niedziela, 31 sierpnia 2014

Tureckie metody na rozpoznanie czy to już

I znowu mam zaległości w pisaniu. Wszyscy ostatnio narzekają na brak czasu więc nie będę w tyle. Brakuje mi czasu! Zlecenia na kolejne tłumaczenia, pomimo że trochę zwolniły, wciąż regularnie przychodzą, a że niedługo będę musiała się pewnie trochę wycofać z pracy, na razie przyjmuję niemal wszystko. W moim zawodzie bardzo łatwo jest wypaść z rynku więc trzymam się kurczowo swojego miejsca, po cichu licząc, że gdy Laura się urodzi, H. przejmie pałeczkę i zajmie się nowymi zleceniami. 

Poza tym w międzyczasie znowu dopadło mnie przeziębienie, które tylko jeszcze bardziej zmniejszyło moją wydajność życiową :) To już moje trzecie przeziębienie w czasie ciąży i naprawdę pojęcia nie mam skąd się bierze. To znaczy mam :-] ale wierzyć mi się nie chce, że to może być to. Otóż walcząc z żarem lejącym się oknami do mojego klimatyzowanego mieszkanka znowu pofolgowałam sobie z mrożonymi truskawkami, mea culpa :D Miałam ochotę na coś bardzo zimnego i coś mocno owocowego więc wyjęłam porcję truskawek, odczekałam aż lód puści i zblenderowałam je z sokiem jabłkowym. Frozen jak z kawiarni, po prostu miodzio. Wypiłam zaledwie jedną szklankę, H. również, i wieczorem już wiedziałam, że coś jest na rzeczy. A zawsze byłam tak odporna i chorowałam góra raz do roku. Teraz reaguję chorobą na zimny napój, podczas gdy H., przegrzewanemu w dzieciństwie do granic możliwości, nic nie jest. Przeziębienie uważam już za opanowane, chociaż było nieciekawie, włącznie z gorączką ponad 38 stopni. Pozostał tylko katar i kaszel, więc dramatu nie ma ;)

Wczoraj byliśmy na kolejnej wizycie u doktorka Aliego. Doktorek nie przestaje mnie zadziwiać, oj nie :) Poprzednio tłumaczył nam, że zrobimy test niestresowy. Nie wiem czy w Polsce też się go robi, wydał mi się trochę wymysłem w szczególności wkurzającym, gdy pomyśli się o innych badaniach, znacznie ważniejszych i zdecydowanie bardziej oczywistych (długość szyjki macicy? cytologia? rozwarcie?), których się tutaj  nie przeprowadza. Doktorek wyznaczył dzień badania i kazał podać numer telefonu i oznajmił, że przyjdzie do nas ze szpitala w ten dzień sms i wówczas mamy w ciągu godziny stawić się na badanie, a potem o 13:40 pojawić się u niego z wynikami testu. Nie wiem czy nam coś podano przed wejściem do gabinetu, że na to przystaliśmy, nie pytajcie. H. naiwnie stwierdził, że to pewnie dlatego, że nie chcą bym czekała w poczekalni w tak zaawansowanej ciąży. Hehhe, dobre sobie. Oczywiście jak dało się przewidzieć znając tureckie podejście do organizowania czegokolwiek, zrobiła się 13:00 a sms-a wciąż nie było. Pominę już milczeniem wyczekiwanie od samego rana, czyli praktycznie cały dzień w d***, bo nic nie można zaplanować. O 13:00 H. zarządził mobilizację do szpitala, stwierdzając, że tam na pewno uda nam się wszystko przyspieszyć. Na miejscu nikt się nie zdziwił, że przyjechaliśmy nie czekając na sms, co tylko potwierdziło nasze przypuszczenia. Pielęgniarki zajęte ploteczkami skierowały mnie do pokoiku na samym końcu korytarza. Wchodzę, a tam trzy łóżka, z czego dwa zajęte. Przy trzecim stoi sobie nieużywana maszynka do NST. Pytam czy ktoś mógłby mnie łaskawie pod to ustrojstwo podłączyć - "zaraz ktoś przyjdzie". "Zaraz" po turecku ma bardzo względne znaczenie. Może być za 15min. a może też być kolejnego dnia. My na "zaraz" czekaliśmy ponad godzinę, podczas której jedną kobietę wypięli z pasów do testu i zaraz przywieźli na jej miejsce kolejną, a potem jeszcze jedną, która zajęła ostatnie wolne łóżko. Za każdym razem pytamy pielęgniarki kiedy ktoś się nami zainteresuje i otrzymujemy odpowiedź, że pielęgniarka, która zajmuje się podłączaniem pacjentek do maszyny zaraz przyjdzie. Na szczęście udało nam się wykombinować jedno krzesło, ale H. od godziny kuca przy ścianie. Mnie oczywiście szlag zaczyna trafiać. W końcu H. stwierdza, że dosyć tego i idzie zrobić raban :D Muszę tutaj zaznaczyć, że mój mąż jest wyjątkowo opanowaną osobą i takie sytuacje mają miejsce niezwykle rzadko :) Podniesionym głosem zaczyna artykułować pielęgniarkom, że takiego braku organizacji to już dawno nie widział, że od godziny czekamy na samo podłączenie do maszyny, że w międzyczasie przyjęto inne pacjentki i że żona mu słabnie, bo w tej części korytarza nie ma nawet klimatyzacji. H. miał niezłe wyczucie czasu, bo całą scenkę zobaczyła jedyna w szpitalu pani ginekolog Ayşe :))) Jest to starsza kobitka, do której w sumie od początku chciałam chodzić (kiedy jeszcze myślałam, że badanie ginekologiczne w Turcji to badanie ginekologiczne i fajnie byłoby nie pokazywać się TAM Turkom innym niż H.), ale wszystkie wizyty u niej były już zajęte i tym sposobem trafiliśmy do doktorka Aliego. Pani Ayşe od razu zarządziła pielęgniarkom, żeby wpuściły mnie do jednego z pokoi poporodowych i żeby przywiozły tam maszynę do NST. W pokoju leżała już inna ciężarna, która zasłabła na korytarzu. Ayşe wytłumaczyła jej, że ja też jestem mamą i mnie również słabo i ułożyła mi poduszki na kanapie dla tatusiów. Włączyła klimę i dopilnowała by pielęgniarka przywiozła maszynkę. Raz, dwa, trzy i byłam już podpięta do pasów. Laura fikała w najlepsze. Ayşe zarządziła 15 minut badania. Po 20minutach H. poszedł przypomnieć pielęgniarkom, które powróciły do ploteczek zaraz gdy Ayşe zamknęła za sobą drzwi, że jesteśmy w pokoju obok i że chyba czas odłączyć maszynkę. "Zaraz ktoś przyjdzie". No pięknie. Po kolejnych 20 minutach H. wkurzony już na maksa poszedł powiedzieć pielęgniarkom, że jeśli ktoś natychmiast nie przyjdzie mnie odłączyć, sam to zrobi. Po 2 minutach usłyszeliśmy z korytarza jęki pielęgniarki, że co za zapieprz i że ona ma tylko 2 ręce. Hehe. Przyszła do nas naburmuszona i bez jakiegokolwiek "dzień dobry" nacisnęła na guziczek, odpięła mnie z pasów i podała wydruk. Czyli H. spokojnie mógłby zostać operatorem maszynki. 

Niestety na tym nasze męki się nie skończyły, bo przed gabinetem doktorka przyszło nam czekać jeszcze 2 godzinki. W międzyczasie pacjenci zastrajkowali, że tak długo się czeka, że do gabinetu wpuszczane są kobiety poza kolejnością, że ogólnie do dupy. Pielęgniarka, która wyszła z gabinetu doktorka by prowadzić negocjacje twierdziła, że robią co mogą, że pracują bez przerwy, że muszą przyjmować nagłe przypadki. Aha. Takie to nagłe przypadki jak ja sama. Zaraz po tym do poczekalni wjechała wielka taca z herbatkami dla wszystkich oczekujących :) Tureckie przekupstwo nie zna granic :)

Ale do brzegu. Doktorek oczywiście zaczął od USG. Laura to już kawał kobity i waży 2600g. Wszystkie wyniki badań na plus, z dzieckiem wszystko ok. Kazałam spojrzeć na szyjkę macicy, a doktorek na to, że KATARINA, co ty ode mnie chcesz! Przecież w każdej chwili możesz urodzić, nie trzeba patrzeć na szyjkę! Patrzę na niego zrezygnowana i nie wiem czy tłumaczyć mu jak to działa czy jest jakikolwiek sens. Nieśmiało zaczynam, że właśnie chciałabym się dowiedzieć czy szyjka się choć trochę skróciła, po tym mniej więcej ocenimy kiedy spodziewać się porodu. Doktorek na to, że mam pusty pęcherz i przez to szyjki nie widać więc nic mi nie powie, ale poród może się zacząć w każdej chwili. I kolejna wizyta za tydzień, bo teraz trzeba monitorować. 

Nie mam siły komentować. Za tydzień to na pewno do niego nie pojadę, bo każda wizyta oznacza dla nas cały dzień czekania w dusznej poczekalni. Męczarnia. Trudno. Poród będzie dla nas niespodzianką. Ja w każdym  razie nie czuję się jakbym miała urodzić za chwilę. Musiałam też uspokoić H., że nie urodzę dzisiaj, jutro, za tydzień ani za dwa. Po prostu wiem, że nie. Poza tym dopiero zaczynam 36 t.c. więc jeszcze bez pośpiechu, ciąża nawet nie jest donoszona. Ale według doktorka mogę już rodzić, bo dziecko przekroczyło wagę 2,5 kg. Żal. I jeszcze z całkowitą powagą w głosie pouczył mnie jak rozpoznać, że poród się zaczyna: 1) odejdą mi wody - mamy jechać do szpitala, 2) zacznę krwawić - mamy jechać do szpitala, 3) dostanę skurczy - mamy jechać do szpitala. Czy są naprawdę kobiety, które takie symptomy ignorują??? Zaczynają krwawić i ... idą spać? O matulu...

