środa, 31 grudnia 2014

wtorek, 30 grudnia 2014

3-miesięczny Orzeszek

Właśnie stuknęły nam 3 miesiące. Ten trzeci miesiąc minął nam naprawdę szybko, nie wiem czy dzięki pobycie w Polsce czy też zmianom na lepsze... bo jest ich sporo :)

Najważniejszym wydarzeniem jest z pewnością ustąpienie kolek czy co to było. Po prostu jak ręką odjął. Nasza córcia nie pręży się już w spazmach i nie krzyczy z bólu. Jest dobrze! Wraz z przyjazdem do Polski odstawiliśmy lekarstwa i była to bardzo dobra decyzja, bo okazało się, że Laura wcale ich już nie potrzebuje. Poza tym zaczęłam trochę eksperymentować z jedzeniem. Było więc już troszkę smażonego, codziennie są sery, ba, na Wigilię była nawet łyżka kapusty i na razie jest ok. Wczoraj spróbowałam mandarynki i obyło się bez rewolucji. Pozwalam sobie też na makowiec - na razie nie więcej niż kawałek dziennie i jedną słabą kawkę i jest dobrze. Wiem też, że miód Jej nie uczula. Czuję coraz większą swobodę :)

Drugim kamieniem milowym są... kąpiele :) Nie pisałam już tu o tym, ale wciąż mieliśmy z tym problem. Otulanie Jej pieluszką niby początkowo przyniosło pewną poprawę, ale Laura wciąż była cała spięta i gdy tylko poczuła wodę na główce uderzała w płacz. Później tak naprawdę nie było już żadnej różnicy z pieluszką czy bez. Byłam nieco załamana... Gdy przyjechaliśmy do Polski rodzice namówili mnie by spróbować kąpać Ją jednak codziennie. Poza tym z każdej strony słyszałam opinie by nie przejmować się płaczem i kąpać codziennie. Pomyślałam, że to już chyba ostatnia opcja, której nie wypróbowaliśmy. No więc się zaczęło... Najpierw ryk w niebogłosy dzień w dzień przez niemal 2 tygodnie. A od kilku dni... udaje nam się przetrwać całą kąpiel bez płaczu w ogóle! Wczoraj miałam nawet wrażenie, że zaraz się uśmiechnie! Chyba wychodzimy na prostą :)

Spacery również idą nam lepiej. Nie wiem na ile to zasługa zimna, na ile otulenia kombinezonem i kocykiem, a na ile tego, że jest już po prostu większa... Ale wyprowadzona na spacer zasypia najczęściej po kilku minutach. Wreszcie spacery są przyjemnością. Z racji, że rodzice mieszkają w małej miejscowości, właściwie gdziekolwiek się nie ruszymy jest dobrze - równy teren, spokojnie, motorów praktycznie brak (zmora w Turcji! Zawsze mi dziecko wybudzą!) i równie chodniki. Wychodzimy codziennie na od 20 do 40 minut w zależności od pogody. Pod względem temperatury naszym rekordem jest -5. Dziewczyny, czy mogę wychodzić z Nią również gdy jest chłodniej? Mama mnie trochę nastraszyła i mam wątpliwości, bo dzisiaj temperatura u nas jeszcze bardziej spadła. Z drugiej strony widzę jak dobrze spacery na Nią wpływają (na mnie zresztą też :)) więc ciężko jest mi z nich zrezygnować.

Ogromną zmianą na lepsze jest też to, że nasza córcia wreszcie zaczęła interesować się zabawkami. Położona na macie edukacyjnej potrafi ze spokojem spędzić na niej bez płaczu ok.15 minut. Lubi być zabawiana grzechotkami i wszystkim co wydaje dźwięki. Czarno-białe obrazki tymczasowo poszły trochę w odstawkę, bo Laura woli wpatrywać się w inne, kolorowe wynalazki. Ćwiczymy chwytanie zabawek, a na macie przewrót na brzuszek. Laura strasznie się wkurza, gdy Jej to nie wychodzi. Natomiast przewroty na boki to już dla niej kaszka z mleczkiem, w szczególności gdy może wówczas popatrzeć na telewizor :)

A poza tym:
- Laura waży już pewnie około 6 kg jak nie więcej. Ostatnio ważona była przed naszym wyjazdem z Turcji i waga wynosiła 5200. Ciekawa jestem ile wyniesie po naszym powrocie.
- sporo urosły Jej włoski :)
- wciąż nie wiadomo jakiego koloru będą Jej oczy; na razie są brązowe z niebieską obwódką - słowo daję!
- ślini się na potęgę i ciumka paluchy. Trzymana na rączkach lubi też polizać sobie moją bluzkę :)
- jest dość pogodnym dzieckiem; całkiem chętnie rozdaje uśmiechy
- po czyszczeniu nosa robi minę z widocznym wkurwem :D
- uwielbia, gdy się do Niej mówi, słucha wtedy z uwagą
- nie lubi leżenia na brzuszku
- wciąż w nocy męczy Ją sapka
- budzi się najczęściej około 7:30 choć zdarza się, że dociągnie nawet do 9 :)
- ku mojej zgrozie jest telemaniaczką! Kto to widział by 3-miesięczne dziecko przerywało sobie ssanie cycka po to by spojrzeć na telewizor! Albo z całkowitym spokojem i wyraźnym skupieniem oglądało bajkę! Najśmieszniej jest, gdy H. włącza listy przebojów na np. MTV - Laura jak zaczarowana ogląda teledyski, a gdy na ekranie pojawia się prowadząca z zapowiedzią kolejnego przeboju Mała od razu wyraża swoje niezadowolenie :)

Naszym jedynym na chwilę obecną problemem są wciąż drzemki w ciągu dnia. Średnio co 1,5-2 godziny kończą Jej się baterie więc przystępujemy do usypiania. Przyjęliśmy z H. najpopularniejszy turecki sposób bujania na nogach (siadamy, wyciągamy przed siebie nogi, kładziemy poduchę, na nią Laurę i delikatnie bujamy prawo-lewo), który jest super skuteczny i Laura dość łatwo zasypia. Śpi jednak mega płytkim snem i przeniesienie Jej gdziekolwiek jest praktycznie niemożliwe. Odłożona do łóżeczka wybudza się po maksymalnie 10 minutach, a często jeszcze szybciej. Nawet gdy delikatnie wysuwamy nogi spod poduszki, żeby się uwolnić, momentalnie się budzi. Jednym słowem jesteśmy udupieni. Wciąż ktoś musi być do Niej przyklejony. Próbowaliśmy też usypiania w domu w wózku. Również wybudza się tak szybko...

