piątek, 26 września 2014

Moja jesień

Na czytanych przeze mnie blogach same jesienne klimaty. Do nas jesień zagląda bardzo nieśmiało, mamy dopiero pierwsze jej oznaki. Temperatury wciąż utrzymują się w przedziale 27-32 stopnie. Jesień czuć dopiero wieczorami i nocą, gdy jest już przyjemnie chłodno i czasem z przyjemnością zarzucam sobie na plecy poszewkę kołdry (na kołdrę jeszcze poczekamy :)). 

W Turcji oczywiście nie ma nic takiego jak piękna, złota jesień. Tutaj jesień objawia się przede wszystkim deszczami. Te jednak do nas, na południe, jeszcze nie dotarły, choć w telewizji oglądamy prognozy ulew dla całej północnej Turcji. Nad Morzem Czarnym mamy nawet powódź. 

U nas na razie nie spadła jeszcze ani kropelka. Jedynie niebo częściej bywa zachmurzone. Z racji, że pogoda niewiele się zmieniła, nie ma też typowo jesiennych klimatów typu dyniowe wypieki i grzybobranie. Turcja jednak przygotowuje się do jesieni na swój własny sposób.

Koniec lata i początek jesieni to tutaj przede wszystkim czas przygotowywania domowych przetworów i suszenia warzyw. Z tych pierwszych najważniejszą jest królowa tureckiej kuchni, która nazywa się salça. Jest to bardzo gęsty i esencjonalny przecier pomidorowy lub paprykowy, który każda szanująca się turecka gospodyni domowa przygotowuje sama. Pomidory obiera się ze skórek, drobno kroi i bardzo długo smaży na małym ogniu, na wsiach często na paleniskach w wielkich garach. Salça jest w smaku bardzo słona. Dodaje się ją do większości tureckich dań.

Jak wszystko bez wyjątku, smażenie salcy lepiej idzie Turkom w grupie 

Poza tym wszędzie widać girlandy suszonych warzyw - papryk zielonych i czerwonych, wydrążonych bakłażanów, fasoli, pomidorów. Zimą takie suszone warzywa się lekko odgotowuje i są gotowe do użycia. Suszoną paprykę, w szczególności te małe, które najczęściej są bardzo ostre, ściera się też na tarce.

Papryka babci mojego męża

I fasolka
Poza tym robi się też domowy makaron i suszy bulgur. 


Bulgur to rodzaj kaszy z pszenicy durum, podobno zresztą bardzo zdrowy. Kasza ta jest bardzo popularna w Turcji jak i na całym Bliskim Wschodzie.


Pszenicę najpierw się gotuje, potem suszy na słońcu. W obróbce przemysłowej po wysuszeniu kaszę się rozdrabnia i usuwa otręby. W produkcji domowej ten etap jest często pomijany.


Bulgur jest podobno bardzo niskokaloryczny, a jednocześnie zawiera bardzo dużo błonnika, magnezu, żelaza, fosforu i kwasu foliowego. Ogólnie samo zdrowie. Jest też bardzo smaczny. Przygotowuje się go na różne sposoby, ale jako zamiennik ryżu gotuje się go w osolonej wodzie z masłem, czasem dodając właśnie salcę. Będąc ostatnio w Polsce widziałam go w Piotrze i Pawle w dziale z żywnością ekologiczną.

A oto moje skromne przygotowania do zimy wywołane trochę wyrzutami sumienia :)


Krzaczek papryki dostałam w prezencie od mężowej babci. Jest to papryczka chilli, normalnie ogień w ustach. Ja nie jestem w stanie jej zjeść. H. podjada, gdy papryczki są jeszcze młodziutkie - wtedy też nie są aż tak ostre. Ale im większe, i co gorsze, czerwieńsze, ich ostrość osiąga katastrofalne dla naszego przełyku stopnie.

Żal mi jednak ich było, więc pozrywałam i suszę. Zetrę je chyba na tarce, bo w postaci przyprawy będę mogła wykorzystać je w kuchni. Z takich ostrych papryczek robi się też kiszonkę, ale u nas w domu nikt takich ostrych rzeczy nie je.


czwartek, 25 września 2014

No to dzisiaj świeci słońce

Świeci w mojej duszy, bo na niebie codziennie, bez zmian.

Na ratunek moim rozterkom przyszła... teściowa :) H. podzielił się z nią wczoraj naszymi kłopotami z doktorkiem, czego pewnie nie zrobiłby, gdybym o takim jego zamiarze wcześniej wiedziała. Ale pojechał sam, porozmawiał, wysłuchał matczynej rady i wrócił do domu z przekonaniem, że powinniśmy z doktorka jednak zrezygnować i skombinować innego lekarza. Innego, tj. pani ginekolog Ayşe, która kiedyś tam poratowała nas, gdy nie mogliśmy doczekać się swojej kolejki do NST. 

Przyznam, że gdy usłyszałam taką wersję od H., utwierdziłam się w przekonaniu, że tego właśnie chcę, że to będzie dla nas bodajże najlepsze rozwiązanie. Niewiele czekając, zaklepaliśmy sobie wizytę do niej na dzisiaj rano w celu omówienia szczegółów i sprawdzenia, czy w ogóle się dogadamy. Gdyby się jednak nie udało, mieliśmy w zanadrzu wizytę u doktorka Aliego umówioną na jutro.

I tak, wybraliśmy się dzisiaj z rana do szpitala. Zauważyliśmy, że pani Ayşe ma 1) o wiele mniej pacjentek od Aliego i 2) poświęca im zdecydowanie więcej czasu - każda pacjentka spędzała w jej gabinecie co najmniej 20 minut, co po masówce u Aliego było dla nas miłym zaskoczeniem.

Przed wejściem do gabinetu pobiegłam jeszcze na NST, podczas którego przykleiła się do mnie inna pacjentka, również podłączona do maszynki, która była w drugiej ciąży (pierwsza zakończona porodem siłami natury) i nie wiedziała co to jest epidural :S  - to tak tytułem podsumowania ogólnej wiedzy Turczynek o ciąży i porodzie.

Ale do brzegu.

Pani Ayşe ma dość surowy wyraz twarzy, więc nie wiedzieliśmy za bardzo czego się spodziewać. Okazało się jednak, że jest bardzo miłą osobą. Trochę się mną przejęła, że Ali zostawił mnie tak na lodzie i powiedziała, że nie ma najmniejszego problemu by kontynuować prowadzenie ciąży z nią. Wypytała mnie o przebieg ciąży, przejrzała wyniki badań. Patrząc na wyniki dzisiejszego NST stwierdziła, że mam już małe skurcze. Potem zaprosiła na USG i tutaj, oboje z H. zauważyliśmy, że jej sprzęt jest znacznie starszy od tego, którym posługiwał się Ali i kobiecina nie jest chyba tak biegła w jego obsłudze, albo nie wiem, po prostu daje sobie czas :) W każdym razie Ayşe uprzedziła, że na tym etapie ciąży pomiary mogą być dość niedokładne, bo dziecko ma mało miejsca i jest maksymalnie pozwijane. Po tym powiedziała, że według USG Laura waży 3900!!!! Hehhe, to chyba jednak niemożliwe by przytyła ponad 600g od poniedziałku :D Potem, uwaga uwaga, zapytała czy byłam badana ginekologicznie. Tak naprawdę użyła sformułowania "od dołu" :D :D :D Gdy powiedzieliśmy, że w Turcji w ciągu całej ciąży ani razu, zaprosiła mnie na fotel. Normalnie szok! Po badaniu stwierdziła, że wszystko jest w jak największym porządku, Laura w dobrej pozycji, moja budowa jak najbardziej ok, infekcji brak (to akurat stwierdziła po zapachu, sic!) wszystko nadaje się do porodu naturalnego. 

Zanim jeszcze uścisnęliśmy sobie ręce, poruszyliśmy temat obecności H. przy porodzie. Ayşe odpowiedziała, że do pełnego rozwarcia może sobie ze mną być, ale potem lepiej by wyszedł, bo nie będzie mógł znieść widoku jak cierpię. Spokojnie wytłumaczyliśmy swoje racje i ostatecznie, na moje zapewnienie, że jeżeli H. nie będzie mógł wytrzymać to po prostu wyjdzie i po upewnieniu się, że H, wie co go czeka, zgodziła się. Yuhuuu!!! Wreszcie otrzymałam jakąś konkretną odpowiedź, bez kręcenia, że będzie mógł ze mną być, ale od czasu do czasu będzie musiał wyjść jakie zaserwował nam Ali. 