Ale najlepsze zostawił na koniec. Otóż doktorek odchodzi z pracy. Ha! Przenosi się do innego pobliskiego miasta by otworzyć prywatną praktykę (w Turcji lekarze nie mogą jej prowadzić pracując w szpitalach). Nie wie jeszcze dokładnie kiedy, ale zdarzy się to we wrześniu albo w październiku. Mam się jednak nie przejmować, bo nawet gdyby już nie pracował w tym szpitalu, przyjedzie na mój poród. O ile zdąży of kors. Tym się akurat tak nie przejęłam, bo skoro tak czy inaczej ma się zjawić na samą końcówkę porodu to jest mi wszystko jedno czy to będzie Ali czy Ayşe czy ktokolwiek inny. Może mnie od razu przekazać innemu lekarzowi. Grunt by nasze ustalenia co do obecności H. przy porodzie obowiązywały. 

Dawno nie było brzuszkowego zdjęcia - tutaj z końcówki 34. t.c.

poniedziałek, 25 sierpnia 2014

Bieganie za obywatelstwem

Zapisuję ten tydzień ku pamięci, gdyż udało nam się w nim załatwić coś co strasznie rosło nam w oczach, przyprawiało mnie o ból brzucha i do czego przymierzaliśmy się od początku czerwca, czyli naszej 3. rocznicy ślubu - mianowicie, złożyliśmy wniosek o przyznanie mi tureckiego obywatelstwa. Ufff...

Jak to zawsze bywa z tego typu akcjami, czekało nas bieganie od urzędu do urzędu, od pokoju do pokoju, od punktu ksero do fotografa, a to wszystko w ponad 40-stopniowym upale w środku betonowego miasta. Na szczęście trafiliśmy na całkiem rozgarniętych urzędników (a przynajmniej takie sprawiali wrażenie), którzy nie tylko nie byli niemili, ale nawet wyrażali zainteresowanie moim odmiennym stanem proponując a to krzesełko, a to szklankę wody. Było mi miło, bo przez doświadczenia z przeszłości niestety nie do takiego traktowania przywykłam. 

Ostatnio wspominałam Wam o cudzoziemkach zachowujących się troszkę nieadekwatnie do nakazów i obyczajów wynikających z tureckiej kultury. No więc takie dziewczę wyjeżdża do swojego kraju po tygodniu albo dwóch, a ja tu zostaję ze smrodkiem jaki po sobie pozostawiła :S Turcy to muzułmanie, to zupełnie inny krąg kulturowy i dlatego też interpretują wiele naszych zachowań zupełnie inaczej. Błędnie. Dla przykładu, trudno im zrozumieć jak dziewczyna może nie być rozwiązła i rozpustna i nie mieć ochoty wiadomo na co, skoro świeci półnagimi pośladkami w środku miasta lub co gorsza, stoi przy drodze i zatrzymuje samochody na stopa, podczas gdy tej, nieświadomej, nawet do głowy nie przyjdzie, że może być za takową wzięta... Takich przykładów mogłabym podawać mnóstwo. Najgorsze są panie, które szukają w Turcy wakacyjnego romansu. Nawet nie myślę tutaj o naiwnych 20-latkach, które zakochują się w pierwszym kelnerze czy barmanie w swoim hotelu, ale o dojrzałych, ustawionych życiowo paniach, które przyjeżdżają tutaj by pozbyć się kompleksów, rozerwać, przeżyć wakacyjne uniesienia. Dla takich pań często ten kelner, z którym mają przygodę, jest niczym nie znaczącym epizodem i gdy za kilka miesięcy pojedzie na urlop do Egiptu czy Tunezji, znajdzie tam sobie następnych. Turcy jednak to osobniki-macho i w życiu nie pomyślą, że kobieta może mężczyznę traktować tak przedmiotowo. Dla nich taka relacja działa w tylko jedną stronę - wykorzystywana może być tylko kobieta, a skoro się daje i to w tak krótkim czasie, to wiadomo, co należy o niej pomyśleć. Proste? Proste. 

Z racji, że przygodom takim sprzyjają efekty uboczne, takie jak rabunki, kradzieże i gwałty, panie wyżej opisane zgłaszają się z problemem do miejscowej policji. A policjanci widzą taką rozebraną do rosołu cudzoziemkę i nie bardzo rozumiejąc o co jej chodzi (przecież raczej sama chciała) szybko wyrabiają sobie o niej opinię. Do tego dodajmy jakby nie patrzeć niski poziom wykształcenia wśród policjantów i sodówkę, która odbija takim prostym chłopom, gdy da się im do łapy pistolet i trochę władzy. Zabójcza mieszanka, nieprawdaż?

Nom. I potem na takim posterunku zjawiam się ja. Mężatka od lat trzech, w stałym związku od lat siedmiu. Męża poznałam na studiach, nie na imprezie. Chcę sobie legalnie wyrobić pozwolenie na pobyt w Turcji. Nie noszę szortów do pół-pośladka, ale jestem Słowianką i to aż bije z mojej twarzy. Policjant, jak to człowiek bez nadzwyczajnej inteligencji, choćby nie wiem jak się starał, nie zapomni o stereotypie słowiańskiej turystki. Do tego jeszcze dodajmy, że niezbyt uważał na geografii i nie ma zielonego pojęcia, gdzie leży Polska (prawdopodobnie w Rosji) ani jakim jest krajem (czyt. skrajnie biednym). 

To przecież niemożliwe, żebym była normalną, skromną kobietą, która chce sobie ułożyć w Turcji życie. Jestem albo prostytutką, która pod przykrywką małżeństwa chce otrzymać pozwolenie na pobyt, albo w moim kraju cierpiałam taką biedę, że przyjechałam do Turcji, kraju mlekiem i miodem płynącym, nielegalnie pracować. 

Nie będę tu opisywać przez ile takich murów musiałam się tutaj przebić od czasu, gdy przeprowadziliśmy się do Turcji na stałe. Przez ile upokarzających sytuacji musiałam przejść i z jakimi prostakami musiałam rozmawiać i przekonywać (!) ich, że nie mam złych intencji. W ciągu trzech lat kilkakrotnie miałam ochotę rzucić wszystko w cholerę i wracać do Polski, bo każdy kontakt z policją (a jako cudzoziemka muszę tam załatwiać niemal wszystkie swoje sprawy - zameldowanie, zmiana adresu, pozwolenie na pobyt, itp.) kończył się dla mnie upokorzeniem i ogromnymi nerwami. 

I tak, wiem, że nigdzie nie jest doskonale. H. w Polsce też się nasłuchał od naszych urzędników i miał ich serdecznie dość. U nas też jest rasizm i ciemnota, choć wydajemy się sobie tacy europejscy. On w Polsce uchodził za Araba i był sprawdzany pod kątem terroryzmu, a ja tutaj jestem Rosjanką i prawdopodobnie dziwką. Mimo to, w Polsce mamy przepisy, które są spisane w kodeksy i swoich praw można z nimi dochodzić. Można zripostować urzędnikowi i paluchem pokazać potwierdzenie naszych racji i urzędnik musi zrobić, co do niego należy. W Turcji przepisy istnieją, ale są abstrakcyjne. Nikt nigdy nie wie gdzie ich szukać i nikt się tym nie kłopocze. Każdy urzędnik kieruje się swoimi przepisami i należy się do nich dostosować, bo inaczej może się obrazić i w ogóle nas zlać i sprawy nie załatwić. H. jeszcze zanim się ze mną ożenił otrzymał od polskiego rządu pozwolenie na pracę, bo skończył w Polsce studia magisterskie. Ja 3 lata po ślubie wciąż o takowym mogę tylko pomarzyć. Turecki rząd nie przewiduje pozwolenia na pracę dla cudzoziemców w związku małżeńskim z obywatelami Turcji. O pozwolenie na pracę należy starać się tak samo jak pozostali cudzoziemcy. Czyli trzeba znaleźć pracodawcę, który zatrudnia określoną ilość tureckich pracowników i z uzasadnionych przyczyn na dane stanowisko nie może tureckiego pracownika znaleźć. Wtedy może nas łaskawie zatrudnić i wystąpić dla nas o pozwolenie na pracę. Cała procedura trwa zazwyczaj kilka miesięcy i ten pracodawca ma na nas czekać i ponieść koszty z nią związane. Brzmi realnie? Ja też myślę, że nie. Jeżeli pozwolenie otrzymamy to trzeba się tej pracy trzymać, bo pozwolenie obowiązuje tylko dla pracy w tej konkretnej firmie. Zmieniasz pracę, trzeba wyrabiać od nowa. Koszmar. 

I naprawdę nikogo nie obchodzi, że jestem zdrowa i chętna do pracy i że mamy XXI wiek i chciałabym dołożyć się do domowego budżetu i pomóc mężowi w utrzymywaniu naszej rodziny. Nie. Mam być gospodynią domową. I jestem. Z podwójnym magistrem. 

Więc z tych wszystkich powodów :) stwierdziliśmy, że podanie o obywatelstwo dla mnie należy złożyć. Żebym mogła legalnie pracować, żebym nie musiała mieć do czynienia z policją i żebym mogła na lotnisku podejść do odprawy paszportowej dla obywateli Turcji, czyli tą z krótszą kolejką :)

Teraz będą mnie sprawdzać (po raz ędziesiąty) czy mieszkam pod wskazanym adresem, a potem zaproszą na rozmowę. Podczas rozmowy ocenią czy nie jestem wrogiem tureckości (?!) i czy nie jestem zdemoralizowana. A dalej swoją opinię wyślą do Ministerstwa Spraw Wewnętrzych, które wyda ostateczną decyzję. Cała procedura potrwa pewnie kilka miesięcy, ale co należało do nas - odhaczone. 

