piątek, 22 lipca 2016

Ostatnie dwa tygodnie w wielkim skrócie

Ojoj, ale nam się porobiły zaległości w blogowaniu. Patrzę na ostatni post i wydaje mi się, że wieki minęły. Czas mija mi niesamowicie szybko. Od kiedy zaczęłam pracować działam dokładnie jak zaprogramowany robot - dosłownie każdą minutkę w ciągu dnia mam zaplanowaną, a gdy padam wieczorem po położeniu Laury spać nie chce mi się nawet ręki podnieść by herbaty się napić. Także ten… blogowanie mi ostatnio nie po drodze.


Ale do brzegu.


Dawno, dawno temu, bodajże tydzień po ostatniej notce, zrealizowaliśmy nasz plan odwiedzenia dziadków i w piątek po pracy wsiedliśmy w auto i wyjechaliśmy z Wrocka. Nie, niestety nie poszło nam to tak szybko jak brzmi. Wyjazd z samego miasta trwał prawie godzinę, a o beznadziejności polskich dróg na tej trasie mogłabym pisać elaboraty. Laura była i tak bardzo dzielna i obyło się bez większej histerii, ale tylko i wyłącznie dzięki kreatywności mamy i tureckim bajkom oglądanym w moim telefonie. Nasz nowy must have to będzie mocowanie do tabletu na oparcie fotela - taki “telewizorek” będzie dla mnie wybawieniem, bo od trzymania telefonu w ręce przed Laurencją prawie ręka mi odpadła :)


U dziadków oczywiście szaleństwo. Pieski, dziadek, ogród, babcia jedna i druga, pełno schodów - niekończące się atrakcje. Widok Laury tak świetnie dogadującej się z dziadkami i ciocią to miód na moje serce. Laura oprócz zabaw z pieskami, zaliczała też całkiem długie spacery i wszystko na nóżkach - wózka nawet nie wyciągnęliśmy z bagażnika auta. Dziadki oczywiście jak zwykle zaszaleli i sprezentowali wnuczce rowerek. Laura była zachwycona. Poza tym u dziadków odnalazła jeszcze samochodzik, który dostała od nich przy okazji poprzedniej wizyty, a który z racji na brak miejsca w aucie musieliśmy u nich zostawić. Te dwa gadżety zupełnie nasze dziecko pochłonęły. Szkoda tylko, że pogoda średnio dopisała. Było zimno i wietrznie, także większość rundek na rowerku Laura pokonała dookoła stołu ;)

Laurencja na trasie


Po powrocie w niedzielę do Wrocławia Laura wieczorem urządziła nam taką histerię, że jeszcze dzisiaj ją pamiętam :) Niestety ostatnio dość często mamy takie akcje. Laura wyje nie wiadomo o co, a jak nie chcemy zrobić co ona sobie życzy to już w ogóle koniec świata. W to akurat popołudnie byliśmy zmęczeni jazdą, a na deser jeszcze dziecko nas przeczołgało. Gdy wreszcie poszła spać chciałam szampana otwierać.


Kolejny weekend był już bardziej spokojny. Sobotę spędziliśmy leniwie zaliczając spacerek do parku. Laura uwielbia tam się bawić chociaż z bujawek i innych atrakcji zdecydowana większość jest dla starszaków. Dla takiej drobizny jak Laurencja są tylko koniki na sprężynach, a to nuuuda. Laura z tęsknotą w oczach spoglądała na dzieci wspinające się na drewnianą wieżę by potem rurą-zjeżdżalnią zjechać na dół. Suma sumarum moje dziecko bawi się kamieniami i piachem. Wyposażyłyśmy się w wiaderko, kilka foremek i łopatkę i to był strzał w dziesiątkę. W szczególności teraz, gdy Laura zaprzyjaźniła się z piaskownicą. Wcześniej dostawała szału przy bliższym kontakcie z piachem, bo nie wiem czy o tym wcześniej pisałam, ale moje dziecko to pedant w 100%. Podczas jedzenia zużywamy niemal całe pudełko chusteczek, bo przy każdej kruszynce, która odważyła się spaść poza talerz, albo ubrudzonym paluszku Laurencja każe się wycierać. I nie ma zmiłuj się. Wcześniej, gdy wsadziłam ja w piaskownicę zareagowała dzikim wrzaskiem, bo piach oczywiście oblepił jej butki :D Teraz już jest mniejszym dzikuskiem i próbuje nawet swoich sił z babkami. Problem jednak pojawił się inny. Laura przeszła na dalszy etap eksploracji kamieni i piachu i … tak, ładuje je do buzi. To nic, że pluje i się krzywi. Po mojej interwencji robi to jeszcze raz i jeszcze…. Ostatnio już się poddałam i musiałam ją z placu zabaw wyprowadzić ;)


W niedzielę z kolei H. wyczaił gdzieś w necie informację, że w jednym z wrocławskich ch otworzył się turecki sklepik i że sprzedają tam świeżą baklavę. Mój mąż to łasuch więc plan dnia był już z rana gotowy. Faktycznie sklepik choć mikroskopijny okazał się świetnie zaopatrzony. Prowadzi go zresztą sympatyczna turecka rodzina. Baklava była świeżutka, H. więc zadowolony. Trochę przy okazji postanowiłam zapewnić też Laurze jakąś atrakcję i wzięliśmy ją do tamtejszej sali zabaw. Okazało się, że to była świetna decyzja, bo zdecydowana większość atrakcji była odpowiednia dla takiego malucha jak Laura. Mała była wniebowzięta. Biegała jak szalona od jednej zabawki do drugiej, zjeżdżała na zjeżdżalniach, wsiadała do samochodzików (lubi prowadzić, jak mama ;)) rzucała piłeczkami, a my napatrzeć się nie mogliśmy. Oczywiście wyjście z tego przybytku było nie lada wyzwaniem. H. ubrał buty pierwszy, złapał wierzgającą Laurę i gnał czym prędzej przed siebie by oddalić się możliwie jak najbardziej :)









Za chwilę kolejny weekend, ale ten zamierzamy spędzić wyjątkowo spokojnie. Laura po zabawie w sali zabaw w nocy dawała chyba upust nagromadzonym emocjom. Nie dość, że spała wyjątkowo niespokojnie to jeszcze w środku nocy się wybudziła i chciała się bawić. Nie robiła tego już od długiego czasu. Walczyłam z nią chyba z 3 godziny. H. miał ochotę płakać, bo od kilku dni miał już w pracy gorący okres i mnóstwo nadgodzin za i przed sobą :(


Co jeszcze, co jeszcze… Tak, muszę to zapisać ku pamięci, bo oto, drogie ciocie, Laura odnotowuje codziennie sukcesy z nocnikiem. Kupki od niemal tygodnia robione są tylko na nocnik. Laura pięknie pokazuje, że coś się święci. Najpierw szarpała się na pieluchę, gdy już sprawa była załatwiona, teraz bierze mnie za rękę i prowadzi do łazienki po nocnik. Oczywiście dla niej to głównie zabawa i najchętniej przez większość dnia biegałaby z gołym tyłkiem co chwilę siadając na tron, ale co najważniejsze, są sukcesy. A jaka dumna jest wtedy! Krzyczy “bak! bak!” (tur. patrz!) i bije sobie brawo. Moja euforia za pierwszym razem była nie mniejsza. Krzyknęłam tak głośno, że aż Laura się wystraszyła i uciekła, a H. mnie ochrzanił :)


Niania została uczulona na to by nie ignorować symptomów, ale nie wiem, chyba coś robi nie tak, bo gdy ją pytałam czy się udało, przyznała, że nie chociaż udało się złapać do nocnika siku. To z kolei nie udało nam się jeszcze w domu. W ogóle kupę robi teraz na raty, bo gdy tylko uda jej się coś wycisnąć jest radość, jest euforia i przez to przerwa w akcji (sorry za te szczegóły;)). W ten sposób od 16 do 20 Laura większość czasu spędza na nocniku :D


Oczywiście rozpacz była, gdy wyrzuciłam kupę do kibelka. Laura jest swoją produkcją zachwycona, nachyla się, podziwia z bliska, muszę szybko interweniować, bo mam wrażenie, że zaraz weźmie w rękę ;) Gdy kupa zniknęła w otchłani toalety dziecko moje oszalało z rozpaczy. Ale spokojnie, edukacja trwa, z każdym dniem jest coraz lepiej ;)


No, to na razie tyle. Za chwilę podsumowanie miesiąca, a mam kilka niuwsów dot. laurencjowego gadania :)

5 komentarzy :

  1. Oj usmialam sie z akcji nocnikowych :-D
    Super, ze znalazlas czas i ochote na oublikowanie notki. Milo poczytac co u Was.
    GOSIA

    OdpowiedzUsuń
  2. Uśmiałam się z końcówki notki :D. Naszemu Lokisiowi taki samochodzik, tylko żółty, kupiliśmy do domu ;). Jest zachwycony i uwielbia w nim przesiadywać :D

    OdpowiedzUsuń
  3. Też mamy za sobą etap smakowania piachu i kamieni. Chyba większość dzieci przez to przechodzi.
    Co do akcji z placem zabaw, to mamy takie szopki niemal po każdych urodznach, na które syn zostaje zaproszony.

    No i brawo dla Lauryza nocnikowe sukcesy.

    OdpowiedzUsuń
  4. Brawo dla Laury! :) Wesoło z tym nocnikowaniem. Gabi też podziwia swoje dzieła i dopatruje się w nich coraz dziwniejszych rzeczy. Ostatnio nawet był "kokodyl" czyt. krokodyl ;) ... U nas też piosenki na telefonie pozwalają nam dojechać do celu bez awantur ;)

    OdpowiedzUsuń
  5. Uczyniłaś mój poranek opisem Laurowych ekscytacji kupką:D haha w zupełności można sobie to wyobrazić! Teraz może ciągle siedzi na nocniku, bo to pewna nowość, ale w końcu się to unormuje. My dalej na pieluchach -,- więc gratuluję! A o histeriach nawet nie mów... Ja po takich akcjach niekiedy ustępuję, a potem mam wyrzuty sumienia, choć przynajmniej w ciszy.

    OdpowiedzUsuń