W ogóle bardzo mi się spodobało, że to taka konkretna babka. Nie owija niczego w bawełnę, mówi wprost i dosadnie. No i się nie spieszy. Po ustaleniu, że H. będzie przy porodzie, dała nam mały wykład co się dzieje w czasie porodu i jak to wszystko działa. Nie powiedziała tego oficjalnie, ale jasne było, że celem tego wszystkiego jest uświadomienie H. Poradziła też, żeby sobie poczytał i pooglądał w internecie ;)

Nom. To mam nowego lekarza. Kolejna wizyta we wtorek, następna, jeśli dotrwamy, w piątek. Rozwarcia na razie nie mam, ale brzuch twardnieje mi coraz częściej, no i na NST niby wyszły te skurcze. Czekamy więc. Przyznam, że kamień spadł mi z serca i aż żałuję, że nie zdecydowaliśmy się na nią wcześniej. Wreszcie mamy coś ustalone, jest jakiś plan. Ayşe jest na miejscu, tzn. mieszka w mieście, w którym jest szpital, nigdzie nie wybiera się na święta, które przypadają właśnie na termin mojego porodu - zapewniła, że nie ma problemu, na pewno przyjedzie.

Z ostatecznych rad udzielonych przez Ayşe, mam się nie obżerać, jeść mało a często i najlepiej nie mięso, bo długo się je trawi. Idę więc przekąsić figę :) 


Sezon na figi przypada w Turcji na sierpień, ale wciąż jeszcze można je tu dostać. Mamy tu odmianę figi zielonej i fioletowej. Obydwie są bardzo smaczne. Fenomen tego owocu polega na tym, że smak figi świeżej i suszonej to niebo i ziemia. Zanim zaczęłam przyjeżdżać do Turcji w ogóle nie znałam smaku świeżej figi i byłam przekonana, że to nic ciekawego. A tymczasem figa okazała się pełnym zaskoczeniem. Świeża jest po prostu przepyszna!

środa, 24 września 2014

Czasem słońce, czasem deszcz

Mój humor w tej ciąży zmienia się jak w kalejdoskopie. Jeszcze kilka dni temu tryskałam energią i dobrym humorem, że oto moją ciążę można uznać za donoszoną, a dzisiaj targa mną mnóstwo wątpliwości, pytań, niepewnych. 

Ale od początku.

W ostatni dzień 38 tygodnia, który przypadał w niedzielę, zabrałam się aktywnie za przekonywanie Laury do wyjścia na tą stronę brzucha. Dzięki tej mobilizacji wszystkie okna w mieszkaniu błyszczą, firany pachną świeżością, a H. jest (chyba ;)) zaspokojony. Po tym wszystkim poszłam grzecznie spać czekając na rozwój akcji. O naiwności moja! Niestety nic takiego nie nastąpiło. Następnego dnia też nie. W poniedziałek pojechaliśmy na wizytę do doktorka. Najpierw zostaliśmy wysłani do radiologa, który dokładnie obmierzył nasze dziecię, sprawdził rozwój jej żył i stan łożyska. Stwierdził, że wszystko jest w idealnym porządku, a małej jest u mnie wygodnie i raczej nie szykuje się do rychłego wyjścia. Z rozbawieniem też zapowiedział, że na pewno przekroczy wagę 3600. 

Dalej przeszliśmy na test niestresowy, który robią tu po prostu zamiast KTG. Niestety maszynka żadnych skurczy nie odnotowała. 

Do doktorka znowu przyszło nam chwilę poczekać. Na USG ocenił wagę Laury na 3200g, a długość mojej szyjki.... na bliżej nieokreślone 2,5. Nieokreślone, bo Laura zasłaniała główką jej drugi koniec więc pomiar jest niedokładny. A te 2,5cm to było to, co pozostawało widoczne. Czyli na bliski poród się nie zanosi. 

Tymczasem doktorek w najbliższy piątek kończy swoją pracę w naszym szpitalu. Po tym, w następnym tygodniu będzie się starał o uzyskanie pozwolenia na otworzenie prywatnego gabinetu. Jeżeli mój poród nastąpiłby zanim uzyska pozwolenie, przyjedzie do naszego szpitala na starych zasadach, czyli niby nic się nie zmienia. Jedynie na wizyty do niego mielibyśmy jakieś 20km dalej. Jeżeli jednak pozwolenie uzyska, wciąż będzie mógł przyjechać do mojego porodu, ale jako lekarz z zewnątrz, a w związku z tym szpital obciąży nas wyższą opłatą za poród. Wyższą o jakiś 1000zł. Na koniec doktorek zakończył z uśmiechem, że może nas to w ogóle nie będzie dotyczyło - może urodzę do piątku.

Nom, z tak długą szyjką.

Nie muszę chyba pisać, że niezbyt ucieszyłam się na tą nowinę. Nie, żebyśmy tej kasy nie mieli, ale to znowu nieplanowany wydatek, a na chwilę obecną jesteśmy trochę na etapie zamrożenia zawodowego. To znaczy czekamy na narodziny dziecka i tak naprawdę na koniec roku by H. mógł zacząć rozglądać się za jakimiś propozycjami. Jedziemy na moich tłumaczeniach, ale z narodzinami Laury raczej nie będę mogła ich tyle przyjmować. 

Poza tym czuję się trochę oszukana. Przez całą ciążę jeździliśmy do tego szpitala, do jednego lekarza, który zostawia nas w kulminacyjnym momencie. I naraża na taki dodatkowy wydatek. 

Nie wiem zupełnie co robić. Z jednej strony myślę sobie, że nawet jeśli zafundujemy sobie Aliego, ten weźmie czynny udział w porodzie tak naprawdę na sam jego koniec. W sumie nie robi mi dużej różnicy czy dziecko wyciągnie ze mnie on czy inny lekarz. Z drugiej strony jednak gdybyśmy przeszli do innego lekarza, trzeba by wszystko uzgadniać z nim od nowa - przede wszystkim myślę tutaj o kwestii obecności H. przy porodzie. Nie wiadomo, czy ten nowy lekarz by się zgodził, a z Alim niby wszystko mamy zaklepane. 

Wszystkie te rozterki spowodowały, że wpadłam w jednego wielkiego doła. Wczorajszy dzień zaliczam do płaczliwo-krzykliwych. 

H. twierdzi, że powinniśmy trzymać się Aliego, bo to za co warto jest zapłacić te dodatkowe 1000zł to nasz komfort psychiczny, że nikt H. z porodówki nie wywali. 

Hmm... insallah, bo ja takiej pewności nie mam. Pamiętacie pewnie, jak nas zawsze zwodzili z odpowiedzią na to pytanie. 

Wszystko jest niewiadome. Najlepiej byłoby gdybym urodziła do piątku, ale mamy już środę i na razie się nie zanosi. To znaczy czuję się niezbyt dobrze. Brzuch napina mi się co pewien czas, ale ból kręgosłupa jest ciągły. Już sama nie wiem czy to skurcze czy nie. Ale nawet jeśli, to jakieś takie słabe. Poza tym z tak długą szyjką chyba nie mam na co liczyć.

Jestem zła, bo normalnie mam jeszcze 1,5 tygodnia do terminu, a już teraz stresuję się, że dziecko nie chce wyjść. 

W dodatku wszyscy mi się pytają kiedy rodzę. Mam ochotę eksplodować, gdy słyszę to głupie pytanie. Skąd ja, do kurwy nędzy, mam to wiedzieć???????????????????????????????????????????? Wiem, że ludzie nie mają nic złego na myśli, ale mogliby wykazać się większą delikatnością  i pomyśleć trochę zanim bezmyślnie pokłapią paszczą. Rozumiem jeszcze, że w Turcji większość kobiet decyduje się na cesarkę na życzenie i pewnie stąd te pytania. Ale wiele osób zadaje je uprzednio dowiadując się, że czekamy na poród siłami natury. 

Z tych nudów włóczę się po mieszkaniu, otwieram szafkę Laury, przeglądam ubranka. Sprawdzam po raz enty zawartość szpitalnej walizki. Wczoraj zrobiłam sobie dzień spa. Włosy pofarbowane, brwi zrobione, paznokcie też. 

Co robić by to wszystko przyspieszyć? Da się?

Z końcówki 37 tc



niedziela, 21 września 2014

"Torba" do szpitala

Post o torbie do szpitala zawsze wydawał mi się przełomowym momentem w historii każdego bloga. Jednoznacznie oznacza, że wielka chwila jest już tuż-tuż. Cóż, dzisiaj przyszła kolej na nas :) Torbę oficjalnie uznaję za spakowaną :)

Tyle, że u nas nie torba. Stwierdziłam, że zupełnie bez sensu jest pakować dwie osobne torby - dla mnie i dla Laury. Wybrałam opcję jednego większego bagażu zbiorczego i wszystko upchnęłam do walizki. Przynajmniej H. nie zmęczy się dźwigając nasze pierdoły. Walizka jest na kółkach i wszystko elegancko się w niej zmieściło. 