Dadzą - podziękuję. Nie dadzą - odpowiednio podsumuję i przeżyję. Faktem jest, że polskie obywatelstwo dla H. byłoby w naszym przypadku dużo bardziej korzystne niż tureckie dla mnie. Ale wiadomo, najlepiej załatwić obydwa. Zaczynamy więc ode mnie. Potem zajmiemy się H. Coraz częściej poruszamy w domu temat przeprowadzki, ale na razie nie chcę jeszcze zapeszać choć w środku pielęgnuję już nadzieję :)


piątek, 22 sierpnia 2014

O lenistwie 34. tygodnia

Za tydzień zacznę 9. miesiąc ciąży. Rany, jak to zleciało! W ubiegłym tygodniu, gdy jeszcze była tu moja mama byliśmy na kolejnej wizycie u doktorka Aliego. Wizyta jak zwykle trwała może z 5 minut. Podczas USG pokazał nam buziolek Laury, ale ogólnie jest już tak duża, że trudno ją objąć obrazem. Doktorek wszystkie parametry skomentował jako "super", łącznie z ilością wód płodowych, długością pępowiny i wymiarami dziecka. Laura ważyła już 2200g :)

Doktorek z twarzą pełna skupienia oznajmił mi też, że od teraz będzie mnie informował o przebiegu porodu. Pomyślałam, że wreszcie coś ciekawego :D A ten zaczyna, że jest coś takiego jak znieczulenie, ale żebym sobie czasem nie pomyślała, że w ogóle przestanie mnie boleć :))))) Ogólnie rzecz ujmując, niczego ciekawego się nie dowiedziałam i z każdym wypowiadanym przez niego słowem spoglądałam na niego z coraz większym zdziwieniem. H. starał się mnie uspokoić, że facet przyzwyczaił się już do mówienia o takich zdawałoby się sprawach oczywistych, bo baby tureckie są ciemne i nic nie kumają. Skoro tak, to ja chyba po mojej lekturze wujka Googla, wszystkich blogach, relacjach i artykułach okołociążowych i dzieciowych, które przeczytałam do tej pory, powinnam od razu podchodzić do egzaminu lekarskiego. 

Doktorek na koniec swojego arcyciekawego wywodu, zapytał podchwytliwie, czy ja będę chciała znieczulenie. Odpowiedziałam, że nie wiem, zobaczymy jak się sprawa rozwinie, ale prawdopodobnie będę chciała - no bo dlaczego niby miałabym nie chcieć?????

Termin kolejnej wizyty wyznaczył na za 2 tygodnie :]]]]]] no i nawet już chciałam skomentować, że coś za szybko chyba, ale zaraz po tym uświadomiłam sobie, że będę już wtedy w 9. miesiącu więc tak częste wizyty wreszcie zaczną mieć jakiś sens. Następnym razem będą mi robić jakieś dodatkowe badania. Z opisu doktorka zrozumiałam, że będzie to chyba KTG, ale pewna nie jestem, bo coś skomplikowanie to brzmiało :)

Z dolegliwości ciążowych niemal na nic nie narzekam. Czuję się tylko cięęęężka jak słoń. Żal mi własnych nóg, że muszą taki ciężar dźwigać. Do tej pory przybyło mi 10kg, ale czuję się jakby to było jeszcze raz tyle. Brzuch mam wciąż bardzo wysoko, mała naciska mi chyba na przeponę, bo bardzo często brakuje mi tchu. Poza tym Laura nieustannie majstruje coś przy moich wnętrznościach. Nie wiem dokładnie co tam kombinuje, ale doznania te nie należą do przyjemnych. Poza tym jak czasem wypnie dupkę, to mam wrażenie, że zaraz wyskoczy mi przez pępek (rozciągnięty już do granic możliwości). 

Z racji, że to już końcówka 34. tygodnia, powinnam się chyba zabrać za pranie, prasowanie, wyparzanie, itp. Tylko, że.... zupełnie mi się nie chce :) Z racji, że lato wciąż trwa, wynajmujemy nasze poddasze turystom. Czyli przeciętnie co 2-3dni mam dwie porcje prania. Trudno mi wręcz znaleźć moment by wyprać laurowe ciuszki, a jak już znajdę, to żal mi męczyć pralkę 3. raz w ciągu dnia ;)

Poza tym upał trwa w najlepsze, więc jak tylko pomyślę o prasowaniu, dostaję białej gorączki. Dzisiaj był chyba najgorętszy dzień lata. Gdy tylko otworzyłam drzwi balkonowe poczułam uderzenie gorącego powietrza, dokładnie takie jak z suszarki do włosów. D-r-a-m-a-t. Wieje nawet silny wiatr, ale gorący. Termometr w cieniu pokazuje 42 stopnie więc wolę się nawet nie zastanawiać ile musi być w słońcu. Dzięki Ci, Panie Boże, za klimatyzację.

Jestem już umęczona tym latem i z wielką zazdrością czytam u Was, że w Polsce zaczyna się jesień. Spoglądam z utęsknieniem na zimowe swetry i marzę o chwili, gdy przykryję się z przyjemnością kołdrą. A w telewizji jak na złość pokazują wciąż Frozen - tą animację z zeszłego roku. Taaak, właśnie o takiej zimie marzę, ale na spokojnie, kiedy już będziemy z Laurą u moich rodziców w domu :D

środa, 20 sierpnia 2014

Spacer po Marmaris


Melduję się z powrotem :)

Wszystkich tych, którzy zaniepokoili się moją nieobecnością, chciałabym uspokoić, że u nas wszystko ok (Martuś, jeszcze raz dziękuję za troskę). Jak na upały, które tutaj mamy, czuję się całkiem nieźle. Laura, biorąc pod uwagę jej ostatnią aktywność, chyba też :)

Nie było nas tak długo, bo przez tydzień gościliśmy moją mamę. W piątek dwa tygodnie temu zupełnie przypadkiem znalazłam bilet w dwie strony z Poznania do Dalamanu (zaledwie 40min drogi) za naprawdę śmieszne pieniądze. Wylot miał być w poniedziałek. Mama początkowo stwierdziła, że nie da rady przyjechać. Tego dnia wybieraliśmy się z H. do Marmaris - najbliższego do nas kurortu turystycznego, co by zmienić sobie trochę trasę spacerową. O tym krótkim wypadzie chciałam Wam napisać, bo wakacje w Marmaris ma w swojej ofercie wiele polskich biur podróży. Porobiłam też trochę zdjęć. Gdy już byliśmy na miejscu mama dała sygnał, że jednak chciałaby przyjechać. Oczywiście bilet należało jak najszybciej wykupić, zanim ktoś inny się na niego skusi. Podczas gdy H. szukał miejsca parkingowego, ja na wariata kupowałam mamie bilet lotniczy przez telefon :) Na szczęście, jedna i druga operacja skończyła się sukcesem i od poniedziałku miałam już mamę w domu. 

Niestety nie znalazłam już czasu by napisać o Marmaris, bo weekend przed jej przyjazdem poświęciłam w całości domowym porządkom :) Mama wcześniej nigdy nas nie odwiedzała, chciałam więc pokazać nasze mieszkanko z jak najlepszej strony. 

Z mamą czas mijał naprawdę szybko, bo niemal na każdy dzień zaplanowałyśmy sobie jakąś atrakcję. Byliśmy więc ponownie w Marmaris, wyskoczyłyśmy na zakupy, byłyśmy na bazarku, dwukrotnie nawet wybrałyśmy się na plażę. Plaży się trochę obawiałam, ale odkryłyśmy miejsce, w którym wiał bardzo przyjemny wiatr. Mama się opalała, a ja cały czas siedziałam grzecznie w cieniu pod parasolem. Było przyjemniej niż w domu, wcale nie odczuwałam gorąca. 

Czas całkiem przyjemnie nam mijał, choć na początku troszkę się obawiałam jak wytrzymam 24h przez 7 dni z rodzicielką ;) Mam z mamą bardzo dobrą relację, ale ktokolwiek by to nie był, przebywanie ze sobą non stop przez taki czas na małej powierzchni może być męczące. Było jednak znacznie lepiej niż się spodziewałam :) Mama przywiozła mi polski twarożek, śliwkowe powidła, o których marzyłam i kabanoski :) Starała się mnie we wszystkim wyręczać, głównie w kwestii sprzątania i aż głupio mi było siedzieć tak i patrzeć jak ona zasuwa z odkurzaczem.

W poniedziałek mama wyjechała już do Polski, a ja powróciłam do codzienności. Mama oczywiście nie mogła powstrzymać łez. Ja już zdążyłam się przyzwyczaić do wiecznych powitań&pożegnań, ale widok zapłakanej rodzicielki trudno mi było znieść. Starałam się sobie przypomnieć, że moja mama płakała nawet wtedy, gdy po weekendzie u moich rodziców wracaliśmy z H. do mieszkania w Poznaniu :) Dzień po jej wyjeździe miałam więc wycięty z życiorysu i snułam się tylko po mieszkaniu.

Następnym razem zobaczymy się w grudniu, gdy przyjedziemy już w trójkę do Polski na Boże Narodzenie. Wciąż nie mogę uwierzyć, że już tak niewiele zostało mi do rozwiązania, ale strasznie się z tego cieszę i nie mogę doczekać. A o Świętach w Polsce marzę każdego dnia :)

Na koniec chciałabym Wam jeszcze pokazać kilka zdjęć z Marmaris. Marmaris leży w miejscu, w którym Morze Śródziemne spotyka się z Morzej Egejskim, w samym dolnym lewym rogu Turcji :) i zaledwie 30km od nas. Jest bardzo malowniczo pomiędzy brzegiem morza a łańcuchem gór.

Wjeżdżając do Marmaris


Jest to najstarszy kurort turystyczny w Turcji, ukochany przede wszystkim przez Anglików. Od kilku lat polskie biura podróży również oferują tutaj wakacje.

Wzdłuż brzegu morza przez całe Marmaris ciągnie się promenada. Gdy przyjechaliśmy do Marmaris było ok. 19 i całe miasto świeciło pustkami - turyści pałaszowali akurat kolację w swoich hotelach. Po mniej więcej godzinie na ulicach, a w szczególności na promenadzie zaczynało być coraz bardziej tłoczno, a ok. 21 mieliśmy już kłopot ze swobodnym poruszaniem się po mieście. 

Słonica na początku spaceru (czyli jeszcze bez zadyszki)

Wzdłuż promenady jest mnóstwo kawiarni i restauracji typu "a'la turecka z English breakfast", od których radzę się trzymać z daleka, jeżeli nie chcecie wyskoczyć z kilkudziesięciu euro za jedzenie, które nie przypomina w niczym prawdziwego tureckiego. Kawiarnie natomiast są już niczego sobie, w szczególności tureckie podróbki Starbucksa ;)

To zdjęcie dedykuję Marcie - specjalnie dla Ciebie je zrobiłam :)

W Marmaris mieści się też jedna z największych marin na Morzu Śródziemnym i idąc dalej promenadą można pooglądać super luksusowe łodzie i jachty, większość z nich prywatna.

