niedziela, 24 grudnia 2017

Wesołych Świąt

Jak co roku jesteśmy u moich rodziców. Laura wniebowzięta obecnością dziadzi i cioci zapomniała już o męczącej ją od tygodnia ospie. Tak, tak... U nas ostatnio wybitnie chorobowo. Każdy na coś innego :-S 

Najważniejsze jednak, że Laura wychodzi z kropek. Jest niesamowitym slodziakiem i przytulasem i wszystkich "ucha" (*kocha).

A my ją najbardziej.



Zdrowych i wesołych Świąt dla wszystkich. Spokoju, rodzinnych chwil i wiele magii. A w Nowym Roku spełnienia wszystkich marzeń.

niedziela, 3 grudnia 2017

Jesteśmy!

Przede wszystkim to dziękuję Wam, że o nas pamiętacie. Ja o Was też pamiętam :) Przykro mi było (jest) gdy nie miałam możliwości nic napisać, ale za każdym razem gdy czytałam wiadomość od Was było mi bardzo bardzo miło. 

Jak się pewnie domyślacie powodem, dla którego nas nie było, jest tak błaha sprawa jak permanentny brak czasu. Co robiliśmy w międzyczasie? No to tak zacznę od początku... Czyli mniej więcej od maja, kiedy to znaleźliśmy nasz wymarzony dom i postanowiliśmy go kupić. Wkrótce potem podpisaliśmy umowę deweloperską i ... tego samego dnia na moim biurku wylądowało rozwiązanie umowy o pracę za porozumieniem stron. Nie jestem Wam w stanie opisać co wtedy czułam, ale generalnie to pod farbą chyba totalnie osiwiałam w czasie tamtych dni. W dodatku szlag mnie totalnie trafił, bo raptem niecałe 2 miesiące temu dostałam niezłą propozycję pracy, którą nie przyjęłam, bo mój wówczas obecny pracodawca zapewniał mnie, że jestem potrzebna itp. Nie wiedzieliśmy czy lepiej wycofać się z umowy deweloperskiej czy negocjować z moim szefem. Stanęło ostatecznie na tym drugim, ale sytuacja w pracy nie była już dla mnie komfortowa. Co prawda zostało powiedziane, że dopóki nie znajdę czegoś nowego to mogę się czuć bezpieczna, ale wcale się tak nie czułam. W zasadzie codziennie rano przychodziłam do biura z duszą na ramieniu i pytaniem co znajdę na biurku... Oczywiście jak na złość znalezienie nowej pracy tak na zawołanie wcale nie było takie łatwe. Albo mnie nie chcieli, albo nie chcieli dać tego co ja chciałam :-] A naprawdę wybredna nie byłam. Stresu jaki wtedy czułam nie da się opisać. Moje ciało też zaczęło się buntować. Ucisk w klatce piersiowej totalnie mnie przerażał. Trochę pomogły wakacje na jakie pojechaliśmy wtedy bez Laury. W zasadzie to wyjeżdżałam w bardzo niewakacyjnym humorze, ale wszystko było już załatwione, zapłacone, nie dało rady odwołać. Zresztą dobrze, ze wtedy pojechaliśmy, bo potem już nie byłoby szansy na żaden urlop. Po powrocie rzuciliśmy się w wir załatwiania kredytu, co też okazało się mega wyzwaniem, bo wiele banków robiło nam problem z racji, że H. jest cudzoziemcem. Na szczęście trafiliśmy na naprawdę porządnego doradcę, który nas zgrabnie poprowadził przez wszystkie procedury. Całość jednak trwała tak długo, że dopiero tydzień przed terminem oddania inwestycji dostaliśmy pozytywną decyzję od banku, na którym nam najbardziej zależało. Potem na gwałt trzeba było szukać majstrów :-) Oczywiście wszystko spadło na mnie, bo H. choć naprawdę dobrze radzi sobie z polskim to budownictwa jeszcze nie opanował. Mnie, babie, też nie było łatwo, ale czasem czułam, że majstry same się nade mną litowały, że muszę się tym wszystkim zajmować i w sumie nieźle na tym wychodziłam ;-)

We wrześniu Laura zaczęła przygodę z przedszkolem. Myślałam, że po prawie 1 latach u niani z grupą dzieci pójdzie z górki, a tymczasem wcale tak nie było. Laurę chyba przytłoczył ten tłum w przedszkolu, w każdym razie przez prawie 2 tygodnie codziennie rano przeżywaliśmy istne katusze, płacze, wrzaski i rzucanie się na podłogę. Serce mi się krajało. Kombinowaliśmy z H. jak tu urwać się z pracy i odebrać ją szybciej, ale to nie pomagało. W końcu się przekonała, choć nie jest to jakaś wielka miłość. Bywają dni, że ciężko ją tam zaprowadzić, choć bardziej współpracuje gdy to ja ją odprowadzam. Niestety teraz robi to H. 

Po odbiorze domu złożyłam wypowiedzenie w pracy. Miałam już dość tej sytuacji, kredyt był już załatwiony, a poza tym ktoś musiał majstrów pilnować. Pracę wciąż szukałam choć przestało mi już tak zależeć. Dostałam w międzyczasie zlecenie na tłumaczenie pewnej książki więc zajęcie miałam do marca. Już sobie wyobrażałam jak w zimowe dni siedzę w moim pięknym salonie przy kominku i sobie spokojnie klepię tłumaczenie. Tymczasem po tygodniu siedzenia na budowie dostałam pracę na przyzwoitych warunkach :-] 

Prace na budowie postępowały szybko. Wszystko super pasowało, bo rano na spokojnie odwoziłam Laurę do przedszkola i jeszcze dość wcześnie ją stamtąd odbierałam. Dziecko było zadowolone :-) Ja zmęczona, ale szczęśliwa. Do końca września jednak nie udało nam się skończyć, pałeczkę dowodzenia przejął mój tato, a ja ruszyłam do nowej pracy.

Pod koniec listopada w końcu przeprowadziliśmy się na nowy adres. Wciąż czujemy się trochę jak w hotelu. Laura ma teraz tyle miejsca, że zasuwa hulajnogą po domu :)

Tak. A ja mam teraz czas by napisać ten post, bo Laurencja z tatą pojechali odwiedzić dziadków w Turcji. Wracają w przyszłą sobotę i na razie chyba dobrze się bawią. Same zobaczcie :-)