Jej zawartość była planowana bodajże od samego początku ciąży, a może nawet i wcześniej. Za każdym razem czytając kolejny blog ciążowy, starałam się zapamiętać co warto wziąć, a z czego lepiej zrezygnować. Oczywiście nie uchroniło mnie o to od miliona pytań w głowie i przeróżnych wątpliwości. Poza tym musiałam się wykazać kreatywnością, bo 1) różnice kulturowe biją po oczach również w sposobie przygotowywania się do porodu, o czym przekonałam się czytając przykładową listę na stronie szpitala i 2) u nas pobyt w szpitalu jest zdecydowanie krótszy niż w Polsce. Pakujemy się na 1-2 dni, nie na 3-5, więc trochę wszystko uszczupliłam. Jednocześnie, chyba jak każdą ciężarówkę szykującą się do porodu, męczy mnie obawa, by czegoś nie zabrakło. Trudno, walizka zamknięta, jeśli czegoś zabraknie, H. wyskoczy na szybkie zakupy ;)

No to przechodzimy do konkretów. 

Dla mnie:
-2 koszule do karmienia (skorzystałam z pomysłu Justyny na koszule kopertowe z ukrytymi "dziurkami" na cycki ;))
-koszula do porodu
-3 staniki do karmienia, w tym jeden taki, który dobry mi jest teraz, drugi o rozmiar większy, gdyby cycki eksplodowały mi mlekiem i trzeci miękki do spania, w którym wolałabym się nikomu nie pokazywać ;))
-plastikowe klapki
-duży ręcznik kąpielowy i mały do rąk
-laktator + końcówka do butelki 
-Maltan
-Tantum Rosa + butelka z rozpylaczem
-Octenisept na rany przeróżne i pępek Laury
-chusteczki do higieny intymnej
-papierowy ręcznik
-wielorazowe majtki siateczkowe sztuk bodajże 4 (Ewelina, przymierzyłam i na razie się mieszczę ;))
-4 podkłady poporodowe na łóżko (nie mam pojęcia czy dają takie rzeczy w naszym szpitalu, spis na ich stronie internetowej nic na ten temat  nie mówi)
-wkładki laktacyjne Lansinoh
-2 opakowania wkładów poporodowych midi po 14szt.
-osłonki na sutki niestety Avent, bo za późno doszukałam się negatywnych opinii
-fartuch do karmienia (o tym tureckim wynalazku skrobnę chyba osobny post :))
-ładowarka do telefonu
-soczewki jednodniowe (bez jestem kompletnie ślepa)
-niezbędne (i te trochę bardziej zbędne) kosmetyki
-ubranie na wyjście przewiduję to samo, w którym przyjadę do szpitala

Zrezygnowałam z szlafroka (gorąco wciąż jest!), podkoszulek, które są na liście na stronie szpitala (tutaj wszyscy noszą podkoszulki, nawet w temperaturze 40 stopni) i dwóch kompletów piżamy na rzecz koszul (czy to nie uwiera???).

Szpitalna lista rzeczy dla dziecka była jeszcze trudniejsza do ogarnięcia, bo tutaj dzieci się nagminnie przegrzewa więc zalecana liczba i rodzaj ubranek przyprawił mnie o lekki zawrót głowy. Do tego nie mam jeszcze doświadczenia jak dostosować ubranie noworodka do klimatyzowanego pomieszczenia i temperatur rzędu 27 stopni... Pewnie biorę dużo za dużo, ale ostatecznie zdecydowałam się na:

Dla Laury:
-5 pajacyków, w tym trzy w komplecie z czapeczką i niedrapkami; czapeczkę to założymy ewentualnie na wyjście, niedrapki tylko jeśli będą konieczne, choć nożyczki do paznokci też spakowałam, więc nie wiem po co jeszcze one mogą być potrzebne? Pajacyki mają długi rękaw, ale są dość przewiewne, nie planuję zakładać pod nie już żadnych podkoszulek
-rampers z krótkim rękawem
-2 body kopertowe z długim rękawem, bo tak jak kolejne dwie pozycje są w spisie na stronie szpitala..., ale nie sądzę by okazały się potrzebne. Zresztą wydaje mi się, że w pajacyku będzie jej wygodniej.
-2 pary spodenek
-2 pary skarpetek
-3 smoczki, każdy z innej parafii - oby żaden się nie przydał
-gaziki jałowe i patyczki do uszu
-paczka pampków Pampers Premium Care roz. 1
-chusteczki do kompletu
-ręcznik kąpielowy - pewnie się nie przyda, ale na szpitalnej liście jest
-mata do przewijania
-3 pieluszki tetrowe i 1 flanelowa
-balsam do ciała Bubchen (za Waszym przykładem, Ewelina)
-fotelik samochodowy (wciąż się martwię, że o nim właśnie zapomnimy :])

Nom, to by było na tyle. Na szpitalnej liście były jeszcze śliniaki, sweterki i kamizelki (o tym też będzie osobny post :D), torba na brudną bieliznę (po kiego...???).



Co Wy na to, drogie Mamy?


wtorek, 16 września 2014

Rozterki ostatnich dni

Uprzejmie donoszę, że nasze dziecko przekroczyło wagę 3 kg :) Wczoraj doktorek nas poinformował, że Laura to już 3050 gramowe dziecię, gotowe do wyjścia na ten świat. No cóż, ja też jestem gotowa. Szkoda tylko, że moja szyjka najwyraźniej jeszcze nie, bo doktorek "na oko" ocenił ją na 3cm, poza tym Laura zasłania ją już częściowo łepetynką więc wkrótce doktorek pewnie nie będzie w stanie nic mi już na ten temat powiedzieć. Czyli data mojego porodu staje się jeszcze większą niewiadomą.

Zajebiście.

A ja mam już dość!!! Niby nic mi nie dolega, niby ciążę znoszę super dobrze, ALE:
- brzuch mi zawadza. Jest jakby obcą częścią mojego ciała, która żyje własnym życiem. Wciąż się o niego obijam, bo zapominam, że jest tak wielki. Jeżeli H. się nade mną nie zlituje, naczynia zmywam w półukłonie, bo prawie nie sięgam do kranu. 

- od ponad 2 miesięcy codziennie ubieram te same ubrania. Mam 3 zestawy domowe i 3 wyjściowe i tak w koło, Macieju. Nie twierdzę, że to jakiś wielki ból, ale z racji, że jestem już ogólnie znudzona całą ciążą, taka monotonia ubraniowa nabiera zupełnie innego wymiaru. Chętnie założyłabym kilka ubrań ciążowych z początku ciąży, czyli takich wiosennych, ale kurde u nas wciąż gorąco jak cholera więc o długich spodniach mogę sobie co najwyżej pomarzyć. 

- boli kręgosłup. K*** jak boli!!!!!!! Nie wiem już jak siadać/stać/leżeć. Co ciekawe, wcześniej też mnie pobolewał, ale od czasu do czasu i zdecydowanie mniej dokuczliwie. Niestety mniej więcej tydzień temu, kiedy położyłam się do mojego super wygodnego łóżka, nagle ze zdziwieniem stwierdziłam, że kurde, jak mnie kręgosłup nawala! Normalnie jakby mi go łamali. Od tego czasu dodatkowa poduszka jest moim nowym 'must have'. Podpieram ją sobie kręgosłup, ale oczywiście nie daje to dużej ulgi. H. masuje i masuje, ale co z tego, skoro ból wraca zaraz gdy ten zabierze ręce?

- kłopoty z chodzeniem. Na badaniu nawet doktorek zauważył, że główka Laury jest już bardzo nisko i mogę odczuwać problemy z chodzeniem. No odczuwam. Brzuch mnie ciągnie, co chwilę coś mnie kłuje, uwiera. 

- czuję narastający niepokój związany z tym jak ogarnę mężową rodzinę. Bo  niestety pod względem zachowania ludzi po narodzinach dziecka w rodzinie między naszymi kulturami jest zdaje się przepaść bez dna. Otóż w Turcji normalką jest, że rodząca jedzie na porodówkę z całą familią, która potem wyczekuje na korytarzu. Zaraz po porodzie zaczynają się odwiedziny, bo wniebowzięta babcia/dziadek, którzy przyjechali do porodu obdzwaniają całą familię szerząc dobrą nowinę. Część familii zwala się do szpitala, część koczuje pod drzwiami mieszkania. Wszyscy chcą zobaczyć dziecko, pomacać, pocałować. Opisywać dalej????

Jak sobie o tym pomyślę, dostaję gęsiej skórki. Moja mama powiedziała mi, że jeżeli chciałabym, aby przyjechała do porodu czy krótko po nim, to to zrobi. Spokojnie odpowiedziałam jej wówczas, że nie chcę. Że po porodzie chcę być sama z mężem i dzieckiem, a jeżeli okazałoby się, że nie dajemy rady czy jest jakaś inna sytuacja awaryjna, wtedy przemyślimy wszystko jeszcze raz i rozejrzymy się za biletem dla niej. Mama przyjęła moje słowa z uśmiechem i więcej do tematu nie wracałyśmy. 