Christian Grey na wakacjach ;)


H. podpytywał, którą ma mi kupić na 10. rocznicę ślubu, ale niestety żadna mi się nie spodobała - ja chcę taką z wewnętrznym basenem ;)))


Z racji, że każdego wieczoru promenadą spacerują dzikie tłumy, dookoła jest mnóstwo sklepików dedykowanych typowo turystom z cyklu "mydło-powidło", ale i nie tylko. Można się wyposażyć w turecką ceramikę, a nawet dywany :) 





Podobno najlepszymi tancerkami brzucha na świecie są obecnie Rosjanki, ale jak widać Turczynki nie odpuszczają tak łatwo ;)

Moje ulubione pamiątki z Turcji - lampy z dyni i kruszonego szkła

Miło było pospacerować wśród innych widoków i poprzebywać wśród "innych" ludzi. 

Marmaris po godz. 23 zamienia się oczywiście w wielką imprezownię. Zajrzeliśmy też na tzw. uliczkę barową, która jest jedną z przecznic od promenady. Jest to najsłynniejsze zagłębie imprezowe miejscowości, będąc w jednej dyskotece jest się od razu w 3-4 - taki tam hałas, odgłosy sąsiadujących imprez mieszają się ze sobą. W większości dziewczyny wyginają się na rurach, są też bitwy w pianie i inne atrakcje. Z uczuciem lekkiego zawodu zaobserwowałam, że w większości pracują dziewczyny z Europy lub Rosjanki, oczywiście odpowiednio ubrane (czyt. rozebrane). Pomimo tego, że Marmaris za sprawą turystów jest miastem bardzo tolerancyjnym, to wciąż trudno mi zrozumieć co wyobrażają sobie dziewczyny spacerujące w państwie jakby nie było w 99% muzułmańskim w mini tak krótkim, że widać pół tyłka (i to na stojąco!) lub w sukienkach z siateczki (tak, bez podszewki). Trudno się potem dziwić temu, co Turcy sobie o nas myślą :-S

Uliczka barowa szykuje się do kolejnej imprezowej nocy

Zgodnie stwierdziliśmy, że musimy częściej wybywać do Marmaris, żeby nie zapomnieć o reszcie świata i skorzystać z takich dobrodziejstw jak McDonald's i Burger King ;) I pyszna kawka, oczywiście. 


Za 1,5 miesiąca sezon turystyczny się skończy, ulice Marmaris będą świeciły pustkami, a miasto o 22 pójdzie grzecznie spać. W takie dni my wyjedziemy z Laurą na spacer, a po zadbanej promenadzie z pewnością wygodnie będzie się prowadziło wózek :)

piątek, 8 sierpnia 2014

O brakach wyprawkowych i tureckich słodkościach

Szalony Mehmet wreszcie nas opuścił, a wraz z nim odpuściły trochę upały. To znaczy w ciągu dnia jest wciąż upalnie, za to wieje przyjemny wietrzyk i z opcją przeciągu przez całe mieszkanie można nawet wytrzymać bez klimatyzacji. Dla mnie jednak ważniejsze są noce, które tymczasowo są ciut chłodniejsze, tak że przynajmniej nie budzę się spocona. 

Ostatnio codziennie śni mi się pielęgnacja noworodka :D Budzę się z milionem pytań w głowie i od razu wstukuję nurtujące mnie pytanie w przeglądarkę. Puder czy krem? Emolient czy oliwka? Specjalny proszek do prania czy podwójne płukanie? Jezzzzu, ile tego wszystkiego jest. Dzisiaj wzięłam się za przejrzenie dzieciowych akcesoriów i stworzenie mini listy, czego mi jeszcze brakuje. Z ubranek mam sprawę mniej więcej załatwioną, może dokupię jeszcze po jakimś jednym bodziaku i tyle. Ogólnie mam znacznie więcej ubranek z rozmiaru 62 niż 56 i mam nadzieję, że nie okaże się to błędem :] Jest też pare 50, które przyszły do mnie przypadkowo i nie opłacało mi się ich zwracać. Nie kupowałam natomiast jeszcze żadnych kosmetyków, stwierdziłam, że zostawię to sobie na sam koniec, który nota bene pomału się zbliża :D W Turcji najbardziej popularne są kosmetyki Bubchen i myślę o nich poważnie... Chociaż gdy dostaję maila z aktualnymi promocjami z moich ulubionych aptek internetowych, kuszą mnie kosmetyki Klorane i innych bardziej "wyrafinowanych" firm :P Staram się jednak zachować zdrowy rozsądek i myślę sobie, że takiego Bubchena dostanę w każdym lepszym markecie, a Klorane trzeba by zamawiać przez internet - takie uroki życia na wsi. Bazuję głównie na opiniach innych mam, nie mam głowy do analizowania składu wszystkich kremików, oliwek i innych dupereli. 

Brakujące pierdółki to:
- dodatkowe prześcieradło do łóżeczka (Boże, żeby tylko dane nam było je używać :D)
- miękki ręcznik do kąpieli
- wanienka
- kosmetyki
- paka pampków

Potem już mogę iść rodzić :D Serio, ciąża fajna sprawa, ale coraz bardziej niecierpliwie wyglądam jej końca. Mam nadzieję, że Laura nie będzie kazała nam na siebie czekać do października i wykluje się pod koniec września. Już sobie zaplanowałam mycie wszystkich okien i pranie firan na ten czas... Brzuch zaczyna mi trochę ciążyć. Nie pamiętam już jak wygląda moja *** i golę się od dłuższego czasu na pamięć. Niestety coraz gorzej idzie mi też depilacja nóg, a to już problem większego kalibru :S H. ma wprawę w operowaniu maszynką do golenia, ale z depilatorem daleko mu do przyjaźni... Zresztą, gdy tylko widzę jego przerażoną minę na dźwięk pracy depilatora okropnie chce mi się śmiać i nic z tego nie wychodzi :D 

Poza tym tęsknię strasznie, okropnie, przemocno za różowym Carlo Rossi albo Warką Strong. I porządną szklaną zimnej coca-coli wypitą bez wyrzutów sumienia. Tak, wiem, że przed nami jeszcze karmienie itp. ale z dzieckiem po drugiej stronie brzucha można już trochę bardziej pokombinować, jakieś wieczorne odciąganko laktatorem, siup niup, i jedną lampkę można bez szkody dla dzidziorka wypić. A tak to dupa zimna. Tęsknię też za seksem, ale wiecie, takim normalnym bez akrobacji. I za moimi nie-ciążowymi ubraniami. Ehhh... to lato obskakuję w jednych ciążowych szortach i trzech długich sukniach - to są moje stroje wyjściowe. Mieszczę się jeszcze w kilka sukienek, które kiedyś sięgały mi do kolan, ale teraz porobiły się z nich takie miniówy, że aż wstyd się ludziom pokazać. To samo z butami - w użyciu są tylko klapki, bo wszystkie zapinane sandały stały się za trudne w obsłudze.

Ostatnio też strasznie mi ciężko, czuję się jak średniej wielkości słonica. Czasem czuję się jakby mi brakowało powietrza, muszę sobie głębiej poodychać. Po przejściu kilometra albo chociaż wdrapaniu się na nasze drugie piętro, mam zadyszkę jak 90-letnie babcia i do tego nogi się pode mną uginają. Ogólnie strasznie mi ich żal, że muszą taki ciężar dźwigać... H. jednak systematycznie wyprowadza mnie na wieczorne spacery i nie ma zmiłuj się. Nasz szlak ciągnie się wzdłuż morskiej promenady. Wczoraj chcieliśmy zaszaleć i zmienić trochę otoczenie i na wieczór zaplanowaliśmy wyjazd do pobliskiego kurortu - Marmaris, które o tej porze roku pęka w szwach od turystów z wszystkich części świata. Udało mi się ściagnąć H. wcześniej do domu, wzięłam prysznic, pomalowałam paznokcie co by nie czuć się wśród turystek jak zapyziała ślamazara, odszykowani wyszliśmy przed dom, z uśmiechami podchodzimy do auta, aż tu nagle naszym oczom ukazuje się... sflaczała opona. Po krótkich oględzinach w naszej oponie znaleźliśmy gwódź długości niemal 10cm. H. załamał ręce z rezygnacji, bo nie dalej jak tydzień temu mieliśmy dokładnie taką samą przygodę - urok wiejskich dróg :S H. zdjął flaka, zadzwonił po ojca i pojechali wymienić oponę i w sumie sprawnie im to poszło, ale niestety na wyjazd do Marmaris było już za późno. Odbiliśmy to sobie jednak pobliską restauracją i künefe na deser. 

Künefe to kolejny turecki smak, który chcę Wam tutaj pokazać. Gdybyście miały okazję być w Turcji, spróbujcie koniecznie - WARTO :))) W skrócie, jest to deser zdaje się rodem arabski, przyrządzany z cieniutkich nitek makaronowych, które najpierw się praży. Potem do naczynia wsypuje się jedną warstwę nitek, na to nakłada się specjalną odmianę żółtego sera i zasypuje drugą wartswą makaronowych nitek. To wszystko zalewa się syropem cukrowym i zapieka. Künefe podaje się ciepłe, posypane pistacjami, czasem też z gałką lodów. Jak wszystkie arabskie słodycze, jest to deser bardzo słodki, ale też bardzo oryginalny i, naprawdę, nie słyszałam nigdy by komuś nie smakował. Ja uwielbiam!





poniedziałek, 4 sierpnia 2014

Walcząc z wiatrem

Od trzech dni walczę z wiatrem. I powiem Wam, szlag mnie już trafia. 

Bez zmian mamy upalną pogodę. W taki skwar ratują mnie na przemian dwie rzeczy: klimatyzacja i przeciągi. Z tych drugich korzystaliśmy głównie w nocy, bo spanie przy włączonej klimatyzacji to niemal murowane przeziębienie. Ale gdy pootwieraliśmy drzwi balkonowe, przez całe mieszkanie mieliśmy niezły przewiew, dzięki któremu można było się wyspać bez konieczności robienia pobudki na prysznic by zmyć z siebie pot. 