Oprócz tego jest... idealna :) Wiem, wiem... piszę tak słodko-pierdząco, ale kocham Ją z całych sił. Uwielbiam, gdy przytula się do mnie w nocy, gdy zasypia z rączką na piersi albo z policzkiem przytulonym do cycka po karmieniu. Gdy rano wita mnie swoim bezzębnym uśmiechem. Gdy przestaje płakać gdy biorę Ją na ręce. Moja! Moja! Moja!!!


Spanie "na filozofa"


Grzechotka jest spoko, ale nie tak jak TV
Nowa kumpelka naszej córci

Buziaczek powstrzymany przeze mnie w ostatniej chwli :)

sobota, 27 grudnia 2014

Już po Świętach

Jak to się dzieje, że na Boże Narodzenie czeka się całymi tygodniami, a potem rach-ciach i już po wszystkim? No u nas tak było. Znowu :)

Ze względu na Laurę byłam tym razem dość wyłączona z świątecznych przygotowań. Mama zresztą oglądała chyba w tym roku dużo Pani Gadżet i wyposażyła się w takie wynalazki, że siłę roboczą moich rąk można było z łatwością zastąpić siłą mechaniczną. Takie krojenie sałatki na przykład. Rany, ile ludzi trzeba było co roku do tej czynności zaprzęgać. A teraz wystarczy kubeczek z niteczką ;) raz-dwa i warzywa pokrojone. I like it!

Trochę jednak było mi przykro, że NIC nie mogę zrobić, tym bardziej, że moja mama generalnie pichcić uwielbia, ale do słodkości absolutnie się nie garnie. Czyli groziły nam wypieki z cukierni... no bleh... Ostatecznie dzięki H., który przejmował w tym czasie naszego Orzeszka mogłam pospiesznie skombinować super ekstra makowiec, nasze ulubione ciasto marchewkowe z tego samego przepisu, z którego korzystała Marta (prawda, że jednak jest świąteczne? :)) i ekspresowe ciasteczka św. Mikołaja w zamian za pierniki, które w mojej rodzinie robi się z babci prababci według starego przepisu - niesamowicie czasochłonnego (wraz z wyrabianiem i pieczeniem to robota na 4 dni) i mało ekonomicznego ;) Wszystkie wypieki się udały, miałam porobić zdjęcia, ale no... za późno sobie przypomniałam ;)

Śniegiem u nas niestety nie posypało. W Wigilię cały dzień lało i całkiem mocno wiało. Przez tą paskudną pogodę przez całe 5 dni kisiliśmy się w domu, bo niestety nie dało się wyjść. Nie wiem kto gorzej na to zareagował - ja czy Laura. Suma sumarum mnie zaczął dopadać wkurw przy byle gównie, Laura z kolei zaczęła wariować przy zasypianiu (marudzenie od 16, o 18 kąpiel, zasypianie i po 30 minutach oczy jak 5zł i tak średnio do 23 kiedy spać szłam również ja...). Ale już w pierwszy dzień Świąt doczekaliśmy się białego puchu i choć nie napadało go zbyt wiele to jednak atmosfera mocno się zmieniła :) 

Wigilia z kolei minęła nam trochę na wariackich papierach. W ogóle było to spore wyzwanie organizacyjne, bo do tej pory przyjeżdżała do nas babcia ze swoją mamą, czyli moją prababcią, która (pewnie nie uwierzycie) ma obecnie 105 lat. Zdrowie prababci, przede wszystkim to psychiczne, mocno się jednak pogorszyło w ostatnim roku i rodzice stwierdzili, że nie nadaje się już do transportu pomimo, że to 5 minut samochodem. Żeby więc nie było mojej babci smutno, rodzice zaplanowali obskoczyć dwie Wigilie :) Nie było to jednak takie proste przy prababci i Laurze... Ostatecznie kolację przesunęliśmy na wcześniejszą godzinę po to by po niej rodzice mogli szybko pojechać jeszcze do babć i żeby Laura nie wykończyła nas swoim marudkowaniem... Oczywiście nie udało nam się razem usiąść do wigilijnego stołu. Co jedną potrawę przerzucaliśmy sobie Laurę do rundek wokół stołu :) Potem trochę pospała mi na ramieniu, trochę popłakała i tak nam ten wieczór w skrócie minął :)

Ale pomimo tej bieganiny było całkiem świątecznie choć przyznaję, że z nadzieją myślę o Wigilii za rok, kiedy nasza pociecha będzie potrafiła chociaż usiąść i tym samym odciążyć nas na tą chwilkę.

Święty Mikołaj bardzo się w tym roku spisał i przyniósł naszej córci piękne prezenty. Przede wszystkim numerem 1 jest mata edukacyjna. O niej napiszę chyba osobny post, bo jest po prostu genialna! Bujaczek cieszy się mniejszym zainteresowaniem, ale też daje radę. Moim faworytem jest z kolei Tula. Wraz z wkładką dla niemowlaków, ale na razie zdążyliśmy wsadzić do niej Laurę raz i akurat wstrzeliliśmy się w Jej kiepski humor więc reakcję jaką dała na ten zakup nie uważam jeszcze za wiarygodną ;)

A jak Wam minęły Święta? Posypało śniegiem?

Nasza Laurencja przed Wigilią tryskała dobrym humorem...

po to by w kulminacyjnym momencie kręcić na wszystko nosem :)

Pierwszy dzień Świąt minął nam w lepszym nastroju :)
Mama pozuje do zdjęcia z córcią, a córcia... zerka na telewizor of kors!

Tak sobie spacerujemy w Polandii!

Nasza familia



środa, 24 grudnia 2014

Wesołych Świąt!!!

Z okazji Świąt Bożego Narodzenia życzymy Wam 
niezapomnianych rodzinnych chwil i dużo, dużo magii!
Aby wszystkie wypieki się udały, ba, powaliły wszystkich na kolana!  
Aby dzieci były grzeczne, a mężowie niewk***
 Aby słońce świeciło dla Was codziennie, zdrowie dopisywało, a diety przychodziły z łatwością i dawały super rezultaty!
 Jednym zdaniem - spełnienia wszystkich marzeń!


PS. Dlaczego, dlaczego ZNOWU nie ma śniegu na Święta????!!!!

wtorek, 16 grudnia 2014

Słów kilka o połogu

Dziś temat mało świąteczny, a mianowicie połóg :) U mnie zakończył się już dawno temu, ale korzystając z pobytu w Polsce wybrałam się do ginekologa. Jest to więc taka kropka nad "i" i okazja by pociągnąć temat.