Od dłuższego czasu staram się teściom delikatnie wytłumaczyć, że wizyty gości po porodzie chciałabym ograniczyć do minimum, a z ich wizytą poczekać do mojego powrotu do domu. Zawsze jednak kwitowali moje wywody krótkim "Poczekaj, niech się dziecko urodzi"/"Jest jeszcze tyyyle czasu, najpierw niech się urodzi", a ja miałam nieznośne przeczucie, że zupełnie nie dociera do nich to, co chcę im powiedzieć. Teraz, kiedy do porodu zostały już tylko dni, chciałabym wreszcie im to jasno zakomunikować. Jak na złość, akurat w ostatnim czasie relacje między nimi a H. się pogorszyły i przestaliśmy się regularnie widywać. Nie było więc okazji do porozmawiania. Ta nadarzyła się zupełnie nie tak jak bym sobie tego życzyła - podczas rozmowy telefonicznej z teściową. W skrócie, teściowa oniemiała, gdy powiedziałam jej, że w szpitalu chcę być sama z H. i Laurą, a z nimi spotkamy się w domu. Nie powiedziała nic, co by mnie mogło urazić, ale czułam ten zawód w jej głosie. Rozumiem, że może im być przykro, bo w ich kulturze jest inaczej, ale pomimo całej mojej asymilacji wewnątrz wciąż nie jestem turecka. Nie odpowiada mi ta ich zażyłość, czuję, że się duszę, potrzebuję przestrzeni. Skoro nie chcę w tych dniach obecności mojej własnej mamy, to czy to takie dziwne, że teściowej też nie chcę? Wczoraj zostaliśmy poproszeni do teściów na kolację i niestety temat ten nie został ponownie poruszony, zaczynam się więc obawiać, że w godzinie "zero" zachowają się tak, jakby go nigdy nie było. Namawiam H. byśmy poinformowali naszych rodziców o wszystkim już po porodzie. Wtedy nie miałabym obaw, że między skurczami zobaczę twarz teściowej kukającą z korytarza. Miałabym spokój psychiczny. Oni też nie denerwowaliby się niepotrzebnie w domu - zarówno teście jak i moi rodzice, bo przecież nie wiadomo ile cała akcja potrwa. Nie wiem niestety czy uda mi się H. nakłonić, bo on nie widzi w ich obecności nic złego. W odwiedzinach familii po porodzie też nie. Tłumaczę i tłumaczę swoje powody, ale to w końcu 1)facet, 2)wychowany w tej kulturze Turek. Wiem, że nie jesteśmy w stanie powstrzymać rodziny od odwiedzin już w pierwszym tygodniu, ale chciałabym wyżebrać chociaż ten 1-2 dni prywatności, które spędzimy w szpitalu. To w końcu rodzice, cholera, czyż nie mogą zrozumieć? Uszanować mój wybór?

To jest problem nr 1. Problem nr 2 to wizyty familii. Wiem jak to tutaj wygląda. Do mieszkania zwala się nagle 5-10 osób i każda chce dziecko potrzymać, pomacać, pocałować. Powiedziałam już H. że chciałabym, aby przede wszystkim umyli ręce i nie całowali małej po buzi. H. wymiękł i odpowiedział, że nie wyobraża sobie jak mielibyśmy o to poprosić. Czyli jestem w tym sama. Prawdę powiedziawszy, kiedy chodzi o zdrowie mojego dziecka, mam w głębokim poważaniu co ciotka X czy Y sobie o mnie pomyśli, ale oczywiście też nie chcę stwarzać nieprzyjemnej atmosfery. Okazuje się jednak, że na wsparcie raczej nie mam co liczyć. W takich chwilach czuję się okropnie samotna, dokładnie tak jak jeszcze dzisiaj opisała to Katarynka. Mam ochotę uciec na Antarktykę i tam, z dala od wszystkich urodzić dziecko, w ciszy i spokoju.

Pomimo tego wszystkiego, staram się zachować spokój. Jakoś to będzie, ucieczki nie ma, plan z Antarktyką niestety nie wypali. Zniosę te wszystkie wizyty, oby tylko szybko minęły. Kupiłam już zapas herbaty... 

Staram się skupić na ostatnich przygotowaniach do porodu. Walizka już niemal gotowa, czekam jeszcze na dokupione kilka piżamek. Lista rzeczy do zrobienia przed porodem niemal zamknięta: kącik do przebierania urządzony, pieluszki zakupione, łóżeczko przygotowane, zapasy jedzenia prawie zrobione.

Pozostaje:
- zrobić ostatnią porcję pierogów z serem
- pofarbować włosy 
- umyć okna i wyprać firany :)

Liczę na to, że przy ostatniej czynności coś się ruszy ;)


piątek, 12 września 2014

Moje El Dorado cz. 2

Wczoraj trochę sobie ponarzekałam na Turcję, dzisiaj więc przyszła kolej na Polskę. Bo pomimo, że na Turcję narzekam znacznie częściej niż na Polskę, nie myślcie sobie, że jest tu tak beznadziejnie. Jest sporo rzeczy, które z chęcią zabrałabym ze sobą do naszego kraju i których moglibyśmy się od Turków nauczyć.

1. Słońce
Jestem osobą, która mając do wyboru marznięcie i pocenie się, zawsze wybierze to pierwsze. Źle znoszę upały i tęsknię za polskim śniegiem. Jednak to, co w Turcji mamy niemal na co dzień, a w Polsce już nie, to słoneczna pogoda. Wiecie o co mi chodzi, o tą szaroburą polską aurę, o niebo, które bywa zachmurzone przez długie tygodnie kilkoma warstwami chmur. Wcześniej nie zwracałam na to uwagi, ale H. wyostrzył moje zmysły :) Człowiek tęskni za słońcem, za błękitem nieba, a tu wciąż odcienie szarości. W depresję można popaść, w szczególności gdy dzieje się tak już latem.

2. Bazary
Bazary to turecki skarb narodowy. Z racji na ciepły klimat przez okrągły rok mamy tutaj świeże warzywa, zioła i owoce, w które można się zaopatrzyć na lokalnym targach. Na wsiach lokalny bazar odbywa się raz w tygodniu, w miastach natomiast niemal codziennie tylko w różnych jego dzielnicach. Na bazarze lokalni sprzedawcy wystawiają produkty ze swoich domów i ogrodów, czyli oprócz warzyw i owoców, domowe zaprawy i przetwory, sery i jogurty, a także własnoręcznie wypiekany chleb, wiejskie jaja, mleko prosto od krowy/kozy, domowe masło - długo można by wymieniać :) Smak warzyw z bazaru jest naprawdę wyjątkowy, bardziej intensywny. Cenowo bazar też wypada całkiem atrakcyjnie. Poza tym lubię atmosferę bazaru. U nas na wsi mamy swoich zaprzyjaźnionych sprzedawców, pana, od którego zawsze kupuję pomidory, innego od ziół i sałaty, innego od serów. Robiąc zakupy zawsze zamieniamy kilka grzecznościowych zwrotów i życzymy sobie miłego dnia. Przyjemnie jest robić zakupy w takiej atmosferze. Przypominam sobie o tym szczególnie boleśnie, gdy pani w polskim sklepie wita mnie obrażoną miną, za to że śmiałam do niego wkroczyć.

3. Woda mineralna
Kontynuując temat jedzenia, muszę wspomnieć o wodzie mineralnej. To niby taka drobnostka, ale jak dla mnie ważna. Nie wiem zupełnie od czego jest to uzależnione, pewnie od zawartych w niej związków mineralnych, ale turecka woda mineralna jest po prostu przepyszna i bez problemu wypijam jej codziennie kilka litrów. Tymczasem w Polsce pomimo przetestowania chyba większości dostępnych na rynku, niestety nie znalazłam wody, która by mi naprawdę smakowała. Wiem, że może to brzmieć dziwnie, bo w końcu jaki smak może mieć woda, ale coś naprawdę w tym jest. W Polsce z trudem wypijam pół litra i w końcu zrezygnowana przerzucam się na słodzone soki albo smakowe wody, czyli na samą chemię.

4. Dowóz jedzenia do domu i obsługa zakupów internetowych
Wielką niespodzianką było dla mnie to, że w Turcji niemal wszystkie restauracje, ba, nawet cukiernie czy sieciówki takie jak McDonald's, Burger King czy Subway dowozi jedzenie do domów i to za darmo. Mamy tutaj stronę internetową yemeksepeti.com czyli "koszyk z jedzeniem" :) która skupia restauracje oferujące dowóz do domów w Twojej okolicy. Wystarczy wpisać swój adres i wyświetla się lista otwartych restauracji. Zamówienie składa się przez tą właśnie stronę i po góra 30minutach mamy żarełko w domu. Zawsze gdy przyjeżdżamy do Polski w nocy i musimy przenocować w naszym pustym poznańskim mieszkaniu tęsknimy za "koszyczkiem", bo oprócz pizzy trudno cokolwiek ściągnąć do domu (o ile pizzeria jest otwarta w nocy). Zawsze trudno mi było wytłumaczyć ten polski fenomen tureckim biznesmenom, którzy przyjeżdżali do Poznania na targi i spędzali na zamkniętej hali niemal cały dzień. Trudno przez zazwyczaj 4 dni targów codziennie zadowalać się pizzą. Pamiętam jak obdzwaniałam pół Poznania próbując przekonać restauratorów, by za dodatkową opłatą dowieźli nam jedzenie na targi (i to za pokaźną kwotę, bo zamówienie zbierałam od kilku firm). Niestety Polak nie ma chyba głowy do biznesu, bo jak restauracja nie oferuje dowozu, to nikt poza tą zasadę nie wyjdzie i koniec kropka :] Podobnie obsługiwane są zakupy internetowe. Większość tureckich sklepów oferuje przesyłkę kurierską za darmo. W przypadku zwrotu czy wymiany, wystarczy poinformować sklep i zadzwonić po wskazaną przez niego firmę kurierską, która odbierze produkt z Twojego domu i ewentualnie dostarczy Ci nowy. 