Teraz przeciągi odpadły, bo od trzech dni wieje u nas Szalony Mehmet, którego zdążyłam już na dobre znienawidzić. 

Szalony Mehmet to lokalna nazwa pustynnego gorącego wiatru. Wichury. A Szalony, bo skubaniec nie ma kierunku, więc wieje co chwilę w inną stronę. Z racji, że wszystko u nas jest suche jak wiór i na deszcz przyjdzie jeszcze poczekać do września, wiatr zbiera ze sobą tumany kurzu i ziemi. I taką gorącą kurzawą mieszanką wali po oknach, łamie kwiaty, przewraca stojaki z praniem...

Na balkonie mam więc warstwę kurzu. Kwiaty musiałam pochować w jeden kąt, ale i tak Szalony Mehmet daje im nieźle popalić. O kolacji na balkonie i wieczornym posiadywaniu z H. możemy zapomnieć. Ale najgorsze są noce, bo pomijając zawodzenie wichury, które doprowadza H. do szału, jeżeli nie chcę mieć warstwy kurzu w sypialni, wszystkie okna trzeba szczelnie pozamykać. I wówczas wystarczy 10 minut i czuję jak zaczyna mi pot ciurkać po tyłku.

Doktorek kazał mi spać na bokach, nie na plecach. Bez klimatyzacji, gdy poleżę na boku dosłownie kilka minut, od razu czuję strumień potu między sklejonymi cyckami.
A ja w temacie pocenia mam dokładnie tak jak moja mama: " Jak się wkurwiam to się pocę, jak się pocę to się wkurwiam". 

No, to tak tytułem aktualizacji co u mnie ;-)

środa, 30 lipca 2014

Ramadan i święto jego zakończenia

W Turcji jak i we wszystkich innych państwach muzułmańskich od 2 dni obchodzimy święto zakończenia Ramadanu. O samym Ramadanie chciałam Wam już napisać znacznie wcześniej, ale niestety nawał pracy mi na to nie pozwolił :-/

W wielkim skrócie, Ramadan to miesiąc postu, który upamiętnia czas, w którym prorokowi Mahometowi został objawiony islam. W praktyce oznacza post od wschodu do zachodu słońca, w którym nie wolno nic jeść, pić, palić papierosów ani uprawiać seksu. Czyli generalnie męczarnia, w szczególności zważając na pierwsze dwie wytyczne. Z postu zwolnione są dzieci do 10roku życia, kobiety w ciąży, chorzy, osoby starsze i podróżni. Ramadan przypada co roku troszkę wcześniej, bo wyznaczany jest podłóg kalendarza księżycowego. Od kilku lat przypada latem więc stopień trudności w przestrzeganiu postu mocno wzrósł, bo wytrzymać w takim upale bez picia jest nie lada wyczynem. Żeby przeżyć jakoś ten czas, muzułmanie budzą się przed wschodem słońca by szybko wsunąć śniadanie. Czasem też pomaga im w tym zatrudniony przez gminę bębniarz, czyli facet, który przed świtem chodzi ulicami miasta z bębnem rytmicznie w niego uderzając. Oczywiście nikt się nie przejmuje grzesznikami, którzy nie poszczą i zwyczajnie chcą się wyspać - to była nasza zmora, gdy mieszkaliśmy w Stambule. Zachód słońca ogłasza z kolei imam wyśpiewując wieczorny ezan, czyli wezwanie do modlitwy. Poza tym na dolnych paskach na niemal wszystkich kanałach telewizyjnych pojawia się informacja o dokładnej godzinie, o której w konkretnych województwach kończy się post. W Turcji wiele osób nie pości. Restauracje i sklepy są otwarte i nikt nie będzie na nas patrzył karcąco, gdy w miejscu publicznym będziemy coś pogryzać czy popijać. W naszej rodzinie pości tylko teściowa i kilka ciotek. Pomijając wszystkie aspekty duchowe takiego postu, który z założenia ma być treningiem duszy i wytrwałości w wyrzekaniu się przyjemności, odmówienie sobie przede wszystkim napojów w takich temperaturach jakie tutaj mamy oraz obżeranie się w okolicach godziny 21 jest zwyczajnie niezdrowe.

Meczet przystrojony na Ramadan

Z założenia kolacja po takim całodniowym poście, czyli iftar, powinna być bardziej wystawna, ale z racji, że trudno jest tak się gimnastykować w kuchni przez bity miesiąc często jest to zwykły posiłek. Chociaż faktem jest, że w czasie Ramadanu Turcy o wiele częściej stołują się w restauracjach, które proponują nawet specjalne wieczorne menu. Poza tym w dużych miastach lokalne władze codziennie przez miesiąc po zachodzie słońca wydają darmowe kolacje dla ubogich i samotnych, ale Turcy o lepszej sytuacji finansowej również korzystają z takiego poczęstunku, bo jak niemal wszystko w islamie, kolacja lepiej smakuje gdy się ją zjada w tłumie :)
Iftar na ulicach Stambułu

Ramadan kończy trzydniowe święto, które jest jednym z dwóch najważniejszych (i najdłuższych, tak to smutne, bo to wciąż tylko 3 dni :( ) świąt w islamie. Jest to święto zwane inaczej świętem cukru (nie ma to jak odbić sobie miesiąc postu :)), którego głównymi bohaterkami jest bakława i domowa chałwa. Pamiętam, że gdy nie znałam jeszcze Turcji od kuchni, Turcy tłumaczyli mi, że święto zakończenia Ramadanu to takie ich "Christmas" i że wygląda bardzo podobnie. Do tego usłyszałam nazwę roboczą święta - święto cukru, i już miałam przed oczami rodziny biesiadujące przy stole uginającym się od słodyczy i wypieków zatopionych na wschodnią nutę w miodzie i pachnących cynamonem. Cóż, teraz gdy jest to już któreś z kolei święto, które spędzam w tureckiej rodzinie, wiem, że osoby które tak wkręcają turystów nie widziały "Christmas" nawet w książeczce dla dzieci. Turcy swoje święto spędzają głównie na odwiedzinach rodziny i znajomych. Są to takie krótkie 15-30 minutowe posiadówki (bez zapowiedzi, to tutaj standart), podczas których każdy życzy sobie wesołych świąt, dzieci całują w rękę osoby starsze i przykładają ich rękę do czoła (to taka oznaka szacunku) za co dostają jakieś drobniaki, a potem na pożegnanie gospodarz polewa ręce gości wodą kolońską (to jest jeden ze specjałów Turcji ;)) dla odświeżenia i częstuje tanimi cukierkami. Wsjo. Bardziej ambitne gospodynie domowe przyrządzają domową bakławę - bliskowschodni przysmak z cienkiego jak pergamin ciasta filo przełożonym orzechami lub w bogatszej wersji pistacjami i zatopionym w syropie cukrowym lub chałwę, która nie jest zbyt podobna do tej, którą znamy z polskich sklepów. Jej głównym składnikiem jest kaszka manna, którą smaży się na maśle i na koniec zalewa syropem cukrowym z mlekiem. 
Domowa chałwa z kaszki mannej

Bakława

Specjalny ramadanowy chlebek - pide

Jak już kiedyś wspominałam, jestem osobą, która uwielbia wszelkie święta. I być może święto zakończenia Ramadanu nie ma tylu tradycji jak nasze święta, ale ma też swoją własną atmosferę. Dlatego widzę w nim potencjał i potrafię sobie wyobrazić jak będzie ono wyglądało w naszej rodzinie. Zresztą nawet gdy mieszkaliśmy w Polsce przyrządzałam dla męża świąteczne smakołyki i zapraszaliśmy kilku znajomych Turków, żeby poczuł się "bliżej swoich". Teraz, gdy będziemy mieć dziecko, będę się starała jeszcze bardziej by to święto nabrało fajnego charakteru w naszym domu. Będę przygotowywać z córką ramadanowe ozdoby, w czasie Ramadanu częściej będę serwowała tureckie desery, a w dniu świąt przygotuję wystawne śniadanie i później kawę z bakławą, chałwą itd. W tym roku ograniczyłam się do upichcenia domowej chałwy i upieczenia ciasta budyniowo-cynamonowego. W pierwszy dzień świąt poroznosiliśmy z mężem po ciotkach-sąsiadkach talerzyki z chałwą i wspomnianym ciastem, złożyliśmy sobie życzenia. Czekałam na jakiś telefon od teściowej, że oto zaprasza nas na śniadanie czy coś podobnego, ale na próżno było mi czekać. Teściom złożyliśmy życzenia telefonicznie - teściowa głosem człowieka umierającego. Ja już nie pytam co jej jest, bo wiecznie coś nowego - to taki nasz rodzinny hipochondryk. Potem zrobiliśmy objazd po najbliższej rodzinie by złożyć sobie życzenia. Na tym nasze świętowanie się skończyło.

Cienko, nie?

Strasznie brakuje mi w tych świętach kulminacyjnego momentu jakim np. w czasie Bożego Narodzenia jest Wigilia albo śniadanie w czasie Wielkanocy. Tutaj wszystko jest rozlazłe - nie wiadomo czy śniadanie jeść samemu czy może ktoś cię zaprosi, czy możesz wyjść teraz z domu czy ktoś właśnie może jest w drodze do ciebie, czy powinnaś zaplanować kolację, czy też zaprosi cię teściowa. Nienawidzę takich sytuacji i nie rozumiem dlaczego nie można ustalić wszystkiego wcześniej. Moja teściowa to jest też osobny ewenement, bo zlewa kompletnie wszystkie święta i w swoim domu nie robi kompletnie nic z tej okazji. Ostatecznie dochodzi do sytuacji, że ja 1) cudzoziemka i 2) nie-muzułmanka najbardziej przykładam się do trochę nie swoich świąt. Ale nie zamierzam się przejmować innymi. W naszej rodzinie święto zakończenia Ramadanu będzie atrakcją, na którą dzieci będą czekać z niecierpliwością i z którym będą miały jakieś fajne wspomnienia. 

