środa, 6 lipca 2016

Podsumowanie weekendu

Jak w tytule, bo naprawdę miło spędziliśmy czas.

Choć zapowiadało się nieciekawie. Nastawiliśmy się na wyjazd do moich rodziców, ale plany trzeba było tuż przed wyjazdem zmienić, bo dziadkom wypadły dwie niezaplanowane a obowiązkowe imprezy więc odpuściliśmy. Wyjaz przełożyliśmy na kolejny weekend, oby tym razem się udało.

W piątek mieliśmy nieziemski upał, po prostu od rana spływaliśmy. Z racji na to, że był to pierwszy dzień nowego miesiąca odwiozłam Laurę do domu niani, a nie do żłobka. Pod opieką niani zostało wraz z Laurą włącznie tylko 3 dzieci i niani nie opłacało się wynajmować do opieki dodatkowe mieszkanie więc przez lato będzie opiekowała się nimi u siebie. Spoko, problemu nie widzę (nie widziałam), bo miało być tuż obok. Ale właśnie w piątek dane mi było przekonać się, że nie jest. Kuurde, nie dość, że niania jest mi i tak nie po drodze i że jeszcze żłobek mieści się w miejscu, w którym ZAWSZE po południu tracę czas w korku to teraz będę jeździć jeszcze dalej. "Tuż obok" okazało się pojęciem dość względnym i oczywiście nie w kierunku zbliżającym go do naszego mieszkania. Jeździmy więc jeszcze dalej i to na sam koniec nowego osiedla - wąska droga, budowa, błoto, problem z zaparkowaniem i zawróceniem plus olbrzymie wały na drodze, przy których muszę się praktycznie zatrzymać. H. namawia mnie żebym rozejrzała się za innym żłobkiem, bliżej naszego mieszkania, tym bardziej, że wiemy, że jest ich w okolicy kilka. Mam jednak oczywiście milion wątpliwości, bo nie wiem czy warto fundować Laurze takie zmiany tym bardziej, że w okolicach maja chciałabym posłać ją już do przedszkola. No i pewności nie mamy, że do tego czasu będziemy mieszkać w tym samym mieszkaniu. Same niewiadome... ale to temat na tak naprawdę osobny post.

Do brzegu.

W piątek wieczorem tak naprawdę to byliśmy przerażeni. Oboje po całym tygodniu pracy i tych upałach byliśmy po prostu wykończeni, a Laura dała nam pokaz swojego buntu prawie-2-latka. Około 18 aż płakać mi się chciało.

W sobotę dziecko moje obudziło się już o 6:30 i ani myślało dać się matce chociaż poprzeciągać w łóżku. Nie pozostało więc nic innego jak zrobić sobie kawę i przenieść się do salonu... Po śniadaniu z obawy przed rozwinięciem się kolejnego kryzysu emocjonalnego Laurencji (tak, wnioskuję, że odstawia nam takie jazdy po prostu z nudów) zagnałam całą familię na spacer do parku. Chcieliśmy zdążyć przed największym upałem i deszczem zapowiadanym na popołudnie, ale i tak nam się nie udało. Gorąco było niemiłosiernie, ale w parku czekała na nas niespodzianka. Na miejscy trwał festyn, na który się szybko i sprawnie wkręciliśmy. Impreza była przednia, organizacja ogromna - pełno zabaw dla dzieci, klauny, animatorzy na szczudłach, stoliczki z zabawami plastycznymi, malowanie twarzy, baloniki, straż miejsca na koniach, straż pożarna z wozem strażackim, przedstawienie teatralne, poczęstunek w postaci naprawdę przeróżnych i bardzo smacznych przekąsek i słodkości... i to wszystko totalnie za darmo. Podczas jednej z zabaw podpytałam cichaczem jedną panią-klauna i dowiedziałam się, że organizatorem jest jedno z prywatnych przedszkoli&żłobków. Reklamę zrobili sobie na tyle skuteczną, że po powrocie do domu od razu ich wygooglowałam. Robią bardzo fajne wrażenie, szkoda tylko, że miejscem prawie nie różnią się od naszej obecnej niani :(((

Laura w każdym razie od razu odnalazła się w tym kolorowym tłumie. Śmiało podchodziła do stoliczków z ciastoliną, siadała na stołku i zagadywała inne dzieci. Kompletnie bez mojej asysty podeszła do klauna po balonik. Ludzi było masa, wszyscy rozkładali się na piknikowych kocach, całe szczęście, że my w wózku na nasze wyprawy do parku też zawsze wozimy swój :) Przekrój wiekowy dzieci był bardzo szeroki i chyba nie byliśmy jedynymi z zewnątrz na doczepkę ;-) W każdym razie kontroli nie było, wszyscy byli serdecznie zapraszani, częstowani itp. Bardzo miła atmosfera.

Laura zaciekawiona była innymi dziećmi, a także konikami. Gdy poszłyśmy je pogłaskać słyszałam jak z entuzjazmem mruczy i-haaa :)))) Największą furorę zrobiły jednak... bańki. Oprócz przyrządów do samodzielnego tworzenia mega baniek mydlanych była też maszynka do ich masowej produkcji. Laura biegała w obłoku baniek jak zaczarowana, próbowała je łapać, goniła wybrane, potem wracała... Normalnie napatrzeć się nie mogliśmy. 

Przeciągnęliśmy nasz pobyt tam maksymalnie, ale pora drzemki w końcu dała o sobie znać i Laurę na te bańki cholerne już szlag zaczął trafiać no bo ileż można za nimi biegać i nie złapać ani jednej? :) Dziecko wyciągaliśmy z imprezy siłą z wierzgającymi nogami. A w domu padła w ciągu 2 minut. 

Po południu rozkręcił się u nas deszcz więc resztę dnia spędziliśmy w domu, ale dopołudniowa impreza zapewniła nam jednak wystarczająco emocji. W niedzielę z kolei zaliczyłyśmy z Laurą kolejny, tym razem babski tylko wypad do parku. Mamy szczęście, że mamy go pod nosem. Moje dziecko może godzinami siedzieć w kamieniach i bawić się kompletnie samo :-]

No nic, pora na małą fotorelację.












7 komentarzy :

  1. Ojejku, bozienku ale Laurke wymeczyliscie ;)
    Lalunia do utulenia :*

    OdpowiedzUsuń
  2. Kocham weekend latem bo są długie, ciepłe i takie rodzinne, tyle się wtedy dzieje wokół nas , w naszym mieście jest co robić i gdzie iść.

    OdpowiedzUsuń
  3. Ech, patrzę na Laurunie i takie to było jeszcze niedawno maleńkie, a tu juz prawie 2-letnia dziewczynka z niezła czupryna na głowie! ;)

    Bańki, oj tak... Moje Potwory starsze, a też uwielbiają za nimi ganiać. Puszczają sobie czasem nawzajem i wzruszam sie jak ładnie sie wymieniają kolejnością. Bo ogólnie to jest walka, bo każde chce być we wszystkim pierwsze. ;)

    OdpowiedzUsuń
  4. O tak moje dziecko też mogłoby się godzinami bawić kamieniami, zwłaszcza jeśli w okolicy namierzy jakikolwiek zbiornik wodny co by mógł je spokojnie wrzucać.

    OdpowiedzUsuń
  5. Bańki to jest to! U nas starszy (prawie 7latek) puszcza, a mała (niemal roczna panienka) czeka z wyciągniętym paluszkiem aż któraś bańka trafi ;) w końcu po co sie przemęczać łapaniem �� a weekend mieliście super, zazdroszczę takiego parku. My niby mamy pod nosem i Błonia i Park Jordana, ale od następnego tygodnia Dni Młodzieży i przymusowe nieco uwięzienie w domu :/
    Polusia86

    OdpowiedzUsuń
  6. U nas bańki i kamienie były hitem u starszej, teraz już 9-letniej panny, i zaczynają być hitem i młodszej 1,5 rocznej :) Pozdrawiam i zapraszam gomuummugo.blogspot.com

    OdpowiedzUsuń
  7. No i widzisz- gdyby nie pobudka Laury taaaaaaka impreza by Was ominęła! Lila też uwielbia i koniki i bańki :) I kryzysy emocjonalne też oczywiście miewa, żeby nie było.

    Z tą nianią i dojazdami, to faktycznie kicha. Jednak bliżej domu to znacznie wygodniejsze rozwiązanie. Pytanie tylko, jak Laura zniosłaby taką zmianę.
    Buziaki

    OdpowiedzUsuń