5. Brak czynszu
Po przeczytaniu kilku relacji na stronie Klubu Polek, przekonałam się, że w wielu krajach brakuje tej złodziejskiej praktyki obecnej w Polsce jaką jest płacenie czynszu za własne mieszkanie. W Turcji taka opłata nie istnieje i trudno jest mi Turkom wytłumaczyć, że muszę miastu płacić haracz za swoje własne mieszkanie, bo niestety, stoi na ziemi, która do mnie nie należy. W Turcji płacimy tzw. aidat, czyli miesięczną opłatę, której wysokość uzgadniana jest przez mieszkańców na bieżące wydatki typu utrzymanie ogrodu, oświetlenie, czyszczenie i remont klatki, utrzymanie windy itp. Zwyczajowo jeden z mieszkańców wyznaczany jest na gospodarza budynku, który zajmuje się wszystkimi sprawami związanymi z jego utrzymaniem.Czasem do jego obowiązków należy też zbieranie śmieci, które mieszkańcy mogą po prostu wystawić za drzwi swojego mieszkania o uzgodnionej godzinie. W niektórych budynkach gospodarze są tak "wypasieni" ;) że rano zbierają też zamówienia na drobne zakupy. Wystarczy nakleić na swoje drzwi kartkę z listą zakupów i zostawić pieniądze. Jest to super wygodne, w szczególności gdy człowiek nie może wyjść z domu. 

6. Drogi
Często Polakom wydaje się, że Turcja to biedny, zacofany kraj. Nic bardziej mylnego. Pracując w turystyce uwielbiałam obserwować zdziwione miny turystów, gdy wyjeżdżaliśmy na jakieś wycieczki. Fakt, że przepaść między zachodnią a wschodnią Turcją jest ogromna, ale to co mamy na zachodzie i południu jest na pewno powodem do dumy. Tureckie drogi międzymiastowe to standardowo SZEROKIE dwupasmówki. Jest też spora sieć autostrad, które liczą co najmniej trzy pasy. Infrastruktura wokół nich jest bardzo dobrze zorganizowana. Jest mnóstwo restauracji, punktów do odpoczynku, stacji benzynowych. Opłata za przejazd 100km odcinku wynosi około 3TL, czyli jakieś 5zł. Za każdym razem kiedy wracam do Polski i męczę się na wąskiej drodze za wlekącą się ciężarówką zastanawiam się czym kierują się Polacy budując drogi w ten sposób. Dlaczego utrudniamy sobie życie i sprawiamy, że jazda autem w naszym kraju jest po prostu niebezpieczna? Mam wrażenie, że właściwie wszystkie polskie drogi są wąskie, nawet autostrady, które nota bene wyglądają jak zwykłe tureckie trasy międzymiastowe.

7. Zachowanie urzędników wobec problemu petenta
Wczoraj narzekałam na szeroko pojęty chaos w administracji, który z pewnością jest prawdą i ogromnym utrudnieniem dla każdego mieszkańca tego kraju. Jednak pomimo samodzielnej interpretacji przepisów przez każdego jednego urzędnika, to co różni ich od Polaków to podejście do problemów petenta. Otóż Turcy skupiają się na jego rozwiązaniu i choć często oznacza to bieganie od Annasza do Kajfasza, ostatecznie, pokrętnie bo pokrętnie, ale Twoją sprawę załatwią. Pada przy tym często słowo "hallederiz" czyli "załatwimy". Po "hallederiz" można się w Turcji spodziewać niemal wszystkiego i na początku bardzo się na to denerwowałam. Teraz jednak ufam Turkom trochę bardziej i gdy słyszę "hallederiz" wiem, że może nie tak jak ja to sobie wyobrażam, ale jakoś się sprawę uda załatwić. To nie to samo co w Polsce, gdy zwracając się do polskiego urzędnika z prośbą o pomoc w zagmatwanej sprawie, ten albo umywa ręce, bo przepisy choćby nie wiem jak niedorzeczne, mówią inaczej albo, co gorsza, nie przewidują takiej sytuacji i "nie da się tego załatwić" (czyli rozmowa z zaprogramowanym robotem) albo, jeszcze gorzej, odnajduje w Twoim problemie jeszcze kilka innych, bardziej upierdliwych, które najpierw trzeba rozwiązać by dojść do sedna sprawy.

8. Patriotyzm
Turcy są ogromnymi patriotami. Kochają swój kraj i są z niego niezwykle dumni. Widok tureckiej flagi na ulicach, budynkach, a nawet prywatnych balkonach jest tutaj zupełnie normalnym widokiem. Dla zdecydowanej większości Turków turecka kuchnia jest najlepsza. Tureckie krajobrazy najpiękniejsze. A Turcja Osmańska? O, to dopiero była potęga! Przecież płaciliście nam haracz, a ten epizod pod Wiedniem to po prostu wam się udało! :) Czasem wpadają wręcz w samouwielbienie i potrafią mnie trochę tym zdenerwować, ale prawdę powiedziawszy, zazdroszczę im tego przekonania o wspaniałości swojego kraju i jestem przekonana, że przydałoby się ono Polakom. Czy tylko ja mam wrażenie, że jesteśmy narodem niezwykle zakompleksionym? Ja wiem, że narzekanie to polska cecha narodowa, ale to smutne, że często wręcz wstydzimy się swojego pochodzenia i nie potrafimy z dumą w głosie powiedzieć, że jesteśmy z Polski. Turcy patriotyzm mają we krwi, spijają go wraz z mlekiem matki, młodzi Turcy są na bieżąco z sytuacją polityczną w kraju i potrafią się na jej temat wypowiedzieć. Nikt nikogo nie musi zachęcać do wzięcia udziału w wyborach. A co polska młodzież wie na temat polskiej polityki? 

9. Promowanie regionalności
Turcja jest krajem niezwykle zróżnicowanym. Regiony różnią się tutaj nie tylko klimatem i krajobrazem, ale przede wszystkim kuchnią. To co bardzo lubię w Turcji to jest to, że niemal każde miasto słynie z jakiegoś dania i są to najczęściej prawdziwe delicje. Podróże kulinarne w Turcji są bardzo popularne. Sami często je robimy. Zdarzyło nam się na przykład lecieć samolotem ze Stambułu na wschód Turcji na weekend tylko po to by najeść się do oporu tamtejszych kebabów, humusów i innych specjałów. W Polsce bardzo mi tego brakuje. Przecież też mamy lokalne potrawy, dzięki którym polskie regiony nabrałyby zupełnie innego koloru. Dlaczego tak trudno jest się do nich dostać? W Polsce brakuje przede wszystkim ich promocji. Myślę sobie na przykład o Kaszubach i żadna potrawa mi się z nimi nie kojarzy. A w Turcji potrafię skojarzyć przynajmniej jedną potrawę z niemal każdym regionem: Kayseri - małe pierożki z mięsem zwane mantı, Adana - kebap o tej samej nazwie, Hatay - opisywane tutaj kiedyś przeze mnie künefe, itd. itd...

10. Gościnność i pomoc
Zupełnie nie rozumiem skąd w naszych głowach utrwaliło się, że jesteśmy tacy gościnni. Cóż, moim zdaniem wypadamy niezwykle słabo w porównaniu do Turków, u których powiedzenie "zastaw się a postaw się" jest po prostu częścią życia. Obcokrajowiec nie mogąc znaleźć noclegu na tureckiej prowincji zostanie bez najmniejszego problemu nakarmiony i przenocowany przez lokalnych. Turcy potrafią z szerokimi ramionami przyjąć niezapowiedzianych gości, zapewniać im codzienne rozrywki i nawet nie zapytać o długość planowanej wizyty. Kiedy moi rodzice przyjechali na nasze wesele, po imprezie byli kilkakrotnie zaproszeni przez różnych członków rodziny męża na kolacje i śniadania do restauracji, tak po prostu, bo byli gośćmi w naszej miejscowości. Podobnie jest gdy poprosi się Turka o pomoc, np. z zepsutym samochodem. Szansa, że odmówi jest mniejsza niż 10%. Nawet jeżeli sam nie będzie mógł pomóc, zadzwoni po kogoś innego. Polacy niestety są zbyt mocno skupieni na sobie, na swoim interesie i zanim udzielą pomocy, przemyślą swoje zyski i straty, o czym wielokrotnie dość boleśnie przyszło mi się przekonać. W Turcji, gdy ktoś Cię napada/gwałci/okrada, nie trzeba krzyczeć, że się pali, bo natychmiast wszyscy wybiegają ze swoich domów.

czwartek, 11 września 2014

Moje El Dorado cz. 1

U niektórych z Was podejrzałam bardzo fajny pomysł na post - mianowicie, o swoistym El Dorado, które łączyłoby w sobie cechy Polski i państwa, w którym żyjemy. Pomysłodawcą jest Klub Polek na Obczyźnie, do którego ja nie należę. Myślałam nad dołączeniem, ale jednak nie taka jest idea mojego bloga. Kiedyś próbowałam pisać blog typowo o Turcji, ale zabrakło mi motywacji. Wolę przeplatać wątki tureckie przy okazji bloga ciążowego. 