Wszystkiego dobrego z okazji świąt zakończenia Ramadanu!

niedziela, 27 lipca 2014

7 miesiąc zakończony

O, o, o! Właśnie kończę 7. m.c. i gdy patrzę na aplikację z lewej strony bloga, że niby do porodu Lahana's baby zostało tylko 69dni, to przecieram oczy ze zdziwienia. Rany, jak to szybko zleciało! Ale wiecie co, wcale się tym nie smucę. Wręcz przeciwnie, cieszę się, że niedługo Laura będzie już z nami. Ciąża to być może piękny czas, ale mnie, z natury niecierpliwą duszę, ciekawi już bardziej ten kolejny etap ;)

Dzisiaj zrobię krótkie podsumowanie 7 miesiąca, ale zanim do niego przejdę - krótka aktualizacja co u nas. Przede wszystkim, chyba wychodzę na prostą z pracą. Większe tłumaczenia już pokończyłam, pracuję już nad ostatnimi zleceniami. Jeżeli w najbliższym czasie nie pojawi się jakieś nowe, będę miała chyba kilka dni laby. Aczkolwiek, coraz częściej zastanawiam się, czy oby na pewno chcę tak odpocząć od pracy... Co ja będę całymi dniami robić??? Nasz złoty okres z H. niestety dobiegł raczej ku końcowi... Nie, nie kłócimy się, ale troszkę już nam brak do siebie cierpliwości. Przez 5dni gościliśmy u nas znajomych ze Stambułu. No i fajnie było, trochę odżyliśmy towarzysko, zaliczyliśmy nawet pierwszą w tym roku kąpiel w morzu, co pewnie bez motywacji w postaci gości by nam się nie udało. I chociaż jak na trzech chłopów apetyt mieli naprawdę umiarkowany, to jednak codziennie musiałam się gimnastykować a to z fajniejszym śniadaniem, a to z lepszą kolacją... Poza tym po pożegnaniu gości, zgodnie stwierdziliśmy, że nasze mieszkanie w obecnej postaci jest zdecydowanie zbyt małe na goszczenie więcej niż 1 osoby dłużej niż 1dzień. Mamy jeszcze piętro z dwoma pokojami, które idealnie nadawałoby się dla gości, ale z racji, że ma osobne wejście, wykorzystujemy teraz ten letni czas i je wynajmujemy turystom. Może powinniśmy sobie odpuścić i tam oddelegować gości, ale trochę żal nam było kasy z tych 5dni, które skrupulatnie zbieramy do skarbonki o nazwie "kasa na poród" :] no życie... W każdym razie, pod koniec pobytu gości H. zaczął już trochę na mnie warczeć i kiedy przygwoździłam go w sypialni o co kaman, przyznał, że zmęczony już jest dodatkowymi lokatorami w domu. No ok, ja też byłam, pewnie nawet bardziej, ale jednak emocje trzymałam na wodzy... Teraz gości już nie ma, a H. rzucił się w wir pracy, przez ostatni tydzień siłą rzeczy mocno zaniedbanej. Dom jest teraz dla niego jak hotel - wraca, kiedy ja już śpię, wychodzi, kiedy ledwo otwieram oczy. I dlatego właśnie jeszcze bardziej nie mogę się doczekać narodzin naszej córeczki - zawsze będę miała ją przy sobie. Wiem, może głupia jestem i będę jeszcze tęskniła za chwilą czasu dla siebie, ale ja naprawdę nienawidzę być sama.

A co u mnie ze spraw ciążowych? Ogólnie wszystko na plusie. Problemów żadnych tak właściwie nie mam, co potwierdziła też ostatnia wizyta u doktorka Aliego. Doktorek Ali znowu mnie wkurza swoją nadgorliwością w ustalaniu częstotliwości wizyt. Ostatnio trochę się zgapiłam, bo wyznaczył nam termin po 2 tygodniach od poprzedniej wizyty. Nosz kurde! Rozumiałam, gdy tak cudował na początku ciąży, ale teraz, w 7 miesiącu i to jeszcze przy tak bezproblemowej ciąży..! Od razu zapala mi się czerwona lampka, że nas naciąga, więc teraz, choć znowu mamy się stawić w jego gabinecie za 3tygodnie, przełożę wizytę jeszcze o tydzień. Naprawdę nie chce mi się tak często do niego jeździć. W tym upale czekanie przed jego gabinetem jest zupełnie niefajne, tym bardziej, że ostatnio doktorek olał wszystkich swoich pacjentów i zaczął przyjmować z godzinnym opóźnieniem - po prostu żenada. Nasza wizyta jak zwykle trwała 5minut, z których 4 to badanie USG, ale mała już nie jest taka mała, więc nie idzie jej już tak fajnie podejrzeć. Przybiera na wadze wzorowo, wszystkie parametry wskazują dokładnie na 30 tydzień ciąży, więc naprawdę nie mamy czym się martwić.

A z krótkiego podsumowania:
- mam 8kg na plusie, choć na wadze u doktorka wychodzi 10. Mam jednak porównanie z trzema innymi wagami - swoją w domu i dwoma u naszej pielęgniarki, które wskazują przyrost niższy o 2kg. No niby niewiele, ale o ile ładniej to brzmi ;) Doktorek na ostatniej wizycie po raz pierwszy od początku ciąży zainteresował się moją wagą i skomentował ją, że "może być". 
- rozstępów brak i oby tak zostało. Trochę po omacku w 3mc wybrałam sobie krem przeciw rozstępom Elancyl i na razie sprawdza się świetnie. Oprócz tego, że nic nie wskazuje na pojawienie się rozstępów, to jeszcze krem nie ma zapachu i nie jest tłusty, co w takich temperaturach jakie ostatnio mamy jest naprawdę istotne.
- wysypiam się całkiem nieźle. Ok, pamiętam o wskazaniach doktorka by spać na lewym tudzież prawym boku, ale nie zamierzam przesadzać i zabraniać sobie całkowicie leżenia na plecach, które po prostu uwielbiam. W szczególności w nocy, gdy wciąż jest gorąco, rozłożenie się na motylka (nogi i ręce szeroko rozłożone :)) przynosi mi trochę ulgi. Laura skacze jednakowo w każdej mojej pozycji więc myślę, że gdy leżę na plecach nie jest jej jakoś szczególnie niewygodnie.
- cycki przez cały czas w tym samym rozmiarze. Boże, wiem, że to mało prawdopodobne, ale byłabym mega szczęśliwa, gdyby mi nie urosły! 
- apetyt mam przez cały czas normalny, bez ochoty na coś szczególnego. Choć w takie upały najchętniej podjadam arbuza i schłodzonego melona. I wciąż nie mogę patrzeć na ryby. No nie mogę i już.
- zgagi, wzdęć i innych atrakcji brak
- pojawiła się słynna ciemna kreska! Ale tak śmiesznie - tylko od pępka w dół.
- doktorek ostatnio uprzedził mnie, że mogą się już pojawić skurcze przepowiadające, ale tych na razie też brak. W razie czego, ściągnęłam sobie jednak do telefonu aplikację liczącą skurcze ;)
- żeby jednak nie było tak cudownie, to jeśli już mam na coś ponarzekać to są to coraz częstsze skurcze w łydkach, które łapią mnie głównie nad ranem. Kurde, okropne to jest. I czuję już nadchodzącą falę bólu, rzucam się do łydki usilnie próbując rozmasować kopytko, a skurcz i tak uderza z całą mocą. Nie wiem, czy mogę to interpretować tak jak normalnie w sytuacji pozaciążowej? Czyli brak magnezu? Biorę przez cały czas witaminki od doktorka, więc chyba wszystko powinno być ok...

Na koniec wklejam zdjęcie brzuszka z porównaniem z poprzednim z 21t.c. Trochę zaniedbałam brzuszkowe fotografie, ale wyjazd do Polski i goszczenie dwóch facetów w mieszkaniu nie sprzyjało sesjom zdjęciowym :) Żeby trochę nadrobić, wskoczyłam nawet w ten sam outfit co na poprzednich zdjęciach, a przy temperaturze ponad 30stopni było to niemałym poświęceniem. Zaczynam żałować, że pierwsze zdjęcie nie strzeliłam sobie w bieliźnie :)


niedziela, 20 lipca 2014

Codzienność

Mało mnie jest na blogu. Jestem tak zawalona pracą, że czasu starczy mi jedynie na czytanie Waszych wpisów i krótkie komentarze. Chciałabym Wam napisać coś o Ramadanie, który niemal dobił do połowy, ale niestety muszę to odłożyć na później. 

Z dobrych wiadomości - odzyskałam komputer. Niestety koszt jego naprawy przyprawił mnie o lekki zgrzyt zębów, tym bardziej, że jest już w wieku zaawansowanym i niedługo przyjdzie pora na jego zmianę więc każda inwestycja w niego wydaje mi się stratą pieniędzy. Brak podświetlenia ekranu wydawał się niewielką usterką, ba, wyszukałam sobie nawet w googlarce możliwe tego przyczyny, które najczęściej ograniczały się do jednej części - zepsuty inwerter (cokolwiek by to było) albo przepalona lampka. Mnie oczywiście podobała się bardziej druga opcja - przepalona lampka brzmiała jak pikuś. Tymczasem turecki spec od komputerów zastrzelił mnie diagnozą pt. "cały ekran do wymiany" co kosztowało tak samo poważnie jak brzmiało... Staram się teraz skupić tylko na pozytywnych stronach sytuacji, czyli faktu odzyskania sprawnego sprzętu wraz z wszystkimi skarbami jakie w nim mam. Wreszcie mogę Wam pokazać zdjęcie naszej pociechy, zrobione jeszcze przez polskiego lekarza:


Trochę nas zaskoczył rozmiar nochalka, nawet podczas badania wydałam z siebie mały okrzyk na ten widok :) Lekarz widząc panikę w moich oczach starał się mnie uspokoić, że wcale nie jest taki duży tylko światło sondy na niego pada ;) Nos naszego dziecka to chyba jedyna część jego ciała, dla której bardzo bym chciała, aby miała najmniej wspólnego z Turcją jak to tylko możliwe :) Nie wdając się w szczegóły, tureckie nosy nie są najpiękniejsze... ;) 

Poza tym, przeziębienie minęło, walczę już tylko z resztkami kataru, jest nieźle. Niestety upały trwają dalej i oczywiście ich końca nie widać. Czuję zazdrość :) gdy czytam u Was o burzy albo nadchodzącym ochłodzeniu. U nas o niczym takim nie ma mowy. Na deszcz przyjdzie nam z pewnością poczekać do września. Cieszę się jedynie, że choroba odpuściła więc będę mogła ze spokojem pokąpać się w morzu. Strój kąpielowy sobie nawet kupiłam :) Oj nie było to łatwe zadanie z takim brzucholem... Niby brzuszek to dla ciężarnej powód do dumy, ale jakoś nie uśmiechało mi się pokazywać go innym plażowiczom. Najpierw próbowałam wbić się w strój jednoczęściowy - niestety bez sukcesów ;) Ostatecznie więc stanęło na takim oto


w zabójczym rozmiarze... 44! Jest to moja pierwsza rzecz w tym rozmiarze, bo normalnie wciąż mieszczę się w M-ki, a czasem nawet w S-ki :) Tutaj o wyborze rozmiaru zadecydował nie tyle brzuch co cycki, które do tej pory jeszcze mi nie urosły, ale umówmy się, rozmiar 80DD to nie mandarynki...