W Turcji na wizyty kontrolne po porodzie się nie chodzi (sic!). Niby znam to państwo od podszewki, a i tak zadziwia mnie na każdym kroku :-] po porodzie nikt nawet nie zainteresował się moimi szwami. Po prostu nikt. Nawet nie powiedziano nam czy się rozpuszczą, czy trzeba będzie ściągać. Żeby się dowiedzieć, musiałam wysłać H. na spytki do pielęgniarek. Stwierdziłam więc, że skoro baby nie  chodzą tam do lekarza po skończeniu połogu, nie ma sensu, żebym się tam pchała i miała lekarzowi tłumaczyć na co ma patrzeć :]]]

Na wizytę umówiłam się będąc jeszcze w Turcji. Termin wyznaczony na 19:00 dzień po naszym przyjeździe. Dobrze, że umawiałam się jeszcze z Turcji, bo gdybym wiedziała, jak nasza sytuacja będzie wyglądała w Polsce to chyba bym się nie odważyła (ale o tym następnym razem). W każdym razie odciągnęłam porcyjkę mleka (Laura jednak potrafi pić z butelki, ale tylko wtedy gdy jest naprawdę głodna) i z duszą na ramieniu wybrałam się w wiadomym celu. Byłam już w drzwiach, gdy zaskoczył mnie tata gotowy do wyjścia razem ze mną :D Heheh, mój tata - od niedawna emeryt, nie jest przyzwyczajony do nic-nie-robienia, wiecznie wyszukuje dla siebie nowe zadania. Nie miałam siły z nim dyskutować (tym bardziej, że wiem, iż to zupełnie bez sensu - taki z niego uparciuch), skomentowałam więc tylko, że pierwszy raz z ojcem do ginekologa pojadę, no ale trudno :-]

Po drodze zaczął tak intensywnie padać śnieg, że w moment zmienił się cały krajobraz. Było biało, zimowo - świątecznie! Tata oczywiście zaraz zaczął podkreślać, że jak dobrze, że wybrał się ze mną, no bo przecież w taką pogodę prowadzić auto to nie lada wyczyn!

W poczekalni szybka odliczanka - 6 bab plus jedna w gabinecie. Okazało się, że umówienie wizyty na godzinę to jedno, a rzeczywistość to drugie :-] Tata zaczął głośno komentować co myśli o takiej organizacji i również głośno pyta mi się czy te dwie starsze panie (siwiuteńkie babcie) również czekają na wizytę. Odpowiedziałam przez zęby, że jak go to ciekawi to niech je zapyta... Trochę spanikowałam, bo nie brałam pod uwagę dłuższej nieobecności w domu niż godzinka. 19:00 to akurat czas, gdy usypiamy Laurę i moja obecność jest wówczas kluczowa :) Stwierdziliśmy z tatą, że czekamy do 20, jeśli do tej pory nie uda się wejść do gabinetu to jedziemy do domu.

Zamiast czekać pod gabinetem puściliśmy się do Biedry - ahh te polskie zakupy! Nic to, że w Biedrze same produkty firm-krzaków, o których w życiu nie słyszałam, narzekać nie będę. Wróciliśmy po niemal 20 minutach, a tam... jedna baba  w poczekalni. Tata znowu okazał się mistrzem komentarzy i cała recepcja usłyszała, że "w tak krótkim czasie to nawet w oczy nie zdążyłby spojrzeć 5 babom" :) :) :)

Wizyty opisywać nie będę ;) Generalnie wszystko ok, mój szew został pochwalony, że równy (a myślałam, że pani Ayse spartoczyła sprawę, bo przecież szyła mnie kiedy ja cała w drgawkach podskakiwałam na stole co parę sekund), aczkolwiek podobno "mocno mnie ciachnęli" :-]

Dostałam receptę na tabletki anty i wio do domu.

Z połogiem generalnie nie miałam problemów. Wszystko całkiem szybko się skończyło i nie było tak krwawo jak się tego spodziewałam. Moje wyobrażenia jednak trochę odbiegały od tego jak to wszystko wyglądało w rzeczywistości. Bez wchodzenia w szczegóły, nikt mi na przykład nie powiedział, że ogolenie się do porodu ma również swoją czarną stronę.... :-> Wiecie o co mi chodzi? Ano o to, że włosy jednak, kurde, odrastają i w końcu osiągają długość 1cm kiedy to nawet i bez rany w wiadomym miejscu można oszaleć podczas chodzenia :>>>> Mnie się to przydarzyło dokładnie tydzień po porodzie i myślałam, że zwariuję. Na początku nawet nie skumałam w czym rzecz i byłam przekonana, że coś mi się zaczęło paprać. Pamiętam, że byliśmy wtedy na kontroli bilirubiny u Małej i przy okazji zahaczyłam o porodówkę, znalazłam jakąś pigułę i kazałam sobie zaglądać. Położna stwierdziła jednak, że wszystko ładnie się goi więc nie mogłam rozkminić o co kaman. Ten i kilka następnych dni spędziłam chodząc w rozkroku :D

Na dzień dzisiejszy nie mam żadnych problemów. Żadnych oprócz jednego, który ciągnie się za mną już od porodu. Ból kości ogonowej. Też to miałyście? Na początku był strasznie dotkliwy - w szczególności przy wstawaniu i siadaniu, ale też przy leżeniu długo w jednej pozycji, na przykład na boku. Teraz mogę już normalnie siadać, ale gdy odchylę się do tyłu lub spędzę kilka godzin leżąc na boku (czyli codziennie śpiąc z Laurą w łóżku) czuję rwący ból. Powiedziałam o tym polskiemu ginekologowi i nie był tym faktem zachwycony. Powiedział mi jednak tylko, że przed drugą ciążą powinnam zrobić sobie rentgen tego odcinka, bo może podczas porodu kość pękła albo się przemieściła. Nie wiem jak dla Was, ale dla mnie to brzmi dosyć poważnie i zastanawiam się nad wizytą u ortopedy jeszcze przed powrotem do Turcji, chociaż ze względu na Święta nie jest to łatwe zadanie.


niedziela, 14 grudnia 2014

Wyprawa do Polandii

Wydawało mi się, że będę miała tu w Polsce tyle czasu, że będę mogła i wypić kawkę i poczytać gazetkę, ale niestety nic z tego. O tym dlaczego następnym razem, teraz szybko ogarnę naszą podróż do Polandii.

Jednym słowem – dotarliśmy.

Jak minęła podróż? Całkiem nieźle.