Na stronie klubu można przeczytać wiele ciekawych relacji dziewczyn z różnych stron świata, w tym kilka z Turcji. Wytyczną jest ograniczyć się do 5 cech z państwa pochodzenia i tego, w którym się mieszka. Mnie się to jednak nie udało :) 

Ale do rzeczy.

Żeby za bardzo nie przedłużać, dziś będzie część pierwsza - łatwiejsza, czyli co zabrałabym ze sobą z Polski do Turcji, za czym tęsknię i płaczę:

1. Ogólnie pojęte świętowanie
Wielokrotnie już tutaj narzekałam na olewczy stosunek Turków do świętowania. Turcy zadowalają się króciutkimi odwiedzinami w najważniejsze święta, podczas których gości częstuje się cukierkiem i herbatką i zadaje zestaw standardowych pytań typu "jak się masz", "jak twoja siostra/brat/sąsiadka". Wesela trwają tylko do północy i są najczęściej bez jedzenia lub z wiejskim zestawem kilku talerzy, z których goście posilają się zbiorowo :-] Urodziny też obchodzi się tutaj bez rewelacji. Nie ma zwyczaju organizowania domówek, parapetówek, pępkowego, itp. A ja pochodzę z rodziny, która uwielbia świętować. Oczywiście najbardziej brakuje mi Bożego Narodzenia, które w moim polskim domu zawsze są wyjątkowe i niezwykle klimatyczne i oznaczają strojenie domu już od początku grudnia, tydzień sprzątania przed Wigilią i niemalże tyle samo pichcenia świątecznych specjałów. Przede wszystkim jednak ubolewam nad tym, że tureckie święta mają potencjał, niestety zupełnie nie wykorzystany.

2. Dary lasu
Polski las uwielbiam o każdej porze roku, w tym szczególnie jesienią i zimą. Rodzinne spacery z pieskami, zapach liści, promienie słońca wpadające przez korony drzew na zielone polanki, podejrzana gdzieś sarenka czy jelonek. Jesień to też czas grzybobrania, za którym wręcz przepadam. Zawsze dzielimy się na grupy - ja z siostrą i rodzice razem i zbieramy grzyby osobno rywalizując, która para zbierze więcej. Zawsze jest przy tym mnóstwo śmiechu. Uwielbiam też suszenie grzybów w kuchni i widok takich grzybowych girland. W Turcji jest co prawda mnóstwo lasów, ale oprócz tych nad Morzem Czarnym, które przypominają trochę nasze, nie są one zbyt urokliwe. W Turcji jest po prostu za gorąco. Trawa jest wyschnięta, grzyby rosną połowicznie pod ziemią. Zamiast jelonka czy sarenki można spotkać żółwia lub węża. To po prostu nie TO. W Turcji nieosiągalne są też owoce lasu, takie jak poziomki czy jagody, które chyba każdy uwielbia. 

3. Zima i śnieg
Skoro już jestem w temacie przyrody, pociągnę temat dalej. Polska pogoda, na którą często narzekamy, ma tą zaletę, że pory roku są bardzo wyraźne, różne. W Turcji, tutaj gdzie mieszkamy, są tak naprawdę tylko dwie - wiosna i lato. A ja bardzo lubię zimę i śnieg, w szczególności w grudniu :) Pomimo swoich niemal 30 lat, lubię lepić bałwana i wygłupiać się w śniegu. Lubię zmarznąć by potem rozgrzewać się aromatycznym grzańcem. Czuję się jak w bajce, gdy za oknem pada śnieg. Lubię swoje zimowe płaszcze i kozaki. Tutaj w Turcji takie rzeczy są zupełnie zbędne. Zimą pada co najwyżej deszcz, ale przez większość dni i tak świeci słońce. 

4. Stosunek do zwierząt
Jestem osobą, która kocha wszystkie zwierzęta, a w szczególności pieski. W moim rodzinnym domu od zawsze są zwierzęta, a swojego pierwszego pieska dostałam na pierwsze urodziny i długo był on moim najwierniejszym przyjacielem. Psy mnie bardzo rozczulają, uwielbiam je głaskać, przytulać, wpatrywać się w ich oczy. W Turcji stosunek do zwierząt jest zupełnie inny i tutaj w głowie się nie mieści by pies czy inny stworek mógł uchodzić za przyjaciela człowieka. W Turcji liczba bezdomnych psów i kotów jest zatrważająca, a wśród tych pierwszych często zdarzają się też rasowce - husky, dalmatyńczyki czy dogi. Poza tym Turcy bardzo rzadko kiedy decydują się na trzymanie pieska w domu. Najczęściej biedaki spędzają lata uwiązane na łańcuchu, a ich właściciele trwają w przekonaniu, że zapewniając im jedzenie spełniają wszystkie ich potrzeby.  Serce mi się kraja na ich widok. 

5. Karność i przestrzeganie zasad
Tak jak wszędzie na świecie, w Polsce są pewne zasady i w mojej ocenie staramy się je w dużej mierze przestrzegać. Turcy z przestrzeganiem zasad są mocno na bakier. Zupełnie nie dziwi mnie już widok Turków skaczących z mostu do rzeki tuż obok tablicy, która tego zabrania i informuje o niebezpieczeństwie. To samo tyczy się np. kąpania w miejskich fontannach, przestrzegania ciszy nocnej czy jechania pod prąd. W Polsce kierowca wykonujący taki manewr jest od razu zlinczowany wzrokiem innych kierowców, a w Turcji ludzie się z tego śmieją. Trudno jest tu wyegzekwować obowiązki od pracowników czy wywiązania się z podpisanej (jeśli jest!) umowy. To całkiem normalne, że Turek otrzymując lepszą propozycję, zapomina o wszelkich wcześniejszych uzgodnieniach. 

6. Skuteczność przepisów prawnych
Idąc dalej tym tropem tęsknię mocno za jasnym i przejrzystym systemem prawa. Oczywiście nigdzie nie jest idealnie, ale w Polsce mając do czynienia z niedouczonym urzędnikiem, można sięgnąć po kodeks prawa, rozporządzenia, itp., znaleźć interesujący nas przepis i podsunąć go pod nos urzędnikowi. W Turcji prawo oczywiście istnieje, aczkolwiek jest jakieś abstrakcyjne. Nikt nie wie gdzie szukać przepisów, nikt się nimi nie kieruje. Każdy urzędnik ma swój własny kodeks, który rozumie na "chłopski rozum" i należy się do niego podporządkować, bo inaczej się na nas obrazi i naszej sprawy nie załatwi. Jest mnóstwo budynków i innych tworów, które powstały na dziko. Panuje szeroko pojęty administracyjny chaos, w którym okropnie trudno jest się poruszać.

7. Ceny dóbr "luksusowych"
Porównując koszty życia w Polsce i w Turcji wszystko wygląda w miarę podobnie, dopóki nie dojdziemy do tzw. dóbr luksusowych. Ten luksus jednak biorę w cudzysłów, bo według mnie żadnym luksusem nie jest. Ceny samochodów, sprzętu komputerowego, kosmetyków i lekarstw w Turcji przyprawiają mnie o spory ból głowy. Cło na te produkty jest tak wysokie, że standardowo rzeczy te kosztują 2 lub nawet 3 razy tyle, co w Polsce. Niestety nie wszystko da się przywieźć z Polski, więc wielokrotnie musiałam po prostu zacisnąć zęby i wyskoczyć tutaj z pokaźniejszej sumy na zakup, który w Polsce nie byłby dla mnie większym wydatkiem. Chcecie przykładów? A proszę bardzo: cena litra benzyny - przeciętnie 5 tureckich lir, czyli ok. 9zł, diesel - ok, 4,5 TL czyli mniej więcej tyle samo, byle jaki balsam do ciała - ok. 25 TL czyli jakieś 40zł.

