czwartek, 5 maja 2016

Wreszcie maj!

Naprawdę WRESZCIE! W kwietniu tyle razy chorowaliśmy, że aż uwierzyłam, że w tym miesiącu ciążyło nad nami jakieś fatum, które minie wraz z końcem miesiąca... Na majówkę bardzo się cieszyliśmy choć wszelkie wyjazdowe plany pokrzyżował nam fakt, że w poniedziałek H. musiał zasuwać do pracy. Liczyliśmy jednak na ładną pogodę i postanowiliśmy zorganizować sobie czas na miejscu we Wrocławiu.

Zaczęliśmy z przytupem, a jakże - Laura w piątek wróciła z żłobka z glutem. Taaa... trzy dni dokładnie chodziła tam w miarę zdrowa. A właściwie 2,5 no bo w piątek po południu już smarkała... Nawet nie chce mi się tego komentować, zapomniałam już jak to jest mieć w domu zdrowe dziecko. No ale do brzegu. Katar Laura ma właściwie przez cały czas więc przestał już robić na mnie wrażenie. Poza tym pogoda była tak ładna, że postawiłam na spędzanie czasu na dworze. W sobotę jednak nie daliśmy rady wybrać się gdzieś na dłużej, bo chociaż to były moje imieniny i powinniśmy jakoś ten dzień minimalnie uczcić to akurat wtedy tyle mieliśmy spraw do załatwienia, że na nic już nie starczyło czasu. Świętowanie rozpoczęłam od wizyty u stomatologa. Staram się wyleczyć jak najwięcej zębów jeszcze przed rozpoczęciem pracy, bo potem wiadomo, z czasem będzie jeszcze gorzej. Większość już ogarnęłam, ale jeszcze jest trochę do zrobienia :S egh to karmienie... ;-)

W niedzielę jednak postanowiliśmy zrobić coś naprawdę fajnego i tym sposobem wybraliśmy się do wrocławskiego zoo. Pogoda jednak jak na złość nie była już tak słoneczna jak w sobotę, ale było całkiem znośnie. Przypuszczaliśmy, że w zoo będą dzikie tłumy, ale to co zobaczyliśmy na miejscu przerosło nasze wszelkie wyobrażenia... Ostrzegawcze światełko zaświeciło nam się już wtedy, gdy wbiliśmy adres zoo do GPS, a to pokazało swobodny przejazd przez całe miasto i mega korki w obrębie 2km dookoła samego zoo. No i GPS nie kłamał. Gdy wreszcie zajechaliśmy pod jego bramę w poszukiwaniu parkingu oczom naszym ukazała się MEGA kolejka z kilkoma odnogami, która ciągnęła się przez bramę zoo na jakieś 500 m przez chodnik, a nawet most.... Za bardzo nie zrozumieliśmy za czym ci ludzie czekają, pomyśleliśmy, że w Hali Stulecia jest jakaś impreza, że jest jakiś koncert albo coś innego się dzieje... Tymczasem owa kolejka okazała się zwyczajną kolejką do kas. Dziewczyny, masakra. Całe szczęście coś nas tknęło i kupiliśmy bilety przed wyjściem z domu przez internet. Gdybyśmy tego nie zrobili, musielibyśmy wrócić do domu, bo czekanie w takiej kolejce oznaczałoby stanie przez co najmniej godzinę! 

W samym zoo nie było lepiej. Do każdego zwierzątka trzeba było się trochę przepychać i odczekać swoje aż zwolni się miejsce przy ogrodzeniu. Nam jednak nie zależało na tym by zobaczyć absolutnie wszystko. Chcieliśmy pokazać Laurze tylko ciekawsze zwierzęta i to w rozmiarach, które pozwalały na to by je zauważyła. Do Afrykarium jednak nie dane nam było wejść, a to chyba dość duża atrakcja w całym zoo. Kolejka podobna jak do kas. No i ci ludzie czekający cierpliwie z malutkimi dziećmi! Nie wiem czy to tylko nasze tureckie zwyczaje kazały nam się za głowy na to wszystko łapać czy to dla wszystkich było nienormalne.. :)