W drogę wyruszyliśmy o 6 rano. Na początek lajcik – niecała godzinka na lotnisko, Laura pięknie przespała niemal całą trasę. Na lotnisku wrzuciliśmy ją do wózka. Przezornie podłożyłam pod materacyk kołderkę tak by mogła się rozglądać dookoła. Podziałało! Obudzona obserwowała z uwagą otoczenie. Odprawa troszkę trwała, bo okazało się, że bilety, które kupiliśmy oddzielnie na trasie najpierw do Stambułu i potem do Berlina i później telefonicznie połączyliśmy je w lot z przesiadką wcale nie są połączone. Dla nas oznaczałoby to tyle, że musielibyśmy odbierać bagaż w Stambule i ponownie go nadawać, czego bardzo chcieliśmy uniknąć. Ostatecznie udało się sprawę załatwić, pani ze stanowiska wydała mnie i Laurze bilety również na kolejny lot, ale coś w systemie, nie wiadomo bliżej co, nie zaskoczyło i H. miał się ponownie odprawiać w Stambule. Postanowiliśmy więc skorzystać z wszystkich przywilejów jakie dawała nam obecność Laury - czytaj obsługa bez stania w kolejce :-) 

Szybko nadaliśmy bagaż i dalej wio, z Małą w gondolce. Marudziła tylko wtedy, gdy musieliśmy się zatrzymać - np. stojąc w kolejce do otwarcia gejta.

Ku mojemu zaskoczeniu nikt nie marudził na widok naszej gondoli. Przypominam, że Turcy wożą maluszki w fotelikach samochodowych, a takie ciut większe w parasolkach, które oczywiście składają się do minimalnych rozmiarów. Z racji, że praktycznie nie podróżują nigdzie z niemowlaczkami, na lotniskach widać tylko parasolki. Obawiałam się co powiedzą na naszego Mutsego - bo chocby był jedną z mniejszych gondoli to jednak przy parasolce to dwuczęściowy gigant. H. był cały zestresowany tym jak się z nim obejdą. Mieliśmy oddać wózek przy wejściu do samolotu. H. już wyobrażał sobie najgorsze scenariusze - że nam go połamią, że będzie padał deszcz i gondola się pobrudzi. Albo, że wózek dostaniemy potem razem z walizką na taśmie, co jest niemal jednoznaczne z tym, że ktoś nią kilka razy rzuci. Do samolotu wchodziliśmy z rękawa. Przy wejściu H. zapytał czy możemy wnieść gondolę do środka. Obsługa niezbyt była tym zachwycona, powiedzieli, że jeśli miejsce obok nas będzie wolne, to ewentualnie możemy. Miejsce obok nas faktycznie było wolne, ale nam, uwaga uwaga, udało się wcisnąć gondolę do luku na bagaż podręczny! :) Było to super rozwiązanie, bo nie musieliśmy się o nią martwić i gdyby Laura była bardziej skłonna do współpracy, można byłoby ją też ułożyć w niej wygodnie do spania. Także gdyby się ktoś kiedyś zastanawiał nad podróżą samolotem z gondolką Mutsy - polecam :)

W samolocie trafiły nam się miejsca w środku - takie sobie, ale lot trwał tylko 80 minut, Przy starcie przeczekałam kołowanie i gdy tylko samolot wzbił się w powietrze elegancko wyciągnęłam cycka. Mała przyssała się i grzecznie zasnęła. Niecałe 15 minut po tym jak wypłuła z buzi cycka usłyszeliśmy komunikat o podchodzeniu do lądowania. Całą trasę z domu do Stambuły przebyłam więc z cyckiem na wierzchu :-]

W Stambule stelaż wózka faktycznie czekał na nas zaraz po wyjściu z samolotu. Postanowiliśmy najpierw rozprawić się z odprawą H. Podeszliśmy do kontuaru by pokazać się z Laurą i poprosić o pierwszeństwo w kolejce, a pani odpowiedziała nam, że ona nie wie czy może nas obsłużyć... No co za gulina. H. zrezygnowany ruszył w stronę końca kolejki, a ja zapytałam grzecznie ludzi czy możemy wbić się przed nich. Laura świetnie wyczuła moment i natychmiast zaczęła marudkować :) Nikt nie protestował :)

W Stambule mieliśmy niemal 3-godzinną przerwę w podróży. Załatwiliśmy więc śniadanie, przewijanie, posnuliśmy się po strefie bezcłowej. Martwiłam się, że przy przechodzeniu przez każdą bramkę będziemy musieli wkładać wózek na taśmę do skanu. Raz, że trochę byłoby z tym roboty, bo ciężki i pewnie nie zmieściłby się z kołami. No i Laurę trzeba by było wyciągać, czyli czasem przerywać jej cenne drzemki. Przypuszczam, że wynikało to trochę z lenistwa tureckiej obsługi, ale przez bramki przejeżdżałam razem z wózkiem, a potem kazano mi przechodzić samej jeszcze raz. Czasem macali trochę wózek, ale dziecka nie kazali wyciągać.

Czekając na drugi lot starałam się nie ułatwiać jej drzemki, bo wolałam, żeby pospała w samolocie. W końcu mieliśmy przed sobą jeszcze prawie 3 godziny w powietrzu. Skończyło się to na tym, że po wejściu do samolotu była już tak śpiąca, że mowy nie było, żeby z nią usiąść. Właśnie te momenty były najtrudniejsze - gdy czekaliśmy, aż ludzie ulokują swoje bagaże i usiądą, a potem samolot wystartuje. Między fotelami jest naprawdę mało miejsca, a nasza córcia nie bardzo reflektuje na zabawianie na kolanach. Chodzic, panie, chodzić! Ewentualnie bujać na wyciągniętych nogach (o tym też kiedyś muszę napisać) co oczywiście w samolocie, ba, w jakimkolwiek środku transportu jest niewykonalne. Miejsca trafiły nam się tym razem z tyłu samolotu. W sumie to się nawet ucieszyłam, bo było blisko do kuchni na tyłach. Od razu poszłam tam przywitać się ze stewardesami i uprzedziłam, że odwiedzimy je, gdy dopadnie nas kryzys :) Aż do ostatniego momentu przed wystartowaniem spacerowałyśmy sobie między fotelami. Miałyśmy też niezłą miejscówkę między kiblami - tam było trochę więcej miejsca. Byłam tak przejęta sytuacją, że nie zauważyłam, gdy Małej się kimnęło :) Do tego zasnęła tak twardo, że nawet nie zareagowała, gdy po wystartowaniu w obawie o jej uszy wcisnęłam jej do buzi cycka. Trochę byliśmy przestraszeni czy nie przyjdzie nam potem za to zapłacić, ale z drugiej strony wszystko wydawało się wyglądać idealnie - Mała w głębokim śnie już na starcie :D To może teraz z godzinka spokoju przed nami? :) Ojjj naiwność... Gdy tylko samolot osiągnął wysokość, Laura otworzyła oczy. I uwaga, uwaga - to by było tyle ze snu podczas całego lotu!