8. System edukacji
Nie, żeby w Polsce było doskonale, ale fakt, iż jesteśmy jednym z najlepiej wykształconych narodów Europy o czymś świadczy. W Turcji jest bardzo dużo osób, które swoją edukację zakończyło na poziomie podstawówki czy liceum i niestety jest to bardzo mocno odczuwalne w społeczeństwie. Turecka edukacja jest przede wszystkim skupiona na samej Turcji. Dzieci uczą się tureckiej historii, geografii i literatury często nie mając najmniejszego pojęcia o chociażby antycznej Grecji - sąsiedzie zza miedzy, który wiele swoich zabytków pozostawił także na tureckiej ziemi. Dzieci wiedzą natomiast jakiego koloru były oczy Atatürka (pierwszego prezydenta) i jakie mądrości wypowiedział w różnych momentach swojego życia. Poziom nauki języków obcych jest w opłakanym stanie. Dzieci zaczynają się uczyć języka obcego dopiero od 4. klasy i niestety rzadko kiedy coś z tych lekcji wynoszą. Nawet na studiach filologii angielskiej brakuje takich zajęć jak fonetyka (!). Największą bolączką tureckiej edukacji są jednak w moim mniemaniu tzw. dershane, czyli prywatne kursy przygotowujące do różnych egzaminów. Zdecydowana większość tureckich uczniów uczęszcza do dershane, w której tak naprawdę odbywają się wszystkie lekcje, takie jak w szkole, tylko że popołudniami i w weekendy. Tureckie dzieci chodzą więc do normalnej szkoły by... odsiedzieć, a potem idą do dershane by się czegoś nauczyć. Strasznie jest mi ich żal, bo biedaki w ogóle nie mają wolnego czasu. Absolutnie nie wyobrażam sobie katować w ten sposób własne dziecko.

9. Otwartość na inne kuchnie
Będąc w Polsce, pośród wszystkich kebabów, chińczyków i pizzerii, czasem brakuje mi fajnych miejsc, gdzie można zjeść typowo polską regionalną kuchnię, choć w ostatnich latach (czyżby za sprawą pani Gessler? ;) pojawiła się na nie, na szczęście, moda. Jednak gdy wracam do Turcji doceniam tą wielokulturowość. W Polsce nawet w mniejszych miejscowościach można często zjeść całkiem porządną pizzę czy chińszczyznę. O kebabach już nawet nie wspomnę, bo są na niemal każdym rogu. W większych miastach kulinarne doznania można też urozmaicić o kuchnię gruzińską, żydowską, koreańską czy japońską. A ja bardzo lubię próbować :) Turcy z kolei są przekonani o cudowności swojej rodzimej kuchni, która faktycznie jest bardzo smaczna, ale czasem człowiek ma ochotę na coś innego i wtedy pojawia się problem. Bo w Turcji takich przybytków można szukać ze świecą, a rezultaty i tak będą marne. 

wtorek, 9 września 2014

Coś się dzieje

Wczoraj zaliczyliśmy kolejną wizytę u doktorka. Nastawiliśmy się na długie czekanie, bo wizyta tak naprawdę przypadała w czwartek, ale się zgapiliśmy i zupełnie o niej zapomnieliśmy (no za szybko było wyznaczona i już - ledwo wróciliśmy z poprzedniej, a tu znowu trzeba było jechać). Oboje byliśmy przekonani, że wizyta przypada na zeszły piątek i gdy w czwartek zbieraliśmy się niespiesznie z telefonem by ją odwołać, dostaliśmy sms, że właśnie nam przepadła. Ooops. Dostaliśmy opierdal od pani z rejestracji, która kazała nam się stawić w poniedziałek, jednak już bez żadnego numerka. Wyobrażaliśmy sobie więc przynajmniej 3-godzinne czekanie. Wyposażyliśmy się w przekąski, wodę do picia i w pełni naładowane telefony z nowym pakietem gier :) a tymczasem wszystko załatwiliśmy piorunem. Pierwsza niespodzianka czekała nas już w kaso-rejestracji, gdy usłyszeliśmy, że za wizytę nie musimy nic płacić, bo w systemie wyskakuje jako kontrolna (to chyba dlatego, że od poprzedniej nie minęło 10dni). Dalej wysłano nas na 25-minutowy test niestresowy. Wszystkie łóżka były wolne, a pielęgniarka od podłączania maszynki na miejscu. Laura tym razem nie była tak aktywna, no ale przecież trudno oczekiwać by fikała 24h/dobę. Po badaniu przeszliśmy do poczekalni przed gabinetem doktorka. W recepcji otrzymaliśmy jakiś bardzo odległy numerek więc wyciągnęliśmy oręże w postaci telefonów, a tymczasem po mniej więcej 15min. z drzwi od gabinetu doktorka wyjrzała położna i zawołała Katarinę :)

Laura waży 2850g i bardzo ładnie się rozwija. Wody, pępowina, wszystko w normie. Długość szyjki macicy mierzona "na oko" - 3,5cm czyli wciąż długaśna, ale jakaś tam zmiana chyba jest. Doktorek znowu nas przestrzegł, że poród może się w każdej chwili zacząć (heheh) i spytał, czy zaczęłam już myć okna, bo ostatnio bardzo go tym rozbawiłam :D (żeby wiedział co jeszcze mam w planach... ;)) Ponownie nas uspokajał, że na mój poród dojedzie, a gdyby jego odejście z pracy nastąpiło wcześniej, przyjmie mnie w swoim prywatnym gabinecie, a na poród do szpitala znowu stawi się w szpitalu. H. bardziej dociekał co doktorek ma w planach na zbliżające się Święto Ofiary. To drugie najważniejsze święto w krajach muzułmańskich, będzie o nim na pewno osobny post. Święto owo przypada dokładnie na termin mojego porodu, a z racji, że trwa kilka dni Turcy wykorzystują go do różnych wakacyjnych wyjazdów. Staram się wytłumaczyć H. żeby się za bardzo nie nastawiał na dokładnie 4 października, bo tylko 5% dzieci jest tak punktualnych, ale chyba nie bardzo to do niego dociera :] Doktorek w każdym razie odpowiedział, że na razie nie ma żadnych planów :)

Na koniec zapytałam prosto z mostu o lewatywę. Doktorek jak zwykle zdziwił się trochę moim pytaniem, a pielęgniarki ucięły pogaduszki przysłuchując się z zaciekawieniem rozmowie. Odniosłam jednak wrażenie, że bardziej zdziwił się tym, że chcę lewatywę przed porodem niż samym pytaniem (Turczynki chyba za tym nie przepadają, co wnioskuję z tureckojęzycznych forum ciążowych). Powiedział, że jeśli będę chciała i będzie na to czas, to nie ma sprawy. Na pewno przyspieszy to całą akcję porodową i sprawi, że poczuję się bardziej komfortowo. Ucieszyłam się taką odpowiedzią, wreszcie się w czymś zgadzamy :)))

Następna wizyta za tydzień :-]

A jak ja się czuję? Wciąż dobrze, choć od kilku dni odczuwam ból podbrzusza i ogólnie całego podwozia. H. twierdzi, że brzuch mi trochę opadł, ale sama nie potrafię tego ocenić. Nie czuję jakiejś ulgi w oddychaniu. Mam jednak wrażenie, że moje ciało czynnie przygotowuje się do porodu. Mam nadzieję, że intuicja mnie tym razem nie zmyli i na święta będziemy już w trójkę w domu. Czekam na koniec 38. tygodnia i biorę się za okna, łazienkę i intensywne przytulanie z mężem ;P

A na koniec ciekawostka kulturowa :)
Szpital, w którym będę rodzić znajduje się w Muğli; jest to miasto wojewódzkie tutejszego regionu. Po wizycie u lekarza wyskoczyliśmy do centrum miasta. Muğla to mimo wszystko bardzo niewielkie tradycyjne tureckie miasteczko. Jest tu kilka muzeów i zabytkowych tureckich domów, ale ogólnie miasto nie ma za wiele do zaoferowania turystom.





 To, co chciałam Wam pokazać, to namioty z tureckim przysmakiem nazywanym lokmą. Lokma to takie mini-pączki bez nadzienia, smażone na głębokim oleju i zalewane syropem cukrowym.


Do tej pory za nimi nie przepadałam. Ilekroć jesteśmy w Muğli w centrum wszędzie roznosi się jednak ich zapach, takich świeżutkich, chrupiących i mega słodkich :) Zapach dochodzi z kilku namiotów rozstawionych na ryneczku, do których zawsze stoi całkiem długa kolejka.


W Turcji nie organizuje się stypy po pogrzebie, ale funduje się taki namiocik i chłopków smażących lokmę, którzy najczęściej w dzień targowy, kiedy to miasteczka bywają najbardziej zatłoczone, rozdają taki poczęstunek za darmo. Nie jest to nic wielkiego, ale każdy może podejść i otrzymać taką mini porcyjkę. Tym razem stety-niestety nie było żadnego namiotu (czyli chyba nikt nie umarł :-]), musiałam więc poskromić swój apetyt. W cukierniach też można je dostać, tureckie kobiety często smażą je w domu, ale nigdy nie smakują mi one tak jak z tych namiotów.

Zdjęcia pochodzą więc z wcześniejszego wypadu.