Dla Laury jednak te tłumy były dodatkową atrakcją, bo oprócz zwierzątek mogła oglądać dzieci. Na zwierzątka pokazywała paluszkiem i robiła zachwyconą minę. Wnioskuję, że bardzo jej się podobało. Na koniec dostała kopczyk frytek i była cała szczęśliwa :) Wyjazd zaliczam do udanych choć następnym razem chciałabym wybrać się tam w jakiś bardziej zwyczajny dzień ;) No i te ceny... owszem, zoo bardzo ładne, ale 40zł od osoby wydaje mi się jednak ceną trochę przesadzoną. 

W poniedziałek tata pomaszerował smutno do pracy, a my z Laurusią wybrałyśmy się do pobliskiego parku na spacer. Mieszkanie tuż przy ulicy jest niefajne, ale zdecydowaną zaletą naszego obecnego lokum jest to, że do całkiem ładnego parku mamy przysłowiowy rzut beretem. Przeszłyśmy z Laurą calutki park, biegałyśmy po trawie, rzucałyśmy sobie piłeczkę. Laura była zachwycona. 

Następnego dnia chciałyśmy powtórzyć taki spacer tym razem z tatą. Zabraliśmy nawet koc piknikowy i trochę przekąsek. No i wszystko pięknie się zapowiadało. Gdy wybraliśmy wreszcie miejsce idealne na rozłożenie koca, położyliśmy się i zdążyłam wypakować jedzenie... zaczęło kropić :D :D :D I to coraz bardziej więc szybciutko musieliśmy się ewakuować. A potem padało już cały dzień więc na tym skończyło się nasze majówkowanie.

Wciąż czekamy na słońce i ładną pogodę, ale u nas co chwilę pada. Prawdziwą wiosnę (choć tam pewnie już lato) zobaczymy raczej dopiero w Turcji. Został tydzień! A potem po powrocie Kasia zasuwa do roboty... po prostu nie mogę w to uwierzyć...








8 komentarzy :

  1. Kasiu czy to park poludniowy?
    Wygrzej sie w tej turcji. We wroclawiu zazwyczaj bylo cieplo latem ale jak to teraz to niewiem.
    Pozdrawiam cieplutko

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. To nie Południowy, ale do niego też mamy całkiem niedaleko :)
      Pozdrawiam

      Usuń
  2. My byliśmy kiedyś we wrocławskim zoo w drodze do Karpacza (odbiliśmy trochę specjalnie, żeby dzieciaki miały atrakcję- Eliza i mój bratanek, bo to czasy przed Lilą), to był maj (ale nie majówka) i też kolejki były dość spore... I powiem Ci, że wydaje mi się, że ceny i tak teraz nie są najgorsze, bo wtedy już byliśmy w szoku jak tam drogo. To był czas kiedy już regularnie jeździliśmy do niemieckich ogrodów zoologicznych i w porównaniu do tamtych cen- u nas była porażka. A Eliza i Dawid najbardziej i tak zapamiętali niedźwiedzia z epilepsją :) To pewnie dlatego, że to dla Nich to takie egzotyczne słowo, ta epilepsja :)
    Nie mniej jednak- chętnie bym się tam jeszcze raz wybrała. Może faktycznie uda nam się razem tam pochodzić. Tym bardziej, że my tu mamy dwie zwolenniczki kopców frytek :D

    Glut i nam towarzyszy cały czas niemal. Teraz nawet mnie dopadł :(

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Niedźwiedź tym razem był chyba największą atrakcją, bo cierpliwie pozował do zdjęć. Inne zwierzęta leżały znudzone w krzakach i wyglądały jakby wręcz chowały się przed ludźmi. Wcale im się zresztą nie dziwię. Na razie zoo jest dla nas ok, bo wiadomo, ze dla dziecka to atrakcja, ale gdy Laura już podrośnie zamierzam ją jednak wyedukować, że zoo to niezbyt fajna idea...

