą nie tylko w swoje :) Ostatnio przymaszerowała do salonu w moich butach z siłowni, ubrała też trapery H. ale już ruszyć w nich nie mogła, bo ważą chyba więcej niż ona ;-)


Maszerując do niani
 Wciąż najbardziej lubi bawić się klockami Lego. Nie ma już problemu z precyzją, łączy klocki niemal zupełnie bez trudności. Największą jej miłością cieszą się wciąż ludziki Duplo. No i kubeczki z FP. Zauważyłam też, że cichaczem wlewa sobie do nich mleko lub herbatkę z butelki i wypija jak ze szklanki :D Bardzo polubiła zestaw dziecięcy stół + krzesło, który jej w tym miesiącu kupiliśmy. Laura nie ma jeszcze swojego pokoju, ale w salonie zagospodarowałam jej własny kącik wokół ulunionego progu drzwi balkonowych. Obiadki Laura zawsze zjada przy tym stoliku. Oczywiście w czasie jedzenie zsiada i wsiada na krzesełko pierdyliard razy, ale miejsce musi być to, nie inne. Niestety w chwilach naszej nieuwagi wchodzi sama na krzesełki i staje na nim, a gdy to zauważymy natychmiast macha paluszkiem pokazując "oj, oj". To "oj, oj" to szkoła polskiej babci :) Laura jest przy tym niesamowicie rozbrajająca. Dzisiaj, gdy wróciłam z łazienki Laura stała grzecznie na podłodze, ale pokazała mi "oj, oj" czyli coś musiało być na rzeczy, ale matce pozostaje tylko domyślać się co ;-)

Na swoim krzesełku Laura sadza wszystkie misie, które potem są karmione. Zakładamy im też czapki i szaliki :) Generalnie misie cieszą się ostatnio niesamowitym powodzeniem. Wcześniej Laura ich prawie nie zauważała, a teraz wciąż są w użyciu, w szczególności ten największy.



Skoro jestem już przy rozmiarach... ostatnio będąc u lekarza miałam okazję zważyć Laurencję. Dobiłyśmy do 10,5 kg. Niby niewiele, ale Laura naprawdę zdrowo wygląda, taka jej uroda :) Chociaż apetyt znowu ma znacznie słabszy. Na śniadanie zjada już tylko suche pieczywko typu Wasa. Wcześniej wypijała całą butlę mleka i podjadała jeszcze chlebek z miodem. Teraz na butelkę nie chce nawet patrzeć, a chlebem tylko się bawi doprowadzając mnie do szału, bo smaruje wszystko miodem. Kaszki są ble, chleb ble, mleko ble, nawet frytki jakby już nie robiły takiej furory :( Najchętniej jeszcze zjada zupki, ale repertuar mamy naprawdę niewielki - jogurtowa i pomidorowa to te ulubione. Wcześniej zjadała jeszcze z soczewiczy zielonej i czerwonej - teraz już bez większego entuzjazmu. Wczoraj ugotowałam jej krem z warzyw, ale na moje nieszczęście po zblendowaniu wyszedł zielony, a Laura jak tylko widzi coś zielonego na talerzu to robi minę jakby miała hafta puścić. Jakoś udało mi się zmusić ją do spróbowania i o dziwo jej zasmakowało, ale musiałybyście widzieć jak się krzywiła na zbliżającą się łyżkę :) Jedyne zielone co Laurencja toleruje i, ba, uwielbia, to konserwowe oliwki. Tak, te najzwyklejsze z papryczką w środku. Zajada je tak, że aż uszy jej się trzęsą.

 Sypia wciąż beznadziejnie. Tu nie ma żadnych zmian :(((((( Gdy jest już bardzo źle, zarzekam się, że odstawię ją od piersi, ale ciężki jest to u nas temat :( Laura ostatnio domaga się piersi jeszcze częściej, w szczególności teraz gdy zaczęła odmawiać butelki z mm. Zwalam to na wciąż wychodzące trójki, ale naprawdę mam już dosyć. Marzę o spokojnej nocy, o nowych stanikach bez opcji karmika... 


Laurencja w ferworze pracy - wydając śniadanie dla misiów
Wracając do laurencjowych umiejętności, do słowniczka doszło nam CHYBA "bu" (tur. to" i "ver" (tur. daj"). Ręki jednak odciąć sobie nie dam, bo Laura mówi to tak niewyraźnie, że nie wiem czy na pewno o to jej chodzi. Widzę jednak, że na razie jednak szybciej reaguje na turecki, ale to pewnie dlatego, że czasowniki w trybie rozkazującym są w tym języku znacznie krótsze.

Poza tym, jesteśmy pod wrażeniem jak przy tak niewielkim zasobie słów świetnie potrafi wyrazić o co jej chodzi. Pokazując nam coś wydaje z siebie tak jednoznaczne dźwięki, że nie mamy najmniejszej wątpliwości czego Laurencja oczekuje. Przychodzi do mnie z moją komórką i mi ją podaje, a potem czeka aż włączę jej grę. Idzie na korytarz, ubiera swoją czapkę i pokazuje na wózek, gdy chce iść na spacer. Najfajniej jednak pokazuje, że chce cycusia - przychodzi do mnie na kolana, a potem siup kładzie się na bok i łapie za mój dekolt :) Z jednej strony mnie to rozczula, z drugiej irytuje :-]

Laura pięknie się rozwija. To niesamowite obserwować jak szybko się zmienia. 

Rośnij zdrowo, nasz Orzeszku :-*