Pod tym adresem znajdziecie przepis na lokmę http://www.mojewypieki.com/przepis/lokma---tureckie-paczki. Przyznaję jednak, że nigdy z niego nie korzystałam, więc nie wiem co prawda jak się sprawdzi w praktyce, jednak o zdecydowanej większości przepisów z tej strony, które wypróbowałam, mogę powiedzieć, że są bardzo dobre :)

sobota, 6 września 2014

Podsumowanie 8 miesiąca

Podsumowanie 8 miesiąca jest u nas z małym poślizgiem, ale naprawdę nie wyrabiam z czasem.

Ogólnie rzecz ujmując, 8 miesiąc to był dla mnie miesiąc walki z upałami. Kurde, jak one dały mi w kość, w szczególności pod koniec sierpnia gdy człowiek wygląda z niecierpliwością pierwszych oznak mijającego lata.

Poza pogodą wszystko u nas na plus. Czuję się całkiem nieźle. O ile nie dokuczają nam wysokie temperatury, nie mam problemu ze spaniem. Bez problemu znajduję wygodną pozycję co zawdzięczam naszemu super wygodnemu materacowi, który idealnie się do mnie dopasowuje. Taki materac to prawdziwy skarb. Biorę zimny prysznic, wskakuję do łóżka, poducha-rogal między nogi i po 5 minutach już mnie nie ma. Budzę się co prawda kilka razy w ciągu nocy, ale ja od zawsze tak mam więc dużej różnicy nie widzę. 

Czasem jednak ciężko mi złapać oddech i z niecierpliwością czekam aż brzuch trochę opadnie i uwolni moją biedną przeponę. 

8 miesiąc trochę mi się dłużył, bo euforia związana z samym faktem ciąży już minęła, wyprawka załatwiona i tak naprawdę pozostało tylko czekanie. Dobrze, że odwiedziła mnie mama, a potem przyjechali nasi kitesurferzy i dni troszkę szybciej zleciały. Pracy nie biorę pod uwagę, bo tłumaczenia to akurat bardzo monotonne zajęcie więc wcale nie sprawia, że przestaję się nudzić :)

Z ciążowych faktów:
- 11 kg na plusie i odczuwam je na każdym kroku. Jestem słonicą. Niby nie przytyłam jakoś bardzo dużo, ale czuję się okropnie ciężka. Puchną mi kostki i palce. Codziennie rano budzę się z nabrzmiałymi łapami - paluchy jak serdelki. Sapię przy wstawaniu, a o wchodzeniu po schodach już nie wspomnę - H. idzie za mną popychając mój zadek :) Nie jest łatwo.

- Kreska na brzuchu wyraźnie się wydłużyła, ale wciąż jej widok mnie rozśmiesza, bo jakoś tak krzywo u mnie wyrosła :) Najpierw było śmiesznie, bo tylko do pępka, a teraz jeszcze po skosie. Dobrze, że w swoim czasie zniknie.

- Pępek wywalony na zewnątrz. To mi się akurat bardzo nie podoba. Denerwuję się, gdy odznacza się pod ubraniem i mam ochotę zakleić go plasterkiem :) Zawsze lubiłam swój pępek, bo był ładny - zawinięty do środka, a teraz to taki pypeć. Przekonałam się, że ciąża to też okazja do eksploracji wcześniej nieodkrytych miejsc ciała. Ja ze zdziwieniem zlokalizowałam w swoim pępku pieprzyk. Że też człowiek po tylu latach się dowiaduje... 

- Apetyt mój nazwałabym normalnym. Smakiem 8. miesiąca była z pewnością nektarynka. Początkowo brzoskwinia, ale szybko zaczęła mnie drażnić włochata skórka. Nektarynka natomiast to jest to! Grunt by była lekko twarda i mocno schłodzona. Pycha! 

- Rozstępów, zgagi, wzdęć itp. wciąż brak (yuhuuu!!!)

- Cycki nadal nie ruszyły nawet o rozmiar (to mnie cieszy jeszcze bardziej niż brak rozstępów).

- Zmorą miesiąca są natomiast uderzenia gorąca. O matko jakie to okropne! Prysznic biorę kilka razy dziennie, zawsze zimny. Po wypiciu nawet łyka herbaty, zlanie się potem mam gwarantowane. Mogę też siedzieć i nic nie robić i nagle stanąć w płomieniach. Mama się śmiała, że ona czuje się tak samo przechodząc menopauzę, teraz już wiem, że powinnam jej baaardzo współczuć :)

Skurczy przepowiadających na razie chyba nie mam albo nie potrafię ich rozpoznać. Czasem boli mnie krzyż i brzuch miewam twardawy, ale to jakby jeszcze nie to, przynajmniej tak podpowiada mi intuicja.

Wyprawkę oficjalnie uznaję za skompletowaną. Kilka dni temu odebraliśmy wanienkę i leżaczek bujaczek. Dzięki Wam zmobilizowałam się też do wyprania ubranek. Prasowanie podzieliłam na trzy tury i jakoś dałam radę pod klimatyzacją. Cieszę się w każdym razie, że mam to już z głowy.

Ku pamięci
Szczęśliwy tata składający leżaczek swojej pierworodnej (stwierdził, że jeszcze nie jest gotowy się ujawnić ;))

Zaraz po wypraniu laurowej garderoby poszłam za ciosem i wzięłam się za przygotowanie łóżeczka i pakowanie torby do szpitala. Pościel wyprałam, wyprasowałam, włożyłam do łóżeczka i wszystko przykryłam kocem, żeby się nie kurzyło. Wózek odświeżyłam. Torba do szpitala jest w trakcie pakowania, ale większość już się w niej znalazła. 

Jestem już niemal gotowa!
Nie, wróć. Jestem gotowa. W razie "W" zapakowanie do torby brakujących rzeczy zajmie mi góra 10 minut :)

Córcia, możesz nadchodzić!

poniedziałek, 1 września 2014

Kitesurfing w Turcji

Czas mija nam głównie na pracy, ale czasem warto też znaleźć chwilę na odrobinę przyjemności. A okazało się, że mamy ją tuż pod nosem. Kitesurfing. 

Mieszkamy w miejscowości, która okazała się jednym z najbardziej atrakcyjnych miejsc dla kitesurferów. Akyaka położona jest nad zatoką Gökova i to o nią właśnie chodzi. Faktycznie widzę ich codziennie z balkonu - setki kolorowych latawców na błękicie morza. W Akyace mają oni swoją własną plażę, na którą przeciętny zjadacz chleba nie ma wstępu, dlatego jak dotąd nie było nam dane zaznajomić się z tym sportem bliżej. 

Sam kitesurfing to podobno bardzo nowa odmiana sportu. Dla niewtajemniczonych objaśniam, że jest to pływanie na desce przy jednoczesnym utrzymywaniu się na ogromnym latawcu, który co pewien czas podnosi surfera do góry. To takie balansowanie pomiędzy powierzchnią wody a powietrzem, które mniej więcej tak wygląda:


Jak dla mnie bajka! Bardzo lubię sporty wodne i chociaż to nie do końca ta sama adrenalina, którą daje mi ukochane nurkowanie, kitesurfing wydaje się być świetną zabawą.

Okazja do poznania kitesurfingu pojawiła się znienacka. Jesteśmy członkami couchsurfingu, czyli wymieniamy się miejscami do spania za darmo (to jeszcze pozostałość po naszych dalekich podróżach po Azji). Niedawno napisała do nas pewna Polka, która wraz ze swoim chłopakiem Amerykaninem rozglądała się za noclegiem w naszej okolicy, gdyż planowali miesięczny pobyt w Turcji "w poszukiwaniu idealnego wiatru". Oboje są kitesurferami z pasją. Zanim urządzili się na plaży (pod namiotem - szacun za wytrwałość w tych temperaturach!) zatrzymali się u nas kilka dni. Okazali się przesympatyczną parą, a my zyskaliśmy na miesiąc czasu fajnych znajomych na tym towarzyskim pustkowiu, w którym mieszkamy. Co pewien czas spotykamy się i pokazujemy im fajne zakątki w okolicy. W zamian zaproponowali nam przyspieszony kurs kitesurfingu. Ja oczywiście odpadłam w przedbiegach, bo z takim brzucholem to ledwo doczłapuję do plaży, ale H. korzysta ile może. Jestem strasznie wdzięczna naszym  nowym znajomym za czas, który nam poświęcają. Dla H. jest to świetna odskocznia od problemów w pracy, widzę jak odżywa na plaży.

Jesteśmy po pierwszej lekcji, głównie teoretycznej. Brzmi to trochę skomplikowanie, ale H. zapewnia, że ogarnia sprawę :) 

Plaża, na której stacjonują surferzy, jest jakby wycięta z tureckiego terytorium. Atmosfera całkowicie międzynarodowa, wszyscy z bagażem arcyciekawych opowieści z kajtowania np. w Zanzibarze, niekończące się rozmowy o złym i dobrym wietrze. Fajna odmiana!


Nawet patrzenie na surferów jest przyjemne.

Na plaży działa kilka szkół kitesurfingu, wszędzie odbywają się lekcje i trwają instruktaże.


Może za rok i ja do nich dołączę? :)