No nie chciała zasnąć za jasną anielkę.... Spacerowałyśmy więc między fotelami, bujałyśmy się przy kibelkach, z racji, że znowu mieliśmy wolne miejsce obok siebie, kładłam ją na wolnym fotelu i zabawiałam czym popadnie. Na szczęście córci dopisywał dobry humor. Rozglądała się z zaciekawieniem na wszystkie strony. Ja z kolei byłam napięta jak ta struna... w obawie kiedy zacznie ryczeć :-] Dwoiłam się więc i troiłam, żeby do tego nie dopuścić i z niecierpliwością spoglądałam ile minut zostało do lądowania. Nad Budapesztem zmieniłyśmy pampka :) raczej hobbistycznie, żeby nam czas szybciej minął :D Z racji, że to tylko siuśki, to nie próbowałam nawet wbijać do kibelka. Nienawidzę kibli w samolocie. Człowiek w pojedynkę ma tam problem by się rozebrać, a co dopiero z dzieckiem. Widziałam tylko, że półka do przebierania dziecka jest centralnie nad kiblem więc zupełnie mi się nie uśmiechało zanosić tam Laurę.

W końcu dotarliśmy nad Berlin, przyszła więc kolej na cycka :) Po 20 minutach byliśmy już na lądzie. W Berlinie czekała nas jednak niemiła niespodzianka - z samolotu na lotnisko przechodziliśmy pieszo (!) i nikt nie wystawił nam stelażu wózka, Pobiegłam z prośbą do pracowników, ale jedyne co usłyszałam to NEIN! Cóż, witamy w Europie - żegnaj wschodnia życzliwości ludzka! Był to mały dramacik, bo przez to oprócz zaplanowanego bagażu podręcznego plus prawie 6-kilogramowego klopsika w postaci Laury mieliśmy teraz do dźwigania również gondolę. Samotna w podróży matka w życiu by sobie nie poradziła. Przy kontroli paszportów znowu skorzystaliśmy z przywileju pierwszeństwa. Mała świetnie wyczuwała te momenty, gdy powinna włączyć syrenę :D Niestety gorzej jej szło wyczucie tego, kiedy powinna ją wyłączyć. Czekanie na walizki minęło nam na słuchaniu laurowego koncertu. Z racji, że nie mieliśmy stelażu, musiałam ją nosić i po chwili myślałam, że wyjdę z siebie i stanę obok. Laura w kombinezonie - ryczy, wije się i prawdopodobnie gotuje. Ja w zimowym płaszczu, z torbą z laurowymi pierdołami. W kieszeni dzwoniący telefon. Aaaaa!

Gdy w końcu nadjechała walizka i stelaż, wrzuciłam Małą do wózka, a ta zamknęła paszczę. No cud! Czyżby początek romansu z Mutsim? :)

Na lotnisku czekał już mój tata, który przyjechał po nas ze swoim kolegą. Był zachwycony i mega wzruszony widokiem wnusi.

Ja wreszcie odsapnęłam, bo wydawało mi się, że podróż już można uznać za skończoną. Ohh jak się myliłam... Laura w samochodzie najpierw pięknie zasnęła, by po 30 minutach zacząć zawodzenie, które trwało z BARDZO krótkimi przerwami aż do domu... Miałam ochotę wyskoczyć z samochodu przez okno. Wiem, że była zmęczona podróżą i przypuszczam też, że nie podpasował jej fotelik samochodowy. My już nie mogliśmy wziąć naszego, nie chciałam też by rodzice kupowali nowy patrząc na okres jego użytkowania jaki nam pozostał. Rodzice załatwili więc fotelik od "znajomych znajomych". Okazał się jednak całkowitym bublem. Jest głęboki i twardy. Mała wyła i nic jej nie uspokajało.

Ale dotarliśmy do domu :) Po takim koncercie ryk przy kąpieli nie robił już na nas wrażenia. Mała zasnęła w 5 minut.

Prawdę powiedziawszy, ja też :D

Wnioski z podróży?

1. następnym razem nie będę się nawet zastanawiała nad lotem do Stambułu - Laura nawet nie zorientowała się co się świeci
2. cycek w podróży to MEGA wygoda
3. ubranie na cebulkę bardzo się sprawdziło - na lotniskach było chłodno, zdarzało się, że musieliśmy wychodzić na zewnątrz, w samolocie przed startowaniem było gorąco, potem znacznie zimniej
4. jeżeli w samolocie nie ma tych łóżeczek, które podwiesza się przed pierwszym rzędem foteli, miejsca z tyłu są całkiem ok, bo blisko do jedynego kąta w samolocie, w którym można schować się z płaczącym dzieckiem. Minus tych miejsc jest natomiast taki, że non stop przechodzą obok wycieczki do kibelka podczas kiedy ty na przykład karmisz
5. nie ma co się wstydzić tylko trzeba uderzać z niemowlakiem na przód kolejki
6. nasze najważniejsze odkrycie GONDOLKA MUTSY MIEŚCI SIĘ W LUKU. Wchodząc do samolotu do Berlina już nawet nikomu się nie pytaliśmy o zgodę. Steward zatrzymał H. i zwrócił mu uwagę, że nie możemy wnieść jej do środka, ale H. udowodnił mu, że gondolka wchodzi do luku i może nam naskoczyć :D
7. nie nazwałabym podróży z niemowlakiem (jeszcze) przyjemnością, ale jak trzeba to można :)

Na lotnisku w Stambule nie zabrakło świątecznych dekoracji


Jakie te fotele w samolocie interesujące!
Pierwsza odsłona Taty :) Na śniadanku w Stambule

Grunt to się nie zatrzymywać :-]


sobota, 6 grudnia 2014

U Was Mikołajki, a u nas...

Najpierw słowo o Mikołajkach.

Jedno.

Uwielbiam! :-) Od zawsze 6 grudzień oznaczał dla mnie tak naprawdę rozpoczęcie świętowania. Jeżeli świąteczny nastrój nie włączał mi się wcześniej, 6 grudnia wszystkie moje bożonarodzeniowe receptory reagowały ze zdwojoną siłą. 6 grudnia to jest dla mnie dzień pełen magii, nieważne czy za oknem pada śnieg czy nie (choć pamiętam białe Mikołajki jak z bożonarodzeniowej pocztówki!), a to wszystko zawdzięczam moim rodzicom. 