      No, ale gdy wpadniecie do Wrocławia z chęcią wybierzemy się jeszcze raz :) Może tym razem uda się dostać do Afrykarium :)) Ale na frytki zdecydowanie polecam inne miejsca. Te w zoo były po prostu obleśne i gdyby nie to, że wszyscy na świeżym powietrzu zgłodnieliśmy to chyba nikt z nas by ich nie ruszył :)

      Glut to już nieodłączna część naszego życia :( I kaszel też :((

      Usuń
  3. Jak ja bym pojechała tam z Tobą do tej Turcji :D choc nie powiem, u nas pogoda teraz powyżej dwudziestu stopni i aż chce się żyć! A z tymi planami to chyba juz tak jest, że jak się cos chce fajnie zrobić to wychodzi gorzej niż oczekujemy :) my tez byliśmy w zoo! Tylko że u nas luźno, choc tez drogo. Tak. 10,50€ za osobę. No ale cóż. Za coś te zwierzęta muszą utrzymać... I często do zoo sie nie chodzi :D oby glutki szybko odeszły! Moze to zęby? Ja je u nas obstawiam. Bo katar od tygodnia bez większych objawów chorobą raczej nie jest.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ja akurat teraz obstawiam alergie chociaż kto je tam wie. Bo zęby chyba na chwilę obecną zaserwowały nam pauzę, w każdym razie wszystkie trójki i czwórki są już na swoich miejscach ;)

      Usuń
  4. Oj Kochana, juz Turcja wola :) I Babcia i Tesciowa i Mama H. Pieknie!! Wypoczywajcie, objadajcie sie pysznosciami tureckiej kuchni i cieszcie soba oraz gwarantowana pogoda!!
    Fajnie znowu obejrzec zdjecia Laurki- rosnie panienka :)
    osobiscie bardzo lubie zoo... mam nadzieje, ze warunki tam panujace nie sa az tak zle?!
    Usciski i szczesliwej podrozy oraz udanego urlopu- czemak na dluuuga relacje i zdjecia!!!
    Buziaki :***

    ps. na frytki tez sie pisze :)

    OdpowiedzUsuń
  5. O, to juz lada dzien wylatujecie! :)

    U nas CALY ostatni tydzien padalo! Dzieciaki zachwycone, codziennie szalaly w kaluzach, a ja kilkadziesiat razy dziennie sprawdzalam prognoze, czy moze cos sie zmienilo. ;) Za to w tym tygodniu slonce i ponad 20 stopni, az chce sie zyc!

    Wiesz co, ja tez juz nie wyrabiam z chorobami... Nik wydaje sie zdrowy, za to Bi co kilka dni ma albo zapchany nos, albo jej z niego cieknie, albo pokasluje... Ja w zeszlym tygodniu mialam kluche w gardle, ktorej odkaszlnac nie moglam za cholere... Bi ma na poczatku czerwca bilans i chce poprosic pediatre o skierowanie na morfologie krwi i moze do laryngologa. Chce sprawdzic czy nie ma jakiejs anemii, no bo ciagle niezyty nosa i gardla? Kurcze, ile mozna? A laryngolog tez dobrze by bylo zeby spojrzal na jej migdalki. Tylko tutaj dostanie skierowania do specjalisty graniczy z cudem, no ale zobaczymy. :/

    Mialam podobne spostrzezenia kiedy bylismy z dziecmi na "Tomku". Do kazdej atrakcji kolejki jak za PRL'u, a ludzie stoja z maluszkami! Kurcze, nawet moj Nik wymiekal! Bi juz starsza, wiedziala na co czeka i grzecznie stala. Ale Nik? Latal naokolo i smecil, ze chce juz do domu. ;) A widzialam ludzi z niemowlaczkami i dziecmi 1-2-letnimi! Rozumiem jak sie ma starsze dziecko i nie ma z kim zostawic malucha. Ale sporo widzialam dzieciaczkow w wieku Laury, ktore marudzily, plakaly, a rodzice uparcie z nimi tam krazyli, chociaz starszego rodzenstwa nie dojrzalam...

    OdpowiedzUsuń