sobota, 7 marca 2015

Ostatni wieczór w tureckim domu

Mieszkanie opróżnione. Walizki spakowane. Ufff..... Nie jestem w stanie wyrazić jak okropne zmęczenie czuję... Zmęczenie jest tak wielkie, i fizyczne i psychiczne, że aż przyćmiewa wszelki smutek, który czuję w związku z tym, że opuszczamy kolejne gniazdko, które z wielką troską nam tutaj uwiłam.

Jutro o 5 rano wyruszamy w drogę. Z racji, że ja zajęta byłam pakowaniem, Laura ostatnie 3 dni spędziła głównie z babcią. Gdy trafiała wreszcie w moje ramiona była cała rozdrażniona. Chyba brakowało Jej mamy... Teraz słodko śpi w swoim łóżeczku zupełnie nieświadoma, że to ostatni raz... 

H. po swojemu przeżywa nasz wyjazd. Raz reaguje złością, raz smutkiem, raz pełnym optymizmem co do naszej przeprowadzki. Eh, jak dobrze wiem co on teraz przeżywa... Rozumiem, że chce teraz spędzić każdą chwilę ze swoją rodziną, dlatego też staram się być wyrozumiała i nie komentować, ale nie zawsze mi wychodzi :-] No, ale jakoś dałam radę to wszystko ogarnąć.

Siedzę teraz w mieszkaniu sama. H. poszedł odbębnić ceremonię pożegnania. W Turcji jest taki zwyczaj (choć nie wiem czy mogę to nazwać zwyczajem?), że gdy ktoś wyjeżdża na dłuższy czas lub się przeprowadza, ostatniego wieczoru przed wyjazdem zjeżdża się do domu tej osoby cała rodzina. No niby wszystko fajnie, ale ja naprawdę nie mam na to nerwów. Nie rozumiem zupełnie jak Turcy mogą nie pomyśleć, że ostatnia rzecz jakiej w taki dzień potrzebuję to tabuny gości do obsługiwania! Dom jak po tornadzie, wszędzie walizki, ubrania na wierzchu, po kątach poniewiera się to czego jeszcze nie zdążyłam spakować, na balkonie suszy się ostatnia porcja prania, przede mną góra innych dupereli do upchnięcia, moje myśli kompletnie zajęte tym co jeszcze spakować/czego nie zapomnieć, a tu krewni przychodzą sobie posiedzieć. Sic! Za każdym razem na dzień przed naszym wyjazdem (wcześniej też tak bywało, gdy przyjeżdżaliśmy tutaj tylko na wakacje) podnosi mi się na to wszystko ciśnienie. H. oczywiście całe pakowanie traktuje z lekką zlewką, bo wie, że i tak ja to wszystko ogarnę więc syczy tylko do mnie po kątach, żebym się ładnie uśmiechała i była miła, ale wierzcie mi, to już ponad moje siły!!! Tym razem krewni byli chociaż na tyle domyślni (ale domyślni raczej tego, że zobaczą u mnie wkurw, bo nie podejrzewam, by doszli do tego o co mi chodzi), że zjechali się do teściów, nie do nas. H. każdy wieczór od już kilku dni spędza więc u rodziców, a ja ledwo żywa po upychaniu gratów od rana, waruję przy Laurze.

Rozglądam się teraz po pustym mieszkaniu i stwierdzam, że fajnie się nam tutaj mieszkało. Mieszkanko małe, ale przytulne. W całości urządzone przez nas. Nawet ściany własnoręcznie malowaliśmy :-) W sumie szkoda, że wyszło jak wyszło, ale wierzę w to, że gdzieś tam w świecie czeka na nas to OSTATECZNE miejsce, ten OSTATECZNY adres, pod którym oboje będziemy czuli się szczęśliwi i spełnieni. Rany, jak bardzo jak już nie chcę się przeprowadzać...

Stawiam jednak uszy do góry i liczę z całego serca, że będzie dobrze.

Na razie skupiam się na tym by przetrwać jutrzejszą podróż. Na lotnisko mamy jakieś 4 godzinki jazdy, potem 3 godzinki samolotem, a potem jeszcze godzinka autem i będziemy na miejscu. Proste, nie? :-D

Damy radę, mama!





14 komentarzy :

  1. Dacie radę! Na pewno! Trzymajcie się i baaaardzo spokojnej podróży!!!

    OdpowiedzUsuń
  2. Ojej to Wy już 2h w drodze...:) chyba będę to z Wami przeżywać. ..powodzenia

    OdpowiedzUsuń
  3. Zwyczaj paskudny :O
    Teraz to już z górki :)

    OdpowiedzUsuń
  4. Myślałam już o Was, kiedy Jakubko obudził mnie o piątej :) wszystkiego dobrego dla Was, dla H. słodkości na tęsknotę, dla Ciebie spokoju, a dla Laury całusów moc ;)

    OdpowiedzUsuń
  5. Trzymam kciuki :) Oby Laura bezproblemowo spędziła podróż :)

    OdpowiedzUsuń
  6. Pewnie, że dacie radę! Oby podróż minęła szybko bez żadnych niespodzianek

    OdpowiedzUsuń
  7. Już pewnie po wszystkim. Jesteście na nowym miejscu. Daliście pewnie też radę.
    A w moje myśli wpełza jakiś taki smutek czy też żal.
    Bardzo chcialabym być z własną Rodziną ale mimo wszystko tesknilabym za tym obcym kawałkiem Ziemi.
    Mocno trzymam kciuki :*

    OdpowiedzUsuń
  8. Mam nadzieje, ze szczesliwie wyladowaliscie i, ze wszystko poszlo zgodnie z palnem :)

    Co do Krakowa - za niedlugo sie tam wybieram, wiec jesli nadal jestescie z Laurka chetne na kawe, to ja tym bardziej ;)

    OdpowiedzUsuń
  9. Kochana! Już po wszystkim! Mam nadzieję, że wszystko poszło gładko. Ściskam i czekam na notkę o powrocie.

    OdpowiedzUsuń
  10. Mam nadzieje, ze podroz minela sprawniej niz powrotna z Polski ostatnim razem! :)

    Rozumiem Cie z niechecia do przeprowadzek, chociaz ja doswiadczylam tego "tylko" 5 razy! Po przeprowadzce do naszego obecnego domu przysiegalam, ze nigdy wiecej mimo, ze wtedy nie mielismy ani dzieci, ani psa i o jakies 3/4 mniej gratow! ;) I los chyba mnie wysluchal, bo juz dwa razy bylismy blisko decyzji sprzedazy. Caly czas jednak rynek nieruchomosci stoi tak beznadziejenie, ze nie oplaca sie wystawiac domu na sprzedaz chyba, ze sie absolutnie nie ma innego wyjscia... Dzieki temu moge odetchnac z ulga na dobra wymowke! :)

    Mam nadzieje, ze szybko sie na powrot rozgoscicie w Polsce!

    OdpowiedzUsuń
  11. OMG to już!? Czekam z niecierpliwością na post z miejsca :D

    OdpowiedzUsuń