Moja mama wraz z rozpoczęciem grudnia zaczyna dekorować świątecznie dom i włączać kolędy. Tata zaczyna palić wieczorami w kominku i instalować w ogrodzie światełka. Odkąd pamiętam 1 grudnia dostawałam od mamy kalendarz adwentowy z czekoladkami. Raz trafił mi się taki wypasiony, w którym zamiast czekoladek były drobne zabawki i inne pierdołki typu temperówka, gumka do mazania, itp. Jezzu, jak on mi się podobał! Wszystkie kalendarze pieczołowicie zbierałam po to, by w następnym roku przystroić ściany mojego pokoju. A w latach 90. kalendarze były o wiele ładniejsze, wiecie? Teraz trudno jest dostać taki z ładnym obrazkiem. W mojej rodzinie wszystkie te tradycje trwają do dziś. Wczoraj rozmawiałam z mamą przez telefon. W tle słyszałam kolędy. Mama poinformowała mnie, że kalendarze adwentowe dla mnie i H. już czekają (H. od kilku lat bardzo sprawnie ogarnia obydwa i za cholerkę nie potrafi ograniczyć się do jednej czekoladki dziennie) :-) Zamknęłam oczy i już czułam zapach domu. To są właśnie takie chwile, dzięki którym wiem, że po prostu MUSZĘ być w domu na Święta. Nawet gdybym mieszkała na drugim końcu świata, po prostu MUSZĘ wrócić. 


Czy u Was też stawia się buty na parapecie, żeby Mikołaj miał gdzie zostawić prezenty? Dzień przed Mikołajkami to był dzień pucowania butów. Bo w brudnych, rzecz jasna, Mikołaj prezentów nie zostawia, ewentualnie rózgę. A butów do czyszczenia miałam zawsze dwie pary - jedne szły do postawienia na parapet w naszym domu, druga para jechała do domu babci. Kiedy już byłam starsza uwielbiałam późnym wieczorem wychodzić na spacer i spoglądać na buty postawione w oknach domów. Możecie się śmiać, ale u nas wszyscy podporządkowują się tym tradycjom. Moi rodzice też czyszczą swoje buty i dobrze wiedzą, żeby lepiej o tym nie zapominać. Moja mama kiedyś o to nie zadbała i rankiem 6 grudnia spiesząc się do pracy wsadziła nogę do kawioru w kozaku :D

6 grudnia to był też dzień, w którym ubierałam swoją choinkę w moim pokoju. Sztuczną, ale piękną! Co roku na inny kolor - czerwony, złoty, biały... Oprócz tego, na kilka dni przed Świętami tata przywozi zawsze prawdziwą choinkę. Ba, chojnę! Musi być ogromna, gęsta i koniecznie pod sam sufit, żeby wszystkie nasze bombki się na niej zmieściły, a mamy ich od groma i co roku przybywają nowe :D

Od kiedy wyjechałam na studia, Mikołajki spędzam poza rodzinnym domem. Nie ma już tego uroku, ale zawsze wrzucam coś H. do buta, choćby małą czekoladkę. No i ubieram choinkę. W Stambule ubierałam taką miniaturkę, ale była! W tym roku odpuściłam sobie choinkę i dekorowanie mieszkania, bo i tak cały grudzień spędzimy w Polsce. Ale już od przyszłego roku nieważne gdzie będziemy, ze względu na córcię zadbam o wszystkie te tradycje. Chcę, żeby miała takie wspomnienia z dzieciństwa jak ja. To skarb na całe życie.

Mała Kasia z mamą po ustawieniu butów na parapecie :)


A jak my spędziliśmy Mikołajki?

Tym razem trochę nie po chrześcijańsku :D

Pisałam kiedyś, że Turcy wierzą w moc 40 dni liczonych od narodzin dziecka. Jeszcze do niedawna dziecko przed ukończeniem 40 dni nie było wyprowadzane z domu, a kiedyś tam (mam nadzieję) jeszcze dawniej nawet kąpane. Kiedy opowiadaliśmy ludziom o dolegliwościach naszej Laury, o kolkach itp. często słyszeliśmy, że minie, gdy Mała skończy 40 dni. Wtedy też zwołuje się kobiety z okolicy i odmawia modlitwy zwane Yasin za zdrowie i pomyślność dziecka. Modlitwy prowadzi jedna kobieta, czasem żona imama, czasem po prostu ktoś, kto potrafi czytać Koran w oryginale (a nie jest to takie proste). Modlitwy polegają na odśpiewaniu wersetów ochronnych z Koranu. Dziecku przynosi się też upominki - tradycyjnie pieniądze lub złote monetki. Dalsze osoby kupują ubranka.

Jako osoba obserwująca to z boku mogę powiedzieć, że takie modlitwy mają swój urok, swoją moc :) Samo słuchanie tych śpiewów wprawia człowieka w melancholijny nastrój. Modlitwę Yasin odmawia się w celach ochronnych z różnych okazji. W zeszłym roku odmawialiśmy takie za H. gdy szedł do wojska.

Umówiliśmy się z H., że Laurę wychowamy w duchu obydwóch religii, że będziemy obchodzić zarówno święta muzułmańskie jak i chrześcijańskie. Że Laura będzie znała obydwie religie i kiedyś tam, jeśli będzie odczuwała taką potrzebę, zdecyduje, którą chce wyznawać. Z racji, że modlitwy te mają za zadanie zapewnić dziecku ochronę, nie widzę w nich nic złego.

Od narodzin Laury teściowa planowała te modlitwy. Przyznam, że drżałam z niepokoju jak Mała to zniesie - 1) w takim tłumie, 2)w tłumie, w którym każdy będzie chciał Ją dotknąć i ponosić, 3) bez płaczu przez minimum 2 godziny. Przez laurowe kolki modlitwy przesunęliśmy na dalszy termin, ale teraz w perspektywie naszego wyjazdu do Polski teściowa ponownie zaczęła namawiać nas na to przedsięwzięcie. Ostatecznie padło na dzisiejszy dzień. 

Przyznaję, że byłam cała zestresowana, bo bywają takie dni, gdy Laura tylko śpi i ryczy. I często uspokojenie Jej nie bywa wcale takie łatwe. A ja nie chcę karmić w tłumie obcych bab i nie mam też ochoty słuchać miliona pięciuset rad, że płacze bo Jej zimno/bo głodna/bo chora. Do tego wszystkiego w modlitwach tych biorą udział same kobiety, więc nie mogłam nawet liczyć na obecność H. No ale raz kozie śmierć - założyłam, że jeśli będzie wyć to po prostu zmyjemy się do domu.

Jak było? Ha! Allach chyba się nade mną ulitował i zesłał na moją córkę jakieś cudowne objawienie! Na początku Laura z zaciekawieniem rozglądała się dookoła. Po mniej więcej pół godzinie zaczęła wydawać z siebie pojedyncze jęki-zawodzenia typu "łe" i buzia w podkówkę, a potem znowu rozglądanie się :-) Czułam zbliżający się ryk. Gdy "łe" zaczęło się przeciągać, zwinęłam Małą do sypialni teściów i tam zrobiłyśmy sobie maraton karmieniowo-lulaniowy. Lulanie szło nam całkiem nieźle, bo kobiety zaczęły już swoje śpiewy, które działały na Małą uspokajająco :) Niestety niektóre kobiety przyszły z dziećmi, które bawiły się w pokoju obok i co chwilę coś zrzucały, albo trzaskały drzwiami. Laura więc zapadała w letarg po to, by za chwilę się wybudzić. Potem znowu wybrałyśmy się na spacer między ludzi. Na końcu zasnęła (bez płakania!!!!) w moich ramionach. No anioł, nie dziecko!

Żeby była równowaga, gdy tylko goście zamknęli za sobą drzwi zaserwowała nam ryk, że od razu włosy stanęły nam dęba. Moja córka chyba lubi tureckie spędy :-o !!!

Tak, mamo! Nigdy nie zgadniesz jak się zachowam!


wtorek, 2 grudnia 2014

Hity i shity

Uwielbiam czytać na blogach posty o ciążowych i dzieciowych hitach i kitach. Wierzę, że dzięki nim udało mi się uniknąć wiele zakupowych pomyłek. Po dwóch miesiącach bycia mamą udało mi się wygenerować swoją własną listę. Oto ona:

Hity:

1. Może zacznę niezbyt oryginalnie, ale kopertowe bodziaki to naprawdę super sprawa! I wcale nie tylko dla noworodków. Nasza pączusia ma już 2-ce, a wciąż lubię Ją w nie ubierać. Rach-ciach i bodziak założony, bo przekładanie tych normalnych przez głowę nie zawsze jest proste... w szczególności, gdy dziecię wije się i drze w niebogłosy. Ale.. no właśnie. Bez tego "ale" się nie obejdzie. Trzeba uważać na dekolty, bo te często gęsto bywają w tych koperciakach okropnie głębokie. Tak jak jestem zdecydowaną przeciwniczką przegrzewania, tak zdarzyło mi się przebierać Małą w środku nocy, bo nie dawało mi spokoju, że jest taka wygogolona pod szyją :-]

2. Jak już jesteśmy w temacie ubranek to równie dobrze sprawdziły się u nas na samym początku pajacyki z wmontowanymi niedrapkami. Tak naprawdę to nienawidzę niedrapek i wszelkich rękawiczek. Może przesadzam, ale wydaje mi się, że dziecko - takie bezbronne, jest wręcz ubezwłasnowolnione w tych cholernych rękawiczkach. Poza tym to ustrojstwo wciąż spada. Niestety na samym początku nie dało nam się ich uniknąć. Dziecięce paznokcie bywają ostre jak żyletki. Nasza córcia wciąż się gdzieś zadrapywała, czasem nawet do krwi. H. widząc poharataną buźkę córci gotowy był rzucić się na mnie z pazurami, bo gdy tylko mogłam, cichaczem ściągałam Jej rękawiczki. No, ale do brzegu. Moim trochę przypadkowym odkryciem okazały się pajacyki z wmontowanymi rękawiczkami, czyli taką dodatkową zakładką materiału przy mankietach. Chcesz - odwijasz i zakładasz rękawiczkę, nie chcesz - zawijasz i otwierasz rękawek. Polecam!


3. Idąc dalej tropem tekstyliów - daszek ochraniający przed słońcem do fotelika samochodowego. Używamy fotelik Maxi Cosi Citi. Nie wybierałam go osobno - był częścią naszego zestawu wózkowego 3w1. Już tak na marginesie, ale jestem z niego bardzo zadowolona. Jest wygodny, poręczny, z tego co się orientuję dość bezpieczny i przede wszystkim - Laura go uwielbia. Czasem, gdy już nie wiemy jak Jej dogodzić, wkładamy ją do fotelika i bujamy. Tak, tak - za bujaczek też może służyć. Problemem w czasie jazdy i nie tylko okazało się tylko... słońce. Nasza córcia co prawda jest pół-Turczynką, ale jej stosunek do słońca i upałów jest typowo polski :-] no nienawidzi, gdy słońce razi Ją w oczy. Zaczęłam więc na turecki sposób zasłaniać Ją pieluszkami lub chustą, ale strasznie mnie to wkurzało, bo raz, że wiejsko wyglądało to jeszcze szmaty przez cały czas zjeżdżały z fotelika. Aż tu pewnego dnia odkryłam przez przypadek w szafie zapomniany bonus do fotelika - tak, był dołączony do zestawu. Bawełniany czarny daszek. Od razu zamontowałam wynalazek do fotelika i się zakochałam. No bomba! Nie dość, że wygląda bardzo estetycznie, to jeszcze super się sprawdza. Ochrania nie tylko przed słońcem, ale i przed wiatrem. Od tamtej pory już nie zdjęłam go z naszego fotelika. Nie wiem czy można go kupić osobno, ale jeśli tak - polecam, polecam i jeszcze raz polecam!



4. I z maminych akcesoriów - koszule do karmienia "z dziurkami". Znaleźć dobrą koszulę do karmienia to niełatwa sprawa. Guziki, zatrzaski i kopertowe dekolty według mnie są zbyt skomplikowane jak na stan mojego ogarnięcia w środku nocy. Ale taka dziurka to już inna sprawa. Myk - odchylam i  już cycek na wierzchu. Myk - i schowany. O to chodzi! I do tego udało mi się obejść bez misiów, słoników i innych słodkości oraz babcinych koronek. Na porodówce czułam się nawet trochę kobieco. Koszule używam do dziś i patrząc na ceny piżam do karmienia takich na zimę - ze spodniami i długimi rękawami, zaczynam myśleć na obcięciem koszuli do długości bluzki i zestawieniu jej ze spodniami od innych zwyczajnych piżam.