W stroju dobrze się czuję i myślę, że posłuży mi również po porodzie do zakrywania sflaczałego brzucha ;) Jak dobrze pójdzie, w tym tygodniu będę mogła już go wypróbować, bo za 2 dni przyjeżdżają do nas znajomi ze Stambułu i w planach mamy również plażowanie.

Oczywiście, żeby było to możliwe czasowo staję teraz na głowie by uwinąć się z tłumaczeniami. Niestety upały nie ułatwiają zadania, a poza tym mam wokół sporo rozpraszaczy - takich jak okropnie (!) brudne okna i firany, znowu sterta do prasowania, kwiaty do zasadzenia, itp. 

Poza tym, odpukać w niemalowane, mamy bardzo fajny okres z H. :) Nie, żebyśmy się wcześniej kłócili, ogólnie jesteśmy bardzo zgodni, ale od czasu wyjazdu do Polski znajdujemy dla siebie nadzwyczajne pokłady ciepła i czułości. H. bardzo się o mnie troszczy, nie pozwala mi niczego dźwigać, prawie codziennie wyprowadza na spacer, całuje i przytula :) Trochę za tym tęskniłam, bo H. nie jest osobą zbyt wylewną i zazwyczaj zanim mnie przytuli, dwa razy rozejrzy się dookoła czy nikt nie patrzy :D

Wieczorne spacery stały się z kolei fajnym rytuałem. Mamy już wydeptaną trasę ciągnącą się nadmorskim deptakiem i co wieczór odkrywamy wakacyjny charakter naszej miejscowości. Wczoraj po spacerze spotkaliśmy przed naszym hotelem mojego zaprzyjaźnionego tureckiego tłumacza j. polskiego, który przyjechał do nas z żoną na wakacje. Tak nam się fajnie gawędziło, a to o Polsce, a to o Turcji, że ani się obejrzeliśmy, a zrobiła się godzina 2 w nocy. I wiecie co? Starość nie radość, naprawdę. Gdzie te czasy, gdy potrafiłam imprezować do 4, iść na wykłady na 8 i nie umrzeć? No gdzie??? Wczoraj położyłam się spać przed 3, dzisiaj o godzinie 9 myślałam, że do operacji otworzenia oczu będę musiała poprosić kogoś o pomoc. No spaaaać się chce :) Normalnie strzeliłabym sobie kawkę i jakąś tabletkę przeciwbólową, a tak pozostaje mi tylko przeczekać do wieczora by znów móc położyć się spać :)


środa, 16 lipca 2014

Zawsze może być gorzej

Patrząc na moje notatki zaczynam się zastanawiać, czy oby nie włączyć ostrzeżenia dla odwiedzających o tym, że na moim blogu znajdą głównie narzekanie :) No, ale jestem w końcu rodowitą Polką - do czegoś to przecież zobowiązuje! ;-)

Żarty żartami, ale u mnie naprawdę jest gorzej. Czy ja pisałam, że klima to ZŁO? Nosz kurde, wystarczyło kilka dni, a już mnie choróbsko dopadło. Niby nic poważnego, ale z nosa się leje, gardło pobolewa i czuję się tak słaba, że lekki powiew wiatru mógłby mnie przewrócić. Do tego oczywiście upały trwają w najlepsze, a ja mam tyle roboty, że dosłownie całe dni przesiaduję przed komputerem z małymi przerwami na podlanie kwiatów i ugotowanie obiadu :]

Jednocześnie trudno jest wytrzymać bez klimy. Jest tak gorąco, że parzą mnie nawet własne siuśki :) Chociaż w sekrecie przyznam się do małego grzeszku - wyczerpana upałami wyciągnęłam porcję mrożonych truskawek, odczekałam troszkę aż lód puści i wszystko zblenderowałam z odrobinką miodu. Taki smoothie wciągnęłam w kilka minut. Rozkosz podczas konsumpcji była nie do opisania, ale przypuszczam, że teraz przychodzi mi za nią zapłacić. Mea culpa. 

Wczoraj odwiedziłam naszą wsiową pielęgniarkę, żeby zmierzyła mi ciśnienie tak jak doktorek chciał. Wszystko w normie, nie wiem po co to cudowanie. Nie mam czasu na łażenie tam co 2-3dni, będę się starała co tydzień, ale też w miarę możliwości. Pielęgniarka sprawdziła również moją wagę i posłuchała bicia serca Laury. Jeżdżąc aparatem po moim brzuchu i słuchając rytmicznego pukania pyta "Czy ja dobrze pamiętam, że będzie chłopak? Bo kształt brzucha i rytm serca typowy dla chłopaka". Haha, dreszcz emocji związany z płcią dziecka nie opuści nam chyba do samego końca :) 

Po badaniu H. zabrał mnie na chwilkę do hotelu, żebym odetchnęła trochę innym powietrzem, ale gdy po 10 min. na słońcu zaczęło mi się kręcić w głowie, zawiózł mnie szybko do domu.

Wczoraj przeskakując po kanałach natknęliśmy się na film "What to expect when you're expecting", czyli w świetnym polskim tłumaczeniu "Jak urodzić i nie zwariować". Film widzieliśmy już wcześniej, ale tym razem, drogie Panie, nie mogłam się zdecydować czy patrzeć na lubiany w końcu przeze mnie film czy też pokaz zafundowany mi przez męża :D H. z zainteresowania wlazłby prawie w ekran telewizora. Wybuchał śmiechem znacznie częściej niż podczas pierwszego seansu i wciąż tylko komentował "To tak jak ty!". Podczas scen porodów z przejęcia musiał sobie trochę pochodzić :-)

No, to tyle z aktualizacji. Wracam do roboty, bo sama się nie zrobi... a szkoda :]


niedziela, 13 lipca 2014

Krzywa cukrowa i inne atrakcje

Z tureckiego nieba leje się przysłowiowy żar, a ja przesiaduję całe dnie przed komputerem zawalona pracą. Zasuwam ile sił w ...palcach, bo na przyszły tydzień zapowiedział się do nas z wizytą nasz przyjaciel ze Stambułu i nie chciałabym wtedy martwić się odłożoną robotą. Cieszę się na to spotkanie, bo w miejscu, w którym mieszkamy właściwie nie prowadzimy żadnego życia towarzyskiego - część zostawiliśmy w Polsce, część w Stambule. 

Ale dzisiaj nie o tym chciałam pisać. W środę byliśmy na badaniu krzywej cukrowej. Pielęgniarka kazała nam przyjechać z samego rana. Oczywiście jak to w szpitalu prywatnym, gdy tylko pojawiliśmy się w rejestracji wsiedliśmy na taśmę produkcyjną - sprawnie odsyłani od jednego punktu do drugiego. Najpierw wysłano nas do apteki ("tej tutaj za wami") po porcję glukozy. Odwracam się i widzę klitkę w korytarzu urządzoną na aptekę - no przyznać trzeba, że wiedzą jak kasę zarobić :) Z glukozą odesłali nas do pielęgniarek, przy których miałam wypić drinka po uprzednim pobraniu krwi. Ogólnie lubię słodkie i choć nie wybrałabym nigdy takiej mieszanki na pierwszy posiłek, wypicie roztworu nie było dla mnie większym problemem. W smaku przypominał mi napój aloesowy z OKF tylko, że bez aloesu :) Potem H. dostał wykład by zabrać mnie teraz do przewiewnego miejsca, nie za bardzo się ruszać i co robić gdyby mi się słabo zrobiło. Ostatnią kwestię podsumowałam H. po wyjściu na korytarz - czyli by przede wszystkim mnie łapał i chronił przed upadkiem. Ze znalezieniem przewiewnego miejsca mieliśmy trochę problem, bo szpitalne klimatyzacje ledwo dawały radę, poszliśmy więc usiąść przy zacienionych stolikach szpitalnej kawiarni. Tam niby wszystko było ok, gdyby nie otaczający mnie zewsząd palacze. Udało nam się jednak znaleźć kącik, do którego papierosowy dym docierał najmniej. 

Pierwsza godzina minęła tak sobie. Nie miałam żadnych objawów na mdlenie czy rzyganie, tylko było mi tak trochę niewyraźnie i chciało mi się spać :) Nie wiem czy to od glukozy czy też od tego, że byłam na czczo i zamiast gorzkiej herbaty, którą zazwyczaj rano piję, wypiłam coś mega słodkiego. Książkę, którą sobie wzięłam, musiałam jednak włożyć z powrotem do torby, bo patrzenie na punkt blisko siebie i jeszcze ze schyloną głową pogłębiało tylko niezbyt dobre samopoczucie.

Gdy stuknęła pełna godzinka, polecieliśmy do pielęgniarek na drugie pobranie krwi.

Dalej kazano nam czekać jeszcze godzinę. Ta minęła mi już trochę lepiej i zaczęłam pozytywnie reagować na śniadaniowe zapachy dobiegające z kawiarni. Tuż przed upłynięciem czasu, byłam już porządnie głodna i nie mogłam się doczekać czegoś do picia. Po trzecim pobraniu krwi wsiedliśmy więc w samochód i H. zabrał mnie na burżujskie śniadanie ;)

Wyniki miały być dopiero po południu więc skoczyliśmy jeszcze na zakupy, kawę i załatwić pierwsze dokumenty, które będą mi potrzebne do złożenia wniosku o tureckie obywatelstwo. Oczywiście najmniej przyjemny był punkt ostatni, gdy dowiedzieliśmy się, że debilni tureccy urzędnicy mają w swoim SYSTEMIE moje nazwisko podane jako jednoczłonowe, podczas gdy w paszporcie i wszystkich innych dokumentach mam nazwisko panieńskie i po mężu. Oczywiście ich system jest jedynym wiarygodnym dla nich źródłem, więc teraz czeka mnie ściąganie odpisów akt urodzenia i małżeństwa z Polandii... No nic, super się zaczyna :S

Potem zlądowaliśmy przed gabinetem doktorka Aliego na umówioną wizytę. Niestety i tym razem nie obyło się bez długiego czekania, a klimatyzacja w poczekalni była odczuwalna chyba tylko przez osoby siedzące dokładnie na przeciwko niej. Byłam już cała spocona, fotele w poczekalni obite jakimś skóropodobnym gównem tylko parzyły nas w tyłki, a moje nazwisko wciąż nie było wywoływane. Pomyślałam sobie, że całe szczęście, że badanie ginekologiczne oznacza tutaj tylko USG przez powłoki brzuszne, bo w innym razie chyba bym się popłakała :-)

Doktorek jak zwykle piorunem zaprosił mnie na USG. Laura fikała w najlepsze, podobno już się obróciła, ale wciąż może sobie pływać w najlepsze więc wszystko może się zmienić. Doktorek zmierzył obwód główki, brzuszka, powiedział, że waży już 1050g, sprawdził ilość wód i długość pępowiny. To wsjo. Na moje życzenie spojrzał jeszcze na szyjkę, ale powiedział, że mam pusty pęcherz i dzisiaj kiepsko widać, bo wychodzi mu 3,9cm. Zajebiście. Oczywiście nie mogłabym sobie podarować i powiedziałam, że mój polski ginekolog zmierzył mi szyjkę przez USG dopochwowe. Doktorek z pokerową miną zapytał tylko jak długa była. Mówię, że 4,2cm więc mam nadzieję, że się jeszcze nie skróciła :> On na to, że jego badanie jest niedokładne, żeby dobrze sprawdzić musielibyśmy też zrobić USG dopochwowe. -!!!!.

Z racji, że zaczęłam 3 trymestr ciąży, zyskaliśmy w gabinecie doktorka bonusowe 3 minuty, które ten poświęcił mi na mega skrótowy opis co się w nim dzieje i co mogę/nie mogę robić. Otóż przede wszystkim mam spacerować (heh, w ten upał i przy takim zawaleniu robotą na pewno to zrobię), NIE WOLNO mi spać na plecach (yhm), mam mierzyć sobie co 2-3 dni ciśnienie i liczyć ruchy dziecka. 

Z tym ciśnieniem to trochę klops, bo nie mam w domu ani w rodzinie nikogo kto posiadałby ciśnieniomierz. Zamierzam więc odwiedzać naszą wiejską pielęgniarkę, no ale raczej nie co 2-3dni, bo naprawdę nie mam na to czasu... A Laura tak jak fikała na całego do wizyty u doktorka, tak od 2 dni rusza się znacznie mniej, właściwie nie kopie, nie skacze jak to miała w zwyczaju, tylko się przeciąga. Albo robi na złość doktorkowi, albo po prostu znosi upały tak jak jej mama :-)

No, to wracam do tłumaczeń. Wczoraj na deser rozwalił się jeszcze mój komputer - brak podświetlenia w ekranie. Wcześniej już miałam problem, bo mi migał i żeby było taniej (!!!) dałam go do naprawy w Polsce. Polski informatyk wykasował mnie na 140zł, usterkę niby naprawił, ale wszystko pięknie działało tylko do czasu powrotu do Turcji - wczoraj jak mi zgasł, to przysięgam, że w ciemnej d**** byłoby jaśniej.... To się nazywa pech, nie?

Edit: Zapomniałam dopisać, że wyniki cukru w normie, czyli mogę ze spokojem cieszyć się polskim miodkiem, który w pocie czoła dźwigaliśmy z Polski :)

piątek, 11 lipca 2014

Ratunku!

Czytam, że u Was jest gorąco, ale to co mamy tutaj w Turcji przechodzi ludzkie pojęcie. W słońcu jest pewnie z 50 stopni. W ogóle nie wytrzymuję na zewnątrz, nawet w cieniu. Jak tylko słońce mnie dosięgnie czuję palący żar. Wspomagam się klimatyzacją, ale wiem już z doświadczenia, że łatwo z ustrojstwem przesadzić w drugą stronę i przeziębienie murowane. Niestety, gdy tylko ją wyłączam, zaczynam odczuwać duchotę. Nogi i palce u rąk puchną mi w oczach. W ogóle czuję się jak taka opuchnięta klucha. W akcie desperacji biorę kilka razy dziennie zimny prysznic. Moim wrogiem nr 1 jest suszarka do włosów, wrogiem nr 2 piekarnik i kuchenka. A to dopiero połowa lipca! Aaaaaaaa!!!!

Poza tym staram się wciąż ogarnąć mieszkanie po naszym powrocie. Tzn. mieszkanie już ogarnięte, nawet drugi raz, ale stos do prasowania niestety się nie zmniejszył. Dawkuję je sobie chyba zbyt małymi porcjami, bo zanim zdążę zmniejszyć rozmiary stosu, dokładam już kolejną górę wysuszonego prania. A to, że przy takich upałach przebieramy się czasem kilka razy dziennie wcale nie ułatwia sprawy...

Jednocześnie przeżywam złoty okres w pracy. Jak zwykle przypada na moment, kiedy mam inne rzeczy do zrobienia/niezbyt dobrze się czuję. Tak właściwie zaczął się już podczas wizyty w Polsce i trwa nadal. Nie, żebym narzekała, bo przypływ gotówki dobrze nam zrobi, ale zlecenia sypią się jedno za drugim, a komputer cholera jasna też grzeje! Staram się jednak wykorzystać dobry moment, bo jak to bywa w chyba każdym wolnym zawodzie - bywają okresy, że człowiek nie nadąża z robotą, a bywają też i takie kiedy tygodniami czeka się na zlecenie. 

Obiecałam pochwalić się moimi zdobyczami z Polski. Nie będę tu pokazywać laktatora, termometru, podkładów poporodowych i innych dupereli sanitarno-higienicznych, które sobie przywiozłam (tak, tego wszystkiego tutaj po prostu NIE MA). Pokażę Wam jednak kilka rzeczy, z których wyjątkowo się cieszę i które bardzo mi się podobają :) 


Pierwszym z nich jest poducha-rogal. Kupiłam ją za śmieszne pieniądze z Allegro za radą mojej koleżanki, która niedawno została mamą. Tak naprawdę miałam ochotę na tą wielką poduchę Cebuszkę, ale raczej trudno byłoby nam zmieścić ją do bagażu. Ten rogalik jest średniej wielkości i z założenia ma służyć do karmienia. Mnie służy już teraz. Super dopasowuje się do moich pleców wspierając właśnie ten odcinek, który mi doskwiera, czyli krzyż :) Nie wiem jak sprawdzi się przy karmieniu, ale gdy ustawiam go sobie na boku wygląda to całkiem obiecująco i wciąż mam wsparcie pleców. Podobno świetnie sprawdza się też dla dzieci, które wciąż niestabilnie siedzą. Ogólnie ma wiele zastosowań, ma antyalergiczne wypełnienie (dla mnie bardzo ważne, bo kicham na wszystko) i ściąganą poszewkę. Jeszcze w Polsce wpadł w oko mojemu tacie, który zaczął mi podbierać poduchę. Teraz sam myśli o takim zakupie ;)

Reszta łupów pochodzi ze sklepu, o którym już wcześniej słyszałam wiele dobrego, ale gdy tylko odnalazłam w nim dział dziecięcy, po prostu skradł moje serce. Myślę tutaj o sklepie Kappahl. Gdybym miała więcej czasu i pieniędzy wykupiłabym chyba całą ich kolekcję, bo tak naprawdę wszystko mi się w nim podoba :) Uwielbiam taki prosty styl. Ubranka nie dość, że są po prostu śliczne, są też dopracowane do każdego szczegółu. Wszystkie zamki, zatrzaski, naszywki są poobszywane tak by nic nie uwierało dziecka. Ubranka wykonane są z super mięciutkiej ekologicznej bawełny. Naprawdę przyjemnie takie rzeczy kupować.

Pierwszy raz miałam okazję odwiedzić ten sklep wykorzystując ostatnie minuty przed seansem w kinie. Złapałam więc za sukienkę i kocyk. 





Kocyk w ciepłym beżowym kolorze jest po prostu strzałem w 10. Jest leciutki jak piórko, ciepły, ale bez przesady, można go zwinąć do naprawdę niewielkich rozmiarów i idealnie pasuje do naszego wózka i pościeli. Z pewnością posłuży nam podczas wszelkich wyjazdów i spacerów.

W domu na spokojnie przejrzałam stronę sklepu i następnego dnia z rana zarządziłam ponowną wyprawę do przybytku :) po to by upolować:

super mięciutki i ciepły kombinezon.


Oczywiście na nim się nie skończyło, bo miałam wreszcie czas by spokojnie pobuszować po dziecięcym dziale :) Wybrałam więc bluzeczkę, która jak sądzę będzie też na początku służyła Laurze jako sukienka oraz kilka par śmiesznych malutkich rajtek :)


Przy kasie okazało się, że jedne rajtki będą gratis - takie wiadomości lubię najbardziej :D 

Najbardziej cieszę się z kombinezonu. Zawsze marzyłam o takim miśku. Myślę, że obskoczymy w nim całą turecką zimę. 

Od razu dostałam też kartę stałego klienta i rabat na kolejne zakupy. Szkoda, że nie będę mogła go wykorzystać, ale poinstruowałam polskich dziadków dokąd mają się kierować, gdyby zachciało im się dzieciowych zakupów ;-)

Żałuję jedynie, że nie ma tej sieci w Turcji i że w Polsce nie działa sklep internetowy, bo z pewnością porobiłabym ciuszkowe zapasy.