5. A teraz z innej beczki. Pierogi :) Co prawda po porodzie w kwestii kulinariów miałam do pomocy teściową, ale teraz, gdy nasz Orzeszek ma już 2 miesiące, wciąż (często) zdarzają się dni, w których córcia jest dosłownie nieodkładalna i wówczas nie mogę zrobić nic. NIC - rozpoczynając od ugotowania obiadu i kończąc na pójściu do toalety. No a żołądka nie da się oszukać. Wtedy też wyciągam porcyjkę ulepionych własnoręcznie pierogów. Jest ochota na słodkie? - Proszę, oto z serem. Na wytrawne? - Do wyboru: z mięsem i ruskie. I jeszcze je pałaszując wzruszam się na myśl jak to je lepiłam - z brzuchem pod nosem, na ostatnich nogach, przeklinając, sapiąc i pocąc się w sierpniowym upale. Ale warto było. Ba, już wtedy wiedziałam, że warto, choć H. i teściowa niemal się na mnie obrazili, że biorę pod uwagę ewentualność, że nie będziemy mieli co jeść. Ja jednak wyznaję zasadę - przezorny zawsze ubezpieczony, no i ta przezorność bardzo mi się opłaciła. 

6. A teraz ze spraw kosmetycznych. Maltan - maść na sutki. Jest faktycznie tak dobra jak mówią. Te, które są już mamami wiedzą, że początki karmienia bywają ekhm... dość dramatyczne. Jest krew, ból i pot. I Maltan. Posmarowana po każdym karmieniu odczuwałam super ulgę. Pamiętam jak bałam się co zrobię, gdy maść się skończy, bo przywiozłam sobie tylko jedną tubkę :) Na szczęście, gdy byłam mniej więcej w połowie, przestałam odczuwać potrzebę jej używania. Mimo to wciąż jest u mnie w użytku choć już tylko raz - na noc. Dosłownie balsam dla wyciumkanych sutków :-]

7. Pociągając jeszcze wątek kosmetyczny - maść na rozstępy Elancyl. Chwalę, choć w kwestii rozstępów podobno sporo mają do powiedzenia geny. Ja mam to szczęście mieć te dobre, ale z tymi cholerami nigdy nic nie wiadomo. Wolałam więc nie ryzykować i trochę zainwestować w dobrą ochronę. Maść tu w Turcji jest dość droga. Nie wiem ile kosztuje w Polsce, ale pewnie mniej. W każdym razie u mnie się bardzo sprawdziła - zero rozstępów. Jest bardzo wydajna - wciąż nie skończyłam tubki, którą używam od początku 4. miesiąca ciąży. Z tą różnicą, że teraz smaruję sobie cycki. Jednym słowem warto.

8. I ostatnia pozycja w tym zestawie - kosmetyki do pielęgnacji bobasa Bubchen. Zachęcona pozytywną opinią Eweliny i piękną skórą Jej córeczki, kupiłam szampon, płyn do kąpieli i mleczko do ciała. Rezultat? Piękna gładka skórka. No skórka niemowlaka! Do tego łagodny zapach i podobno dobry skład (polegam na opinii mądrzejszych). 


A teraz nieuniknione kity:
1. Wydekoltowane pajacyki. Podobnie do kopertowych bodziaków, nadziałam się kilkakrotnie na pajacyki, które okazały się mieć dekolt prawie do piersi. I powtórzę się - tak jak nie jestem za przegrzewaniem, tak nie mogłam w nocy zasnąć spokojnie myśląc o tym, że Laura jest tak poodsłaniana, tym bardziej, że wiadomo - przykryć Ją po samą szyję kołderką nie mogę. No kit!

2. Karuzela Fehn. Niby niemieckie, a taki bubel. Karuzelę wybierałam długo, oj bardzo długo. Tak długo, że w końcu ubiegł mnie nasz znajomy robiąc Małej prezent. I tak, mając już jedną karuzelę w ręce, stwierdziłam że nie warto inwestować w drugą. Cóż, to się jeszcze okaże. I choć jak przysłowie mówi - darowanemu koniowi się w zęby nie zagląda, tak z całym przekonaniem mogę powiedzieć, że trafił mi się bubel. I problem w sumie nie tkwi w marce czy tym konkretnie modelu tylko w mechanizmie. Otóż karuzela jest najprostsza - z jedną zaledwie melodyjką. Ale to nawet i by starczyło, tylko to cholerstwo jest nakręcane. Czyli tak czy inaczej muszę sterczeć przy łóżeczku i co chwilę dokręcać mechanizm. Jedno nakręcenie starczy mi na ekspresową wizytę w kibelku. No shit!

3. Bujaczek-leżaczek Mamas&Papas Tokio Tea Party czy jakoś tam. Dałam się zmylić renomie firmy. Chciałam coś prostego, z melodyjką, ewentualnie wibracją. No i kupiłam. Oczywiście jako niedoświadczona mama nie zwróciłam uwagi na dwie najważniejsze kwestie - czy to się buja i czy oparcie jest regulowane. Otóż nie i nie :( Laura uwielbia bujanie. Wibracje nie robią na niej większego wrażenia. A oparcie to po prostu dramat. Niby producent zapewnia, że leżaczek jest przeznaczony dla dzieci od urodzenia, ale gdy tylko położyłam w nim Laurę od razu zrozumiałam, że to wielka pomyłka. Laurka - wówczas 3-dniowa - niemal siedziała (!) w leżaczku. Same zobaczcie:


Oparcie jest zdecydowanie za wysoko podniesione dla takich maluchów, poza tym jest całkowicie płaskie i po minutce nasza córcia była już niebezpiecznie przechylona w jedną stronę. Pasy trzymają tylko pupkę, ale cały tułów wraz z główką zwisa po bokach. No dramat. Poza tym oparcie jest proste jak decha - z pewnością nie można nazwać leżaczka wygodnym, w którym dziecko miałoby ochotę się zdrzemnąć. Bubel został szybko schowany, a my zaczęliśmy rozglądać się za czymś nowym. No i kupiliśmy jeden z modeli Chicco - prosta konstrukcja, tym razem bez melodyjek i wibracji, ale za to fajnie wyprofilowane, z miękkimi podusiami, trzystopniową regulacją oparcia i bujane. Nie mogę powiedzieć, że nie ma wad, ale jest to zdecydowanie bardziej udany zakup.

4. Chusta Pentelka. Jeśli któraś chce się przezornie zabezpieczyć w średniej jakości chustę, żeby wypróbować czy będzie w ogóle pasowała Wam i dziecku to odradzam. Ja właśnie nie chciałam za bardzo inwestować w chustę i kupiłam taką tańszą, byle by służyła nam do wyjścia do sklepu. Niestety teraz już wiem, że kupiłam prześcieradło nie chustę. Ustrojstwo jest dla mnie za długie, a materiał sztywny. Oczywiście do tego wszystkiego należy też dodać mój brak wprawy w wiązaniu. Z instruktażem z youtube nie daję rady. Wiem niby dokładnie jak ją wiązać, ale nie potrafię dobrze naciągnąć szmaty i ostatecznie i tak muszę Małą podtrzymywać ręką, a przecież nie o to chodzi. 

Na